121777.fb2
Zbudziło mnie silne, jasne światło słoneczne. Ze zdziwieniem przeciągnąłem się — uczułem miękkość łóżka — podskoczyłem szybko na posłaniu i spojrzałem. Wielki jasny pokój pełen był blasku. Oknami wlewało się słońce i pierwszym moim uczuciem było, że miałem jakiś dziwny, głupi sen, ale w następnej chwili wzrok mój padł na drzwi bez klamki i wszystko sobie przypomniałem. Wstałem pospiesznie, podszedłem do okna i wyjrzałem. Pode mną rozlewało swoje fale wielkie ciemne jezioro, którego brzegi tonęły we mgle porannej. Jak daleko okiem sięgnąć — tylko woda. Patrzyłem na gładką, z lekka pomarszczoną czarno–zieloną taflę z wysokości co najmniej trzech pięter. Rozejrzałem się po pokoju. Ubranie moje znikło — na krześle leżał ciemnopopielaty garnitur w szkocką kratę. Mimo woli uśmiechnąłem się — troskliwych miałem gospodarzy. Nagle zauważyłem małe drzwi w ścianie pokoju, pokryte malowidłem. Otwarłem je — zalśniła bielą kafli i niklem mała wytworna łazienka.
W następnej chwili stałem już pod huczącym, gorącym tuszem i rozkoszowałem się pianą drogiego, wonnego mydła, bez którego tak długo musiałem się obywać. Właśnie skończyłem się ubierać, gdy rozległo się lekkie pukanie i do pokoju wszedł Mr Frazer. — Aha! Ranny ptaszek z pana, to dobrze.
Był jakby wypoczęty, uśmiechnięty i wydawał się co do mnie zupełnie przekonany. Wziął mnie pod ramię i pociągnął za sobą.
— Proszę na śniadanie. — I dodał objaśniająco: — Jemy je zawsze wspólnie. Usłyszy pan też dosyć ciekawego, przyjechał inżynier Lindsay z Oregonu.
Zjechaliśmy piętro niżej. Sala, do której wszedłem, mogła istnieć w każdym starym zamku angielskim. Olbrzymi kominek, długi wąski stół obstawiony wysokimi krzesłami o rzeźbionych w mahoniu oparciach, srebro i porcelana, zastawy, herby na ścianach — zaiste, ludzie, u których przebywałem, umieli sobie urządzić życie nawet w najdziwniejszych warunkach.
Przy stole siedzieli już wszyscy znani mi mężczyźni, a także przybysz nowy, barczysty i pleczysty, o mocnej kościstej twarzy opalonej na kolor brązu. Przedstawił mi się jako inżynier Lindsay. Gdy zająłem miejsce, znany mi już pomocnik szofera wszedł i zaczął podawać kawę i herbatę. Spojrzałem na niego z boku — ciekaw byłem, jak czuje się po naszym wczorajszym starciu.
Wyglądało jednak na to, że ma się dobrze, tylko jabłko Adama mocno było spuchnięte, a także spojrzenie, jakim mnie obrzucił, nie wydawało mi się specjalne przyjazne. Nie mogłem wszakże zwracać na niego uwagi, gdyż przy stole toczyła się rozmowa, którą przerwało moje wejście.
Profesor, który siedział przy końcu stołu i maczał małe kawałki bułki w przechylonej filiżance kawy, zwrócił się do mnie. Gdy mówił, okulary poruszały mu się na przykrótkim nosie.
— Mr McMoor, zazwyczaj przy śniadaniu rekapitulujemy wszystkie zaszłe w dniu poprzednim zdarzenia. Otóż wczoraj oczekiwaliśmy przybycia pana inżyniera, który przywiózł nam potrzebne do dalszych doświadczeń materiały, to znaczy pancerze z ołowiu i azbestu. Chodzi bowiem o to, że maszyna, Areanthropos, wydziela pewnego rodzaju energię, jak się zdaje, promienistą, która na nasze tkanki posiada nader zgubne działanie. Z wystawionych na promieniowanie świnek morskich po dwu godzinach nie żyła ani jedna. Trzeba panu wiedzieć, że działanie to, jak suponujemy, jest osłabione, gdyż aparat nie znajduje się według wszelkiego prawdopodobieństwa w stanie normalnym.
— Jest to właściwie nasze przypuszczenie — odezwał się Frazer. — Chodzi o to, że resztki atmosfery, jakie znajdowały się w pocisku, będące prawdopodobnie w pewnym stopniu odpowiednikiem atmosfery Marsa, były nader bogate w dwutlenek węgla i inne gazy obce naszemu powietrzu ziemskiemu. Sądzimy przeto, że organizm, to jest organiczna substancja, która kieruje działalnością mechanizmu, została przez nieodpowiedni skład naszej atmosfery zatruta.
— A może stan, w jakim się teraz maszyna znajduje, jest jej stanem normalnym? — spytałem. — Przecież nie wiadomo, jak się takie stworzenie powinno zachowywać… Nie powinniśmy, sądzę, używać porównań… to znaczy starać się twór ten zbytnio uczłowieczyć.
Wszyscy patrzyli na mnie badawczo.
— Przepraszam, może powiedziałem jakieś głupstwo? Proszę mi wybaczyć, to były słowa laika.
— I my jesteśmy laikami w tym zagadnieniu — odparł profesor, który już załatwił się z drugą porcją kawy i teraz kręcił kulki z chleba — a pańskie zdanie jest nader słuszne. Niestety, reakcja maszyny w chwili otwarcia pocisku była tego rodzaju…
— Czy mogę się dowiedzieć, co się właściwie stało? — spytałem. — Tyle już słyszałem niedomówień, że pałam ciekawością…
— Ma pan słuszność — to mówił siwawy, smukły mężczyzna nazwany doktorem. — W chwili gdy za pomocą palników tlenowych przecięto czubek rozgrzanego cygara stalowego, jakie stanowił pocisk z Marsa, ukazała się w otworze, po odpadnięciu średniej części, taka metalowa wężownica, którą pan prawdopodobnie zauważył, jeśli się pan przyjrzał temu dokładniej…
Skinąłem głową.
— Wężownica ta dotknęła być może jednego z naszych robotników, nie dało się tego dokładnie stwierdzić, przy czym wykonywała nader gwałtowne, jakby drgawkowe ruchy. Potem ukazał się kadłub, który wywalił się na ziemię z wysokości kilku metrów i znieruchomiał. Tę nieruchomość zachował do dziś, to jest z górą tydzień.
— I cóż w tym takiego dziwnego? — powiedziałem.
— A to, że robotnik, który pracował przy palniku acetylenowym, zmarł jeszcze tego samego dnia. Z oznakami udaru mózgowego… a obdukcja nie wykazała żadnych zmian prócz lekkiego przekrwienia mózgu…
— Więc panowie przypuszczacie?
— My nic nie przypuszczamy, młody człowieku, pamięta pan, co powiedział Newton? Hypothesas non fingo, powiedział stary Newton… Tak, tak, my tylko badamy, nie stawiamy żadnych hipotez… Otóż faktem jest, że bliskość maszyny może wywołać pewne przykre konsekwencje z utratą życia włącznie, o tym trzeba pamiętać.
Potem zwrócił się rzeczowym tonem do Frazera:
— Panie kolego, czy przygotował pan na dzisiaj wszystko?
— Tak jest, panie profesorze, o dziewiątej przeniesie się Areanthropa za pomocą dostarczonych dźwigników do małej sali montażowej, gdzie umieścimy go w zbiorniku wypełnionym mieszaniną gazów według receptury doktora i będziemy starali się przez obniżenie ciśnienia aż do marsowego doprowadzić go do remisji… O ile nie ma żadnych uszkodzeń w jego mechanizmie, sądzę, że powinno się to udać.
— A jak się mają świnki w osłonie ołowiowej, umieszczone w kamerze?
Frazer zmieszał się.
— Jeszcze nie widziałem… Nie wiem… bo włożyliśmy je dopiero o piątej rano.
Różowa twarz profesora poczerwieniała.
— Jeżeli wszyscy będziemy tak pracować jak pan, panie Frazer, to Marsjanin ucieknie nam przez okno i ani go złapiemy. Dobre sobie! Nie widziałem… nie wiem… — mruczał stary choleryk, rozrzucając kulki chlebowe po całym stole. Frazer wstał szybko i podszedł do niszy w ścianie. Usłyszałem brzęk słuchawki — był to wewnętrzny telefon.
Po krótkiej chwili Frazer wrócił na swoje miejsce. Usiadł powoli i popatrzył w oczy profesorowi. Ten poprawił się na krześle, otworzył usta i czekał.
— No!?
— Wszystkie świnki zdechły — powiedział głucho Frazer. — Teraz są dwie możliwości: albo doza jest nieszkodliwa dla człowieka, ale jeszcze zabija opancerzone ołowiem świnki, albo…
— Albo tereferekuku — powiedział niegrzecznie profesor. — Musimy się wstrzymać do wieczora, jeżeli chcemy się widzieć w komplecie przy kolacji… Proszę wzmocnić pancerz do maksimum. Ile jest płyt ołowianych?
— Jest trzydzieści sześć płyt po osiem centymetrów grubości — powiedział barczysty inżynier.
— No to damy pięćdziesiąt sześć centymetrów ołowiu zamiast dwunastu…
— A jeżeli to nie jest zwykłe promieniowanie liniowe i trzeba otoczyć całą świnkę pancerzem, ze wszystkich stron? — spytał doktor.
— Pan sądzi, że na Marsie obowiązują inne prawa fizyczne? — powiedział z przekąsem Frazer.
— A pan myśli, że pan je już wszystkie zna? — poparł doktora profesor. — Jak byłem w pańskim wieku, to także mi się zdawało, że już wiem wszystko… Ja myślę, że doktor ma rację. Proszę zrobić pancerz w kształcie walca i dać filtry do oddychania. Albo nie: lepiej zamknąć hermetycznie, a do środka dać balon z tlenem. Proszę to zaraz zrobić i włożyć do kamery z Marsjaninem.
Wszyscy powoli wstawali od stołu, profesor schwycił Frazera za rękę, przyciągnął do okna i począł mu coś tłumaczyć, rysując palcem na szybie.
Doktor zbliżył się do mnie.
— Jak się panu podoba nasz profesor? — zagadnął mnie, pocierając palcami cienki, długi nos. — Zrzęda, co? Ale powiadam panu: głowa! — I puknął się palcem w czoło. — Ale wie pan co? Namówię inżyniera Finka, żeby nam pokazał to wszystko, co wyjęto z pocisku… Ciekawa to rzecz, choć już raz widziałem, bo trzeba panu wiedzieć, że profesor trzyma wszystko pod kluczem.
Doktor skinął na inżyniera, siwego bruneta o jasnoniebieskich oczach i smagłej twarzy i wyszliśmy na korytarz.
— Wybaczcie, panowie, ale wasza praca doprawdy nic nie ma w sobie, o ile widzę i wiem, niewłaściwego, więc po co te tajemnice? I te dziwne hasła, sposoby umawiania się… Czy inżynier Lindsay nie mógł wprost przyjechać tutaj? Ja bym może nie stał się uczestnikiem tak niesłychanie ciekawych badań, ale…
— Bo pańscy koledzy po fachu żyć nam nie dają — przerwał impulsywny doktor. — Bo park musi być otoczony drutem kolczastym i psami. Bo już wywąchali, nie wiem tylko jak, że profesor Widdletton ma coś wspólnego ze spadłym meteorytem… Na szczęście mają głowy napchane Japonią, ale gdyby dowiedzieli się, że tutaj siedzi sława współczesnej astrofizyki razem z wybitnymi fachowcami fizyki atomowej, że mamy takiego inżyniera konstruktora jak Mr Fink i elektryka jak Lindsay, zdobyliśmy go, trzeba panu wiedzieć, dopiero trzy dni temu, to zapewniam pana, że te wszystkie mury i woda, i psy niewiele by nam pomogły.
Rozmawiając, doszliśmy do laboratorium. Była to wielka sala z oszklonym częściowo stropem, urządzona w sposób najnowszy. W powietrzu warczały śmigi wielkich wentylatorów, wszędzie błyszczało szkło stojących w rzędach aparatur, ze ścian błyskały tęczami barw zawarte w butlach odczynniki chemiczne. Tu i ówdzie syczał palnik gazowy, ogrzewając jakieś aparaty. W drugiej części sali stoły były zastawione przyrządami optycznymi i złożonymi mechanizmami, jakby zegarowymi, których przeznaczenie było mi nie znane. Przeszliśmy przez tę salę i w następnej ubikacji ujrzałem rozwieszone na ścianach kolorowe zdjęcia przedstawiające okolicę, w której spadł meteor.
Przyznaję ze skruchą, że oglądałem je nader pobieżnie. Także zdjęcia samego pocisku, cygara z tępym końcem, niezbyt mnie zaciekawiły. Moi towarzysze zauważyli to.
— Widzę, że pan chce oglądnąć, co najważniejsze — zauważył doktor. — Pójdziemy tedy na dół.
Zjechaliśmy windą na parter, potem zeszliśmy schodami do znanego mi podziemnego korytarza. Jakież było moje zdziwienie, gdy po krótkiej drodze znalazłem się w dobrze znanej mi stalowej kwaterze, w której jadłem kolację w towarzystwie mruka szofera.
— Pan zna ten pokoik, widzę? — zwrócił się do mnie jowialny doktor. Uśmiechnąłem się, a inżynier nastawiał tymczasem wałki literowe poszczególnych sejfów i po chwili szczęk oznajmił nam, że drzwi są otwarte.
Inżynier wyjął z ciemnej głębi kilka przedmiotów i położył na stoliku.
— Co to jest? — spytałem, wskazując na walec z palladu, który na stronie pobocznicy posiadał coś w rodzaju guzika czy klawisza.
— To jest, zdaje się, przyrząd do pisania, czy też do uwieczniania myśli. Tam w środku jest taki proszek, coś w rodzaju opiłków niemetalicznych jakiejś substancji organicznej… Walec ten posiada nader dowcipne urządzenie, które wytwarza zmienne pole elektryczne, przenoszące się na proszek… Zmiany zostają tak utrwalone, że proszek wysypany na papier…
— Ach, wiem już — przerwałem — widziałem to wczoraj, ale jak to jest możliwe?
— Tego jeszcze nie wiemy, tę odpowiedź będzie pan musiał słyszeć często, na razie — zauważył doktor.
Drugim przedmiotem był trójkąt ze srebrzystego metalu, który posiadał trzy przecinające się wysokości. Wszystko było sporządzone jakby z grubego drutu.
— Cóż to jest?
— Weź pan to do ręki…
Chciałem to uczynić, ale ten przedmiot przy dotknięciu usunął się — chwyciłem go w garść. Było to coś twardego i zimnego, co wszakże drgnęło natychmiast, zaczęło wić mi się w ręce i stało się ciepłe, tak że mimo woli puściłem. Padło na stół i zastygło w dawnej postaci.
— Substancja pozornie metaliczna obdarzona pobudliwością — deklamował doktor z wpółprzymkniętymi oczyma. — Burzy wszystkie nasze pojęcia o żywej materii i różnicy między żywym a martwym…
Trzeci przedmiot stanowiła mała czarna kasetka. Doktor podniósł ją i ustawił między moimi oczami a światłem.
Kiedy oczy moje przyzwyczaiły się do względnej ciemności, zauważyłem, że chwilami ściana kasetki zaciemnia się, tworząc coś w rodzaju zielonawej fosforyzującej powierzchni, po której powoli chodzą jaśniejsze linie świetlne. Czasem zatrzymywały się na kilka chwil w bezruchu, czasem poruszały się ogromnie szybko.
— Co się tyczy tego — odezwał się inżynier — zdania są podzielone… Ja sądzę, że to jest rodzaj telewizora do porozumiewania się być może z Marsem, kolega Lindsay: że to jest odbiornik jakiegoś nieznanego lub zmodyfikowanego rodzaju energii. Przy czym nie jest wykluczone — dodał z uśmiechem — że jest to coś trzeciego, całkiem różnego w istocie od naszych przypuszczeń.
Ostatni przedmiot stanowiło małe cygaro, wykonane jakby z gumy czy też niezbyt twardej masy plastycznej, które mocno przypominało znany mi z fotografii bolid.
— To jest model pocisku? — powiedziałem, odczuwając pewnego rodzaju ulgę, że przecież goście z Marsa mają choćby jedną cechę wspólną z ludźmi: że lubują się w zmniejszeniach swoich produktów technicznych.
— Niestety, nie — powiedział doktor z ironicznym uśmiechem. — To tylko powłoka zewnętrzna. Panie inżynierze, może pan pokaże Mr McMoorowi, co jest w tym cygarku, bo mój palec — oglądnął troskliwie kciuk — jeszcze się nie zagoił.
Inżynier uśmiechnął się krzywo, ale wziął cygaro do ręki i włożył do szklanego akwarium, które stało na stoliku. Potem wyjął ze skrzynki ściennej długie kleszcze, przytrzymał cygaro i powoli nacisnął jego koniec.
Koniec ten otworzył się wtedy jak rybi pysk i wyskoczyło z niego coś czerwonego, niezbyt dużego, ale bardzo ruchliwego. Było to stworzenie wielkości orzecha włoskiego, które podskakiwało nieustannie jak piłka. Nad nim, w górze, zdawały się wisieć dwa ciemnobłękitne kolce.
— Oto okaz fauny, a może i flory marsowej — zauważył doktor Kennedy. — Kąsa to dość nieprzyjemnie, ale można znieść. — Podsunął mi pod nos kciuk ozdobiony brzydką, jakby wypaloną ranka. — Są to zwierzęta, zdaje się, zbliżone do naszych pajęczaków czy członkonogich (choć nie mają nóg), które jednak są, jak mi się wydaje, mądrzejsze od wszystkich owadów całej kuli ziemskiej razem wziętych…
— Po czym to poznać? I czemu pan jesteś tak pozytywnie uprzedzony do tych przybyszów? — spytałem. Niesłychana dziwaczność, wyższość i zarazem obcość wszystkich przedmiotów, wobec której mój zwykle tak sprawny mózg zawodził, zaczęła mnie złościć.
— Jest to całkiem proste… Przy dwudniowych doświadczeniach wykazały one pamięć, której by się nie powstydził pies z laboratorium odruchów warunkowych… przy znacznie szybszym działaniu. Niech pan zwróci uwagę na ich mechanizm poruszania się: one nie mają kończyn, ale posuwają się, podskakując dzięki skurczom spodniej strony brzucha…
Patrzyłem na ceglastoczerwone stworzenie, które skakało po dnie pustego akwarium, i zauważyłem, że jest prążkowane w jaśniejsze i ciemniejsze pasy, że posiada coś w rodzaju cienkich włosów, na których znajdują się kolce.
— Ależ to nie są wcale jego kończyny — zawołałem zdumiony.
Rzeczywiście, owe tak zwane kolce były to dwie szczęki pracowicie wypiłowane ze srebrzystobłękitnego metalu, posiadające niemal matematycznie obliczony system zazębienia. Trzymające owe szczęki wyrostki były spiralnie zwinięte.
— Niestety, pan ma rację: okazuje się, że owady na Marsie posługują się narzędziami — powiedział doktor. Schwycił zwierzę kleszczami, co mu się nie od razu udało, a inżynier przypatrywał się z niedowierzaniem, namawiając do większej ostrożności, i wsunął do futerału–cygara. Gdy sumienny inżynier chował wszystko do skrytki, doktor odezwał się:
— Niedobrze mi się robi, gdy patrzę na to. Gdybym nie był takim starym wariatem, noga moja nigdy by tu nie postała. Nie mówię o niebezpieczeństwie — wyprostował się lekko — mam Military Cross, ale te zwariowane rzeczy, no i ten nasz mechaniczny nieboszczyk wyprowadzają mnie z równowagi. I po co im lekarz? — dziwił się, prowadząc mnie na korytarz oświetlony jak zawsze, mimo dziennej pory, sztucznym światłem. — Czy nie uważa pan? Im trzeba zegarmistrza do tego Marsjanina, ha, ha, ha!
Inżynier zasunął wielki rygiel i zwrócił się ku nam.
— Niech pan się zbytnio nie przejmuje uwagami doktora — powiedział — ani jego pesymizmem: on sam nie bierze się na serio.
Weszliśmy na podest parteru — inżynier nacisnął guzik. Rozległ się cichy świst, drzwi odskoczyły i niewielkie, oświetlone przyćmionym światłem wnętrze windy rozwarło się przed nami. Spojrzałem na moich towarzyszy.
— Pójdziemy do biblioteki — powiedział doktor i ze spojrzeniem na zegarek: — Jest jedenasta, zaraz będzie narada wojenna.
W bibliotece było pusto, tak mi się przynajmniej w pierwszej chwili wydawało. Przy bocznym oknie stał jednak mężczyzna, z którym dotąd nie rozmawiałem. Był mały, krępy, nosił luźne ubranie skrojone z wielkim rozmachem, które zwisało na jego dość wypukłych kształtach, daremnie usiłując zamaskować ich krągłość. Twarz miał niemal oliwkową, włosy niebiesko — czarne, tylko oczy były zielone, jakby przesadzone z twarzy Norwega, gdyż świeciły podobnie jak lód w szczelinach gletcherów.
— O, jest pan Gedevani — doktor wydawał się zadowolony. — No, i co słychać nowego?
Pan Gedevani mówił nieszczególnym angielskim językiem.
— Doktor, pana wzywał profesor. Już trzy razy dzwonił na górę i dół. Niech pan już idzie do małej operacyjnej.
Doktor zaniemówił — ruchy stały się celowe, szybkie — lewą ręką chwycił się za wewnętrzną kieszeń. Sprawdził, czy ma przy sobie strzykawkę, i wybiegł z sali.
— Co się stało? — spytałem.
— Nie wiem. — Pan Gedevani bębnił palcami po stole. — Zdaje się, że nasz przyjaciel Lindsay chciał udowodnić Mr Frazerowi, że hm… że maszyna, to jest człowiek z Marsa, nie wydziela przez drzwi od kamera żadne promienie…
— I co się z nim stało?
— Burke znalazł go nieprzytomnego w windzie. Pewno uciekał stamtąd, czy ja wiem?
W tej chwili drzwi się otworzyły i jak mały ciemny gnom z siwą czupryną wpadł profesor. Po chwili za nim weszli wszyscy inni panowie oprócz doktora i Lindsaya. Profesor biegał po chodniku wzdłuż szaf bibliotecznych, tupał nogami, mruczał i rzucał spod okularów gniewne spojrzenia na mężczyzn, którzy powoli siadali na fotelach, zapalali papierosy i zdawali się oczekiwać, aż staruszkowi przejdzie złość.
— Powiedziałem tysiąc razy: żadnych doświadczeń na własną rękę! To musi się skończyć albo ja jutro wyjeżdżam. Czy jesteśmy dziećmi? — wybuchnął wreszcie profesor. — Sprawa jest aż nadto poważna i bez tego, by jeden wielki uczony z drugim z powodu ambicji albo dla ad hoc skonstruowanej teoryjki pchał łeb w to niebezp… — Urwał, wyjął z kieszeni kamizelki niemożliwie zmiętoszone cygaro, odgryzł koniec, zapalił i mówił całkiem innym tonem dalej: — Nasz przyjaciel Lindsay wyjdzie z tej historii, jak się zdaje, cało… Obecnie chciałbym wysłuchać propozycji i rezultatów pracy panów do dzisiaj… z tym, żeby, o ile to możliwe, starać się nie o tempo badań, ale o stworzenie warunków optymalnego bezpieczeństwa… nawiasem mówiąc, bardzo iluzorycznych. Proszę pana inżyniera Finka o zreferowanie strony technicznej.
Inżynier wstał i zaczął rozkładać na swoim stoliku notatki.
— Więc rzecz się ma tak… Maszyna znajduje się obecnie w kamerze pancernej, obłożonej, jak wiadomo panom, ołowiem na sześćdziesiąt centymetrów grubości, sądziliśmy, a okazało się to niedopuszczalne: sądzić według rezultatów promieni, wytwarzanych w naszych laboratoriach, że pół metra ołowiu jest stuprocentowym zabezpieczeniem od każdej energii falowej. Nieszczęśliwy wypadek z kolegą Lindsayem wykazał nam, że promienie te przenikają przez nasz pancerz jak przez kartkę papieru. Tym samym doświadczenie ze świnkami okazało się całkowicie bezprzedmiotowe. Celem naszym jest poddanie maszyny działaniu pewnej zmienionej atmosfery w całości: jako że próby demontażu zakończyły się nieszczęśliwie, a propozycja zatrucia całkowitego części żywej została odrzucona, jako mogąca ten rodzaj plazmy, jak sądził doktor, zniszczyć. Ażeby wykonać ten projekt, proponuję co następuje: po pierwsze, sporządzić rurę ołowianą o ścianie grubości dwu metrów. Do tej rury włoży się maszynę i zamknie z dwu stron odpowiednimi płytami. Po drugie, do rury zamontuje się od środka aparat telewizyjny, który umożliwi nam obserwowanie z pewnej odległości tego, co się w niej będzie działo. Sądzę, że moja metoda daje maksimum bezpieczeństwa.
— Czy pan skończył? — zapytał profesor.
— Tak jest.
— Zatem proszę pana bardzo, żebyś się udał do Burke’a, który pana ubierze w nasz skafander, zejdzie pan do podziemi i spróbuje zmierzyć elektrometrem siłę promieniowania z kamery przez zamknięte drzwi. Tylko w ten sposób obliczy pan, jaki pancerz jest potrzebny, i to z pewnym procentem bezpieczeństwa. Proszę nie robić żadnych sztuk, nie wchodzić niepotrzebnie do kamery i żeby Burke cały czas siedział w korytarzu, przy windzie. Gdyby się coś stało, ma pan donieść. Czy pan mnie dobrze rozumie? Myślałem do dzisiaj, że panowie wszyscy dobrze umieją po angielsku, ale po przygodzie Mr Lindsaya nic już nie wiem.
Inżynier skłonił się, złożył papiery i wyszedł.
W drzwiach spotkał doktora, który wszedł szybko, przystąpił do profesora i powiedział coś do niego głosem tak przytłumionym, że nic nie mogłem zrozumieć. Profesor wytrzeszczył oczy, spojrzał na doktora, potem puknął się palcem w czoło i wzruszył ramionami. Doktor zdawał się go przekonywać, kreślił coś palcem na dłoni.
— On zwariował — wybuchnął wreszcie profesor. Doktor zdawał się nie przejmować:
— On jest taki normalny jak ja — powiedział. — Inna rzecz, że to mogła być halucynacja. — I, zwracając się do nas: — Proszę panów, inżynier Lindsay wrócił do przytomności i opowiedział mi, że chcąc zmierzyć siłę promieniowania przy drzwiach zamkniętych kamery, zabawił tam około pół godziny z elektrometrem. Okazało się teraz, że elektrometr był popsuty i nie wykazywał żadnego promieniowania, które jednak było aż nadto silne. Dowodem tego był fakt, że inżynier stracił przytomność. Leżał tam około piętnastu minut, ale widocznie w chwili, gdy mu się zrobiło niedobrze i upadł, począł pełzać w kierunku wyjścia korytarza, gdyż Burke znalazł go przy windzie.
Inżynier twierdzi, że około trzy na dziesiątą rano, to jest po kwadransie obserwacji elektrometru, który zresztą nawet nie drgnął, zauważył takie zjawisko: część drzwi stalowych, które zamykają kamerę, poczęła przeświecać, jakby rozgrzana do wiśniowego żaru. Przybliżył do nich rękę, ale temperatura była normalna. W kilka chwil potem ta część drzwi zniknęła zupełnie i ukazał się w powstałym otworze wyrostek, coś w rodzaju czarnego, lśniącego, tępo zakończonego kabla ołowianego. Sądził on, że jest to koniec wężownicy, jakie, zdaje się, służą Marsjaninowi za kończyny. Inżynier znajdował się jednak w takim stanie umysłowym, przypuszczalnie pod szkodliwym wpływem promieniowania, że nie zdziwił się wcale temu zjawisku, ale siedział tam dalej około dziesięciu minut, aż do utraty przytomności. Sądzę, że jeżeli zjawisko to, to jest zaniku miejscowego piętnastocentymetrowej płyty stalowej, nie miało nawet miejsca i jest tylko tworem zatrutej świadomości, to jednak wskazuje na część mechanizmu działania promieni wydzielanych przez Areanthropa: że one mianowicie powodują brak krytyczności sądu, przyczyniając się w sposób powolny i niezauważony do utraty świadomości, przed którą nie sposób się obronić.
Wszyscy milczeli długą chwilę, gdy doktor skończył mówić.
— Właściwie niczego to nie zmienia — zauważył profesor. — Mr Gedevani, pan jest tu u nas, i nie tylko u nas, najlepszym fachowcem od eksperymentalnej fizyki atomowej. Pracował pan przecież w Chicago cztery lata przy cyklotronach Lawrence’a, proszę o pańską opinię: czy możliwa jest taka, hm, dyfuzja jakiegoś ciała przez płytę stalową bez podwyższenia ciśnienia i temperatury? Proszę, niech pan to objaśni wyczerpująco.
Mały oliwkowy Gedevani wstał, milczał krótką chwilę, wreszcie wybuchnął:
— Panie profesorze, panowie! Jeżeli możliwe jest takie zjawisko, to wszystko jest możliwe… Teoretycznie, tak. Muszę powiedzieć, że teoretycznie, to jest według teorii prawdopodobieństwa, kamień nie musi spaść, woda na gazie zakipieć, jest tylko prawdopodobne, że to się… jak to się mówi?… że to się stanie. Ale w tym wypadku: nie. Sądzę, że jeżeli to zjawisko jest możliwe, to podstawa naszych wiadomości o materii i jej struktura zostaną wstrząśnięte.
— Kto wie, czy to się już nie stało… Być może, że ten przybysz zaburzy nam wszystkie nasze pojęcia — zauważył półgłosem doktor.
— Jeżeli nawet tak, to będzie musiał dać nam za to co innego, lepszego, doskonalszego — powiedział Gedevani.
— Odnośnie promieni — powiedział były współpracownik Lawrence’a — to ja myślę, że sprawa jest prosta. Jeżeli części maszyny wydzielają je, to w każdym razie jest taki pancerz, który je stłumi, nawet jeżeli ich natężenie emisyjne równe jest natężeniu ciała pod ciśnieniem szesnastu trylionów atmosfer i temperaturze dziesięciu milionów stopni… to jest gwiazd, które takie promieniowanie wysyłają.
— A grubość tego pancerza wynosi? — zapytał profesor.
— Około trzystu metrów warstwy ołowiowej.
Osłupienia, które zapanowało, nie da się po prostu opisać.
— Ależ my tu siedzimy jak na wulkanie — zawołał doktor. — Może myśmy już wszyscy zwariowali pod wpływem tych fal czy promieni, to jest śmieszne!
— Ja nie mówię, że takie natężenie jest, to jest maksimum, a przecież ta maszyna nie może wytwarzać takich ciśnień ani temperatur…
— A skąd pan wie?
— No, pan się mnie pyta, panie inżynierze. Przecież samo tylko ciśnienie promieniowania ciała o takiej temperatura kładzie wszystko w promieniu kilkanaście kilometrów… a u nas wszystko, chwała Bogu, stoi. — Zapukał zgiętym palcem w stół.
Profesor Widdletton nie mógł wytrzymać:
— Pan tu nie przyjechał, żeby w drewno pukać, kochany panie Gedevani — zauważył słodko. — Proszę, jakie są pańskie propozycje?
— Ja chcę wiedzieć, czego pan chce?
— Ależ to jasne, czyż nie? Ja chcę przeprowadzić eksperyment zaproponowany przez doktora.
— A on polega?
— Czy pan pamięć stracił? Będziemy działali atmosferą Marsa…
— Po co?
— Żeby maszyna wróciła do normy.
— A skąd pan wie, jak się ta norma objawia?
Od kilku chwil czułem wzmożone tętnienie krwi w głowie. Zauważyłem też, że wszystkim poczerwieniały lekko twarze — żyły nabrzmiały na czole.
Nagle dało się odczuć wstrząśnienie, jakaś szyba wypadła z brzękiem szkła na niższym piętrze — wszyscy zamilkli.
Wtem drzwi po prostu pękły i jakieś stworzenie oszalałe ze strachu, z pianą na ustach wpadło do biblioteki.
— Burke, co to jest? — zawołał profesor. — Czy pan się upił?
— Profesorze, ratunku! On tu idzie! On idzie tu! — zawołał szofer, którego twarz strach zmienił w popielatą maskę.
— Kto? Czy pan oszalał…
W tej chwili wbiegł do sali inżynier.
Z twarzy ciekła mu krew, cały był pokryty kurzem i tynkiem.
— Panowie, uwaga, on się wyrwał! — zawołał, dysząc ciężko.
— Co, gdzie, jak? — Wszyscy wstali, nie, raczej podskoczyli z krzeseł.
Zauważyłem jeszcze, że Mr Gedevani dopadł do okna, krzycząc coś — w tym momencie stalowy głos uderzył w chaos i zmienił go w momentalną ciszę.
— Tchórze!
To zawołał profesor. Mała jego postać jakby wyrosła, z błyszczącymi oczyma, pochylony stał za stołem, opierając się oń silnie.
— Proszę się w tej chwili uspokoić! Panie inżynierze, co się stało?
— Maszyna wyszła z kamery, nie wiem, w jaki sposób, byłem na dole, przy drzwiach elektrometr wykazał ogromnie silne promieniowanie, które podnosiło się w przerwach dwunastosekundowych. Wtedy poszedłem na parter, żeby zmierzyć, czy i jakie jest promieniowanie na stropie kamery; w tej chwili uczułem wstrząśnienie, które mnie rzuciło na ziemię, aparaty się rozbiły.
W tej samej chwili rozległ się na podwórzu — czy też od strony frontu — straszny krzyk, który wbił się w nasze uszy, aż wszyscy drgnęli i zwrócili się do okien. Krzyk powtórzył się, rozległo się zdławione charkotanie, które przeszło w słyszalny w niezwykłej ciszy bełkotliwy szloch — i wszystko umilkło.
— Nic pomóc nie możemy — profesor rzucał słowa ciężko i powoli. — Nie wiemy, co on może zrobić, jak trzeba się bronić, musimy tylko radzić.
— Ależ my tu zginiemy, nie, ja wyjeżdżam — to był Gedevani.
— Proszę, drzwi są otwarte, ja nikogo nie wstrzymuję, moje miejsce jest tu, choćbym miał zginąć w środku słowa — profesor miał twarz jakby wyrzeźbioną z kamienia. Dalibóg, był to potężny staruch! Gedevani opadł na krzesło.
— Jak on wyszedł, dokąd i co robi? — spytał profesor.
— Nie wiem, nie widziałem, może Burke? — mamrotał inżynier, którego siły wyczerpały się. Opadł na krzesło i dyszał, wycierając chusteczką z czoła i włosów krew zmieszaną z wapnem.
Burke, który, jak się okazało, schował się między dwie szafy biblioteczne, został wyciągnięty przez doktora. Ten powoli, flegmatycznie wyjął z kieszeni na piersi futerał, wyszukał ampułkę środka nasercowego i zrobił wielkiemu, trzęsącemu się mężczyźnie zastrzyk. Po tym włożył strzykawkę do futerału i zwrócił się do profesora:
— Jeżeli to tak dalej pójdzie, to wkrótce wyjdą mi wszystkie ampułki, nie przewidziałem takiej epidemii.
Silił się na jowialność — profesor wzruszył ramionami — wydało mi się teraz, że ta jego gadatliwość i roztrzepanie były maską, za którą tkwił jak w łupinie orzecha rdzeń diabelnie twardy i mocny.
— Burke, gadaj pan, co pan widział?
— Panie profesorze, czy on tu nie przyjdzie? — szofer dygotał jeszcze lekko.
— Nie! No, mów, ośle jeden.
— Stałem koło windy, nagle, nagle widzę jakiś błysk, niby niebieskie światło, patrzę, gdzie są drzwi, a tu tylko kurz, taki kurz, jakby się sufit oberwał, i z tego kurzu wysuwa się…
Zatrząsł się, twarz mu zbielała.
— No co? Co pan widział?
Wszyscy stali kołem wyprężeni, bladzi, profesor przechylił głowę i jego czarne oczy zdawały się płonąć jakimś ogniem nieśmiertelnym. Pomyślałem w tej chwili, że nawet Marsjanin nie wytrzymałby takiego spojrzenia.
— Wielka czarna głowa cukru szła pomaleńku, a przed nią i za nią takie dziwne węże w powietrzu, jakby macki, szła, kiwała się na boki i raz uderzyła o filar muru, uczułem wstrząśnienie.
— Aha, to wtedy było, więc on drzwi nie wyrwał — szepnął do mnie Fink.
— Widzę: cegły lecą, nogi mi się odkleiły i wpadłem do windy, chwała Bogu jeszcze działała — zakończył szofer, oglądając się z obłędną trwogą w oczach na drzwi.
— Psiakrew, głowa cukru, przed którą trzeba uciekać — zaczął ktoś za mymi plecami. W tej chwili powietrze sali rozdarł jeden chóralny okrzyk.
Zaciemniło się nieco, przez okno ujrzałem gęste chmury pary — wrzącej pary.
— Jezioro kipi — krzyknął ktoś. Jakoż woda w jeziorze wrzała i bryzgała w małych wirach, które zlewały się razem. Zjawisko to trwało pięć minut i przeszło tak szybko, jak się zaczęło.
— Zdaje mi się, że rozumiem: maszyna częściowo przyszła do normy, ale niezupełnie, jest jakby po naszemu pijana, stąd to uderzenie w mur, stąd to kołysanie się, stąd też, zdaje się, to widowisko — profesor mówił powoli, trąc dłonią czoło. — Hm, widocznie przystosował się do naszej atmosfery… Panowie.
Na brzmienie tego głosu wszyscy zwrócili się ku niemu.
— Panowie, pozostaje ostatni środek: trzeba użyć naszych miotaczy. Kilka blisko eksplodujących min z mieszaniny tlenku węgla, chloru i acetylenu powinno poskutkować. Jeżeli zmienimy mu skład powietrza po raz drugi, to znowu wpadnie w stan nieruchomości, który potrafimy lepiej wykorzystać.
Myśl zdawała się dobra.
— Trzeba pójść do podziemi po miotacze i miny — powiedział ktoś.
— Kto to powiedział? Proszę… Wszyscy spojrzeli na siebie.
— No, co to jest? Nikt nie chce zejść na dół?
W uszach tętnił mi jeszcze ten straszny krzyk, krzyk człowieka, który widzi swoją zbliżającą się śmierć.
— Ja pójdę! — powiedziałem.
— Dziękuję, McMoor, pan nie orientuje się jeszcze u nas, ja sam pójdę — profesor odszedł od stołu.
Życie weszło w gromadkę mężczyzn:
— Idziemy wszyscy!
Profesor spojrzał na nich, jakby przepraszając:
— Nie trzeba, moi panowie, wystarczy trzech. Niech idzie doktor, inżynier i McMoor.
Wyszliśmy z sali. Na korytarzu leżała lekka warstwa tynku, bieląc ciemny chodnik. Poza tym było cicho i spokojnie. Wsiedliśmy do windy, która opuściła nas do podziemi. Panował tam chaos. Jeden z filarów podpierających strop był niemal do połowy wyszczerbiony, wyszarpany żelazobeton w postaci rozdartej siatki pełnej okruchów cementu, piasek i tynk zaścielały podłogę, po której się stąpało.
— Cóż to za siła diabelska! Ależ on nie jest wyższy niż półtora metra — szepnął inżynier. — Ważyliśmy go zresztą, niespełna czterysta kilo…
Niemal biegiem doszliśmy do końca korytarza. Powietrze było czuć nieznośnie, jakiś ckliwy zapach, który czułem, choć daleko słabiej, podczas pierwszych oględzin potwora.
W znanej mi stalowej kwaterze inżynier wyjął z kilku szafek długie obłe pociski gazowe, znaczone kolorowymi pierścieniami u nasady, i każdego z nas obładował sześcioma, dla siebie przeznaczając jeszcze trzy i dwa miotacze rakietowe w postaci małych saneczek z podstawą aluminiową, ogromnie lekkiej i prostej konstrukcji.
Każdy z nas zawiesił sobie po kilka masek gazowych przez plecy i ruszyliśmy w drogę powrotną, którą przebyliśmy bez przeszkód.
W bibliotece napięcie nieco zelżało, gdy ujrzano nas wracających szczęśliwie.
— Proszę panów, zaczynamy! — powiedział profesor, wydając każdemu maskę gazową. — Maski trzeba nosić aż do chwili, kiedy ja wydam inny rozkaz. W razie gdyby mnie… gdybym nie mógł rozkazu wydać, dowodzi Mr Frazer, a po nim inżynier Fink.
Wyszliśmy z biblioteki, niosąc pociski. Profesor prowadził na wyższe piętro, potem na czwarte, wreszcie weszliśmy po wąskich schodach do małej kopułki, która znajdowała się na dachu. W kopułce tej stało kilka stołków, mała luneta ziemska na statywie i kilka przyrządów meteorologicznych.
Mężczyźni przystąpili do małych okienek w bocznych ścianach tego dosyć ciemnego locum i poczęli się rozglądać. Mnie trafił się otwór wielkości może głowy, wybity dla wysuwania lunety, przez który ogarniałem puste pola, które od strony północnej oddzielały nas od Nowego Jorku. W odległości kilku kilometrów widniała zaciemniona część nieba — były to dymy wielkiego miasta.
Pola pod wczesną w tym roku wiosnę obsypane wysoką zieloną runią. Młoda zieleń świeciła na drzewach. Ale oczy moje wytężając się aż do bólu, nie obserwowały dla przyjemności — każdy punkt, każde zaciemnienie terenu wydawało mi się podejrzane.
— Jest! jest! — to zawołał profesor. Wszyscy cisnęli się. Spojrzałem, czy mogę z mojego otworu patrzeć w kierunku, który on wskazywał.
Ale już ktoś opuszczał część wypukłego stropu, odsłoniło się prawie pół horyzontu i ujrzałem wyraźnie, jak w odległości trzystu–czterystu metrów jakaś sylweta czarna, mocno odbijająca światło słoneczne, jakby natłuszczona, bardzo powoli i równo posuwała się wśród młodego zboża, znacząc drogę wąską koleiną rozdeptanych źdźbeł.
— Szybko, miotacze — profesor był już znowu spokojny, przystawił ramki celownika do twarzy i pomagał inżynierowi wsunąć pociski do prowadnicy.
— W imię Boże, uwaga, proszę jednocześnie kryć ogniem i uważać na jego reakcję. Pal!
Rozległ się dosyć słaby huk, zapach spalonego kordytu rozszedł się w półotwartej kopule, dwie smugi dymów wybuchowych znaczyły paraboliczną drogę pocisków, które rozerwały się niemal jednocześnie o kilkanaście metrów od celu. Od razu w chwili wybuchu zauważyłem, że sylwetka przystanęła i węże, które jak ruchome macki niosła przed sobą, wysunęły się wyżej i na boki.
— Pal!
Druga salwa leżała lepiej, ale słaby podmuch min nie mógł nawet przewrócić maszyny. Zdawało mi się, że słyszę, jak biły w nią odłamki, ale to chyba było przy tej odległości złudzeniem.
— Pal!
Tym razem pociski były, zdaje się, chlorowe, gdyż po wybuchu podniosły się ciemne chmury gazu. Kiedy wiatr zwiał je nieco i przeszły, ujrzałem, że czarny mały stożek kiwa się śmiesznie na boki.
Nagle po młodym zbożu poszła długa, cienka struga ognia, jakby kto lał płonącą benzynę po ziemi — zieleń schła, czerniała i momentalnie stawała w ogniu — smuga ognia szła z kolosalną szybkością ku nam, dochodziła niemal do budynku.
— Pal!
Nowy huk targnął powietrzem. Uczułem uderzenie w pierś fali wrzącego powietrza — z wstrzymanym tchem padłem na podłogę.
Kiedy się z niej zerwałem i przyskoczyłem do parapetu, było już po wszystkim. Zieleń jeszcze nieco dymiła, ale mały czarny stożek leżał na boku, a jego macki były bezładnie rozrzucone na wszystkie strony.
— Mamy go!
Odwróciłem się. Profesor Widdletton odstąpił od dymiącego jeszcze miotacza, zerwał z twarzy maskę i wyjął z kamizelki cygaro:
— Panowie! Proszę na dół, zaczyna się druga część naszego zadania.