121131.fb2
Kiedy Robinton znowu piął się schodami do Weyru królowej, jak to już tyle razy robił w ciągu ostatnich trzynastu Obrotów, w Bendenie zapadał zmierzch. Przystanął na chwilę, tyleż samo żeby złapać oddech, co żeby odezwać się do mężczyzny idącego za nim.
— Dobrze wybraliśmy porę, Toriku. Chyba nikt nie zauważył naszego przybycia. I z pewnością nie będą o nic wypytywać N’tona — powiedział, gestem wskazując postać Przywódcy Weyru Fort, majaczącą na drodze, która prowadziła do oświetlonych jaskiń kuchennych.
Torik nie patrzył na niego, Wpatrywał się w górę, gdzie spiżowy Mnemeth przysiadł na zadzie spoglądając bacznie na nowo przybyłych, a jego fasetowe, przypominające klejnoty oczy pobłyskiwały w mdłym świetle. Zair Robintona zareagował na to, chwytając mocniej pazurami ucho Harfiarza i silniej owijając ogonem jego szyję.
— On ci nie zrobi krzywdy, Zairze — powiedział Robinton, ale miał nadzieję, że ta informacja usatysfakcjonuje również Pana z Południowej Warowni, którego twarz i ruchy stałe się napięte ze zdumienia.
— Jest niemal dwa razy większy, niż którakolwiek z bestii jeźdźców z przeszłości — powiedział Torik, przyciszając z szacunkiem głos. — A mnie się zdawało, że Lioth N’tona jest duży!
— Mnementh jest chyba największym ze spiżowych smoków — powiedział Robinton, wspinając się dalej na ostatnie kilka stopni.
Niepokoiło go trochę to kłucie w piersi. Wydawałoby się, że cały ten niedawny i niespodziewany odpoczynek powinien mu przynieść poprawę samopoczucia. Musi pamiętać, żeby porozmawiać o tym z Mistrzem Oldive.
— Dobry wieczór, Mnemneth — powiedział, doszedłszy na najwyższy stopień. Ukłonił się ogromnemu spiżowemu smokowi. — Jakoś mi to wygląda na lekceważenie, tak wpadać tutaj nie pozdrowiwszy go — powiedział na stronie do Torika. — A to jest mój przyjaciel, Torik, na którego czekają Lessa i F’lar.
Wiem. Powiedziałem im o waszym przybyciu.
Robinton odchrząknął. Nigdy nie spodziewał się odpowiedzi na swoje żartobliwe powitanie, ale ogromnie mu to zawsze pochlebiało, kiedy Mnemeth zechciał zareagować. Nie podzielił się jednak komentarzem Mnemetha z Torikiem. Wydawało się, że ten człowiek jest już wystarczająco wytrącony z równowagi.
Torik przeszedł szybko w stronę krótkiego korytarza uważając, by Robinton przez cały czas pozostawał pomiędzy nim a Mnemethem.
— Powinienem cię uprzedzić — powiedział Robinton głosem wypranym z wszelkiego rozbawienia — że Ramoth jest jeszcze większa!
Torik zareagował pomrukiem, który przeszedł w cichy okrzyk, kiedy korytarz rozszerzył się w dużą skalistą komnatę, służącą królowej Bendenu za dom. Spała ona teraz na swoim kamiennym legowisku, z klinowatą głową skierowaną w ich stronę, lśniącą niczym złoto w blasku żarów oświetlających Weyr.
— Robintonie, ty naprawdę wróciłeś bezpiecznie do nas — zawołała Lessa, biegnąc ku niemu z szerokim uśmiechem rozświetlającym jej twarz. — I taki jesteś opalony!
Ku radosnemu zdumieniu Harfiarza objęła go ramionami w krótkim i absolutnie nieoczekiwanym uścisku.
— Powinienem częściej gubić się w czasie burzy. — Udało mu się to powiedzieć lekkim tonem i z najbardziej łobuzerskim uśmiechem, na jaki pozwalało łomocące w piersi serce. Jej ciało tak pałało entuzjazmem, a było takie lekkie.
— Mowy nie ma! — Rzuciła mu spojrzenie, na które składały się gniew, ulga i oburzenie, a potem jej ruchliwa twarz przyoblekła się w bardziej dystyngowany uśmiech przeznaczony dla drugiego gościa. — Witamy cię tutaj serdecznie Toriku, i dziękujemy za uratowanie naszego dobrego Mistrza Harfiarza.
— Ja nic nie zrobiłem — powiedział Torik zdumiony. — On miał po prostu szczęście. Powinien się utopić podczas tego sztormu.
— Menolly nie na darmo jest córką Pana Warowni Morskiej — powiedział Harfiarz, odchrząknąwszy na wspomnienie tych groźnych chwil. — To dzięki niej utrzymaliśmy się na powierzchni. Chociaż był taki moment, kiedy wcale nie byłem pewien, czy chcę pozostać przy życiu!
— Nie jesteś więc dobrym marynarzem, Robintonie? — zapytał F’lar ze śmiechem.
Witając się z Południowcem chwycił go za rękę, a lewą dłonią czule klepnął Harfiarza po ramieniu.
Robinton zdał sobie nagle sprawę, że jego przygoda miała w tym Weyrze niepokojące reperkusje. W równym stopniu go to mile połechtało, co zmartwiło. To prawda, że podczas sztormu był za bardzo zajęty swoim buntowniczym żołądkiem, żeby myśleć o czymkolwiek, poza przetrwaniem następnej fali, która zwali się na ich maleńką łódkę. Dzięki umiejętnościom Menolly nie uświadamiał sobie, w jakim niebezpieczeństwie się znaleźli. Później zorientował się w sytuacji i zaczął się zastanawiać, czy Menolly zdusiła swój własny strach, żeby nie wystawić na szwank swego honoru. Zajęła się żeglowaniem, udało jej się przy tym uratować większość podartego przez wicher żagla, zmontować jakoś dryfkotwę i wreszcie jego samego przywiązać do masztu, kiedy padł wyczerpany mdłościami.
— Nie, F’larze, żaden ze mnie marynarz — powiedział Robinton i przeszedł go dreszcz. — Zostawiam to tym, którzy się do tej sztuki zrodzili.
— I słuchaj ich rad — ostrzegł Torik nieco cierpko. Zwrócił się do Przywódców Weyru. — Nie ma też żadnego wyczucia pogody. A oczywiście Menolly nie zdawała sobie sprawy, jak silny jest Prąd Zachodni o tej porze roku. — Wzruszył ramionami, by okazać swoją bezsilność wobec takiej głupoty.
— Czy to dlatego zaciągnęło was tak daleko od Południowej Warowni? — zapytał F’lar, gestem zapraszając nowo przybyłych, by usiedli wokół okrągłego stołu ustawionego w kącie wielkiej sali.
— Tak mi powiedziano — oznajmił Robinton, krzywiąc się na samo wspomnienie długich wykładów, jakie mu wygłoszono na temat prądów, przypływów i wiatrów. Wiedział już więcej niż będzie mu kiedykolwiek trzeba… już on tego dopilnuje… na temat tych aspektów sztuki żeglarskiej.
Lessa roześmiała się na jego pocieszny ton i nalała wina.
— Czy zdajesz sobie sprawę — zapytał, obracając kielich w palcach — że na pokładzie nie było ani kropli wina?
— Och, nie! — wykrzyknęła Lessa z komicznym przerażeniem. Do jej śmiechu przyłączył się śmiech F’lara. — Cóż za umartwienie!
Robinton przeszedł wtedy do celu ich wizyty.
— Był to jednak szczęśliwy zbieg okoliczności. Moi drodzy Władcy Weyru, Kontynent Południowy jest znacznie większy niż przypuszczaliśmy. — Spojrzał na Torika, który wyciągnął mapę pospiesznie skopiowaną z większej mapy.
F’lar i Lessa uprzejmie przytrzymali jej rogi, by sztywna skóra leżała płasko. Kontynent Północny rozrysowany był szczegółowo, podobnie jak znana część Południowego. Robinton wskazał na kciuk półwyspu, na którym mieścił się Weyr Południowy i Warownia Torika, a potem przesunął rękę na prawo i na lewo od tego punktu orientacyjnego, gdzie linia brzegowa i spora część lądu, oddzielona od reszty dwoma rzekami, była pod względem topograficznym szczegółowo oznaczona.
— Torik nie próżnował. Możecie zobaczyć, jak daleko posunął znajomość terenu poza to, czego udało się dokonać F’norowi podczas podróży na południe.
— Poprosiłem T’rona o pozwolenie na kontynuowanie badań — na twarzy Południowca odbiła się pogarda i niechęć — ale on ledwie, że mnie wysłuchał i powiedział, że mogę robić, co chcę, jak długo Weyr będzie dostatecznie zaopatrywany w dziczyznę i świeże owoce.
— Zaopatrywany? — wykrzyknął F’lar. — Przecież wystarczy, żeby odeszli na parę długości smoka od Weyru i już mogą nazrywać sobie, czego potrzebują.
— Czasami to robią. Przekonałem się jednak, że przeważnie łatwiej jest, jeżeli moi dzierżawcy zaspokajają ich żądania. Nie naprzykrzają nam się wtedy.
— Nie naprzykrzają się? — Głos Lessy pełen byt oburzenia.
— Tak właśnie powiedziałem, pani — odparł Torik, a w tonie jego głosu pobrzmiewała twarda nuta; powrócił do mapy. — Moim dzierżawcom udało się dotrzeć w głąb kraju, do tego miejsca. Trudne przedsięwzięcie. Wszystko porośnięte splątaną dżunglą, od której najostrzejsza klinga tępi się w godzinę. Nigdy nie widziałem takiej roślinności! Wiemy, że są tu pagórki, a dalej pasmo wzniesień — postukał w odpowiednie części mapy — ale nie mam ochoty na wycinanie przejścia krok za krokiem. Przeprowadziliśmy rekonesans wzdłuż linii brzegowej, znaleźliśmy te dwie rzeki i szliśmy z ich biegiem, jak długo się dało. Zachodnia rzeka kończy się w równinnym, bagnistym jeziorze, a południowo — wschodnia na wodospadach wysokich na sześć, siedem długości smoka. — Torik wyprostował się, patrząc na mały kawałek poznanego kraju z łagodnym niesmakiem. — Zaryzykowałbym twierdzenie, że nawet, jeżeli ten ląd nie ciągnie się dalej na południe niż to pasmo górskie, i tak jest dwa razy większy od Południowego Bollu czy Tilleku!
— A Władcy z przeszłości nie są zainteresowani w zbadaniu tego, co posiadają? — Robinton zdał sobie sprawę, że dla F’lara takie nastawienie było nie do przełknięcia.
— Nie, panie, nie są! A mówiąc szczerze, jeżeli nie będzie jakiegoś łatwiejszego sposobu na to, żeby przedostać się przez tę roślinność — Torik postukał w mapę — to nie starczy mi ani ludzi, ani tym bardziej energii, żeby zawracać sobie tym głowę. Mam już teraz całą ziemię, jaką mogę utrzymać, a wciąż jeszcze moi ludzie są bezpieczni od Nici. — Przerwał. Chociaż Robinton dość dobrze orientował się, nad czym się teraz waha, chciał, żeby Przywódcy Weyru dowiedzieli się z pierwszej ręki, co myśli ten energiczny Południowiec. — Przez większą część czasu jeźdźcy smoków tym sobie również nie zawracają głowy.
— Co? — eksplodowała Lessa, ale F’lar dotknął jej ramienia.
— Zastanawiałem się nad tym, Toriku.
— Jak oni śmią? — ciągnęła dalej Lessa, a jej szare oczy rzucały błyskawice.
Ramoth poruszyła się na swoim legowisku.
— Bez wątpienia śmią — powiedział Torik, zerkając nerwowo na królową.
Jednak Robinton widział, że pełna przerażenia reakcja Lessy na przewinienie jeźdźców z przeszłości przyniosła satysfakcję temu mężczyźnie.
— Ale… ale… — Lessa aż się zapluła z oburzenia.
— Czy jesteś w stanie sobie poradzić, Toriku? — zapytał F’lar, uspokajając swoją partnerkę stanowczym gestem.
— Nauczyliśmy się radzić sobie — powiedział Torik. — Mamy mnóstwo miotaczy płomieni, F’nor upewnił się, by pozostały one w moich rękach. Nie dopuszczamy, by nasze gospodarstwa zarosły trawą, a podczas Opadu Nici trzymamy zwierzęta w kamiennych stajniach. — Nieśmiało wzruszył ramionami, a potem lekko uśmiechnął się na pełen oburzenia wyraz twarzy Władczyni Weyru. — Nie spotyka nas od nich żadna krzywda, Lesso, co prawda nie spotyka nas również nic dobrego. Nie martw się. Radzimy sobie z nimi.
— To nie o to chodzi — powiedziała Lessa ze złością. — Są jeźdźcami smoków, przysięgli ochraniać…
— Przecież wysłaliście ich na Południowy, bo tego nie robili przypomniał jej Torik. — Żeby tutaj nie wyrządzali ludziom krzywdy.
— To wciąż jeszcze nie daje im żadnego prawa, lecz…
— Mówiłem ci, Lesso, że nie robią nam krzywdy. Radzimy sobie bez nich!
Coś jakby wyzwanie w głosie Torika spowodowało, że Robinton wstrzymał oddech. Lessa była porywcza.
— Czy jest coś, czego potrzebujesz od Północy? — zapytał F’nor z czymś w rodzaju przeprosin.
— Miałem nadzieję, że o to zapytasz — powiedział Południowiec, szeroko się uśmiechając. — Wiem, że nie możecie złamać danego słowa, wtrącając się do spraw Południa. Nie żeby mi to przeszkadzało… — dodał pośpiesznie, widząc, że Lessa znowu chce protestować. — Ale zaczyna nam brakować niektórych rzeczy, na przykład odpowiednio wykutego metalu dla mojego kowala i części do miotaczy płomieni, które, jak to on mówi, potrafi zrobić tylko Fandarel.
— Dopilnuję, żebyś je dostał.
— I chciałbym, żeby jedna z moich młodszych sióstr, Sharra, pobierała nauki u tego Uzdrowiciela, o którym opowiadał mi Harfiarz, Mistrza Oldive. Są u nas jakieś osobliwe gorączki i dziwne choroby.
— Oczywiście, będzie mile widziana — powiedziała Lessa szybko. — A nasza Manora jest biegła w sporządzaniu wywarów z ziół.
— I… — Torik zawahał się na moment, rzucając spojrzenie na Robintona, który szybko uspokoił go uśmiechem i zachęcającym gestem — gdybyście mieli jakichś żądnych przygód mężczyzn i kobiety, którzy mieliby ochotę założyć gospodarstwa na mojej ziemi, to myślę, że moja Warownia mogłaby ich wchłonąć bez wiedzy jeźdźców z przeszłości. Weźcie pod uwagę, że chodzi mi tylko o kilku, ponieważ choć mamy cały kontynent wolny, niektórych ludzi wyprowadza z równowagi, kiedy na niebie nie ma smoków podczas Opadu Nici!
— No cóż, tak — powiedział F’lar z nonszalancją, na którą Robinton zdusił śmiech — wydaje mi się, że mamy paru zahartowanych osobników, którzy by byli zainteresowani przyłączeniem się do ciebie.
— Dobrze. Jeżeli będę miał dość ludzi, by utrzymać ziemię jak należy, to w następnej porze chłodnej przekroczymy rzeki. Ulga Torika była widoczna.
— Wydawało mi się, iż mówiłeś, że to niemożliwe… — zaczął F’lar.
— Nie niemożliwe. Tylko trudne — odparł Torik, dodając z uśmiechem. — Widziałem ludzi, którzy mimo wszystko chleli iść dalej i sam chciałbym wiedzieć, co też tam dalej jest.
— My też — powiedziała Lessa. — Władcy Weyrów z przeszłości nie są wieczni.
— Często się pocieszałem tym faktem — odparł Torik. — Jest jednak pewna sprawa… — Przerwał spoglądając spod przymrużonych powiek na dwoje Przywódców Weyru Benden.
Jak dotąd śmiałość Torika napełniała Robintona radością. Harfiarz odczuwał głębokie zadowolenie z tego, jak udało mu się go przygotować i podpuścić, by prosił o to, co najbardziej było potrzebne Południu — o miejsce, gdzie można by posyłać niezależnych i zdolnych ludzi, którzy nie mieli żadnej szansy na zdobycie warowni czy gospodarstw na Północy. Zachowanie rosłego Południowca było dużą nowością dla Władców Weyru Benden: nie był on ani służalczy i pokorny, ani agresywny i pełen żądań. Torik stał się niezależny wskutek tego, że nie miał nikogo, w kim mógłby szukać oparcia, ani jeźdźców smoków, ani Mistrzów Rzemiosła, ani Lordów Warowni. A ponieważ przeżył, miał do siebie zaufanie, wiedział, czego chce i jak to osiągnąć. Tak, więc zwracał się do Lessy i F’lara jak do równych sobie.
— Jeszcze jeden drobiazg — ciągnął dalej — który chciałbym wyjaśnić.
— Tak? — podsunął mu F’lar.
— Co się stanie z Południowym, z moimi dzierżawcami, ze mną, kiedy już nie stanie jeźdźców z przeszłości?
— Powiedziałbym, że zrobiłeś już więcej niż trzeba, żeby zarobić sobie na prawo do Warowni — powiedział powoli F’lar z niedwuznacznym akcentem na tym ostatnim słowie — i zatrzymania tego, co uda ci się wykroić z tej dżungli!
— Dobrze! — Torik zdecydowanie skinął głową, nie spuszczając spojrzenia z oczu F’lara. A potem nagle uśmiech zalał jego opaloną twarz. — Już zapomniałem, jacy potraficie być wy z Północy. Przyślijcie mi takich więcej…
— Czy oni będą mogli zatrzymać to, co dla siebie wykroją? — zapytał szybko Robinton.
— To, co oni utrzymają, to mają — odparł Torik poważnie. Ale nie zalewajcie mnie ludźmi. Muszę ich przemycić ukradkiem, kiedy Władcy z przeszłości nie będą Patrzeć.
— Ilu możesz… przemycić bez problemów?
— Och, ze sześciu czy ośmiu, tak na pierwszy raz. Potem, kiedy już będą mieli gospodarstwa, znowu tyle samo. — Uśmiechnął się szeroko. — Ci pierwsi muszą się pobudować, zanim przyjdą następni. Ale na Południowym jest wiele miejsca.
— To pocieszające, ponieważ sam mam plany co do Południowego — powiedział F’lar. — A jak już o tym mowa, Robintonie, jak daleko na wschód zapędziliście się z Menolly?
— Żałuję, że nie potrafię ci powiedzieć. Wiem, gdzie znaleźliśmy się, kiedy w końcu burza ucichła. Najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałem, idealne półkole pokrytej białym piaskiem plaży z tą gigantyczną stożkowatą górą daleko, daleko w tle, dokładnie w połowie zatoczki…
— Ale przecież wracałeś brzegiem? — niecierpliwił się F’lar. — Powiedz coś o tym terenie?
— Istnieje — powiedział tajemniczo Robinton. — To wszystko, co mogę powiedzieć… — Spiorunował wzrokiem Torika, który rozchichotał się widząc jego zmieszanie. — Mieliśmy do wyboru albo żeglować bardzo blisko lądu, co, jak stwierdziła Menolly, było niemożliwe, ponieważ nie znaliśmy dna, albo tak żeby trzymać się kawał za Zachodnim Prądem, który ani chybi doprowadziłby nas z powrotem prosto do zatoczki. Jak już powiedziałem, było to prześliczne miejsce, ale z radością je na trochę opuściłem. Mimo że byt tam ląd, to nie był na tyle blisko, żebym mógł mu się dobrze przyjrzeć.
— To fatalnie. — F’lar wyglądał bardzo zmartwiony.
— I tak, i nie — odparł Robinton. — Żegluga z powrotem wzdłuż tego wybrzeża zajęła nam dziewięć dni. To bardzo duży kawał ziemi, który może badać Torik.
— Z chęcią, i będę gotów, jeżeli dostanę to, czego mi trzeba…
— Jak mamy ci dostarczać przesyłki, Toriku? — zapytał F’lar. — Nie odważymy się przesyłać ich na grzbiecie smoków, chociaż byłoby to najłatwiejsze i według mnie najlepsze wyjście. Robinton zachichotał i puścił oko do pozostałych.
— Jeśli o to chodzi, gdyby przypadkiem jakiś następny statek zwiało z kursu na południe od Warowni Ista… Zamieniłem ostatnio Parę słów z Mistrzem Idarolanem, a on nadmienił, jak bardzo srogie sztormy mieliśmy tego Obrotu.
— Czy to w ten sposób po raz pierwszy znalazłeś się przypadkiem na południu? — zapytała Lessa.
— A jakżeby inaczej? — powiedział Robinton, przybierając bardzo niewinny wyraz twarzy. — Menolly próbowała nauczyć mnie żeglowania, niespodzianie zerwała się burza i zwiało nas prosto do przystani Torika. Czyż nie, Toriku?
— Jeżeli tak powiadasz, Harfiarzu!