121779.fb2
Nagle w płucach mu zarzęziło, zakrztusił się śliną i krwią, serce zabiło mu niespokojnie. Do wszystkich diabłów, brakowało tylko tego, aby zakasłał i zwrócił na siebie uwagę. Z wysiłkiem zdusił oddech, wyciągnął ostrze do połowy, oparł o nie więzy i począł przesuwać w górę i w dół.
Zachrypiał, bo w płucach znów zarzęziło mu głośno. Przeklęte suchoty dopadły go przed ośmioma laty, na wyprawie na Wołoszczyznę. Zmagał się z nimi, udawał, że nie dzieje się nic wielkiego, ale i tak wiedział dobrze, że przez te przeklęte płuca przyjdzie mu kiedyś zatańcować ze śmiercią. Jednak jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.
Niżej, na brzegu rzeki, Eufrozyna zamarła. Stała i nasłuchiwała. Czarne plamy zawirowały przed oczyma Białoskórskiego. Czekał z napięciem na każdy ruch panny Gintowt. Jednak... Jednak szlachcianka się nie odwróciła.
Więzy poluzowały się, osłabły!
Jeszcze chwila, jeszcze jedno mgnienie oka...
Eufrozyna wróciła do mycia, odrzuciła w tył długie, czarne, mokre włosy...
Więzy puściły. Białoskórski odskoczył w bok, porwał swoją szablę. Zwykle taką broń nazywano zygmuntówkami, od imienia Jego Królewskiej Mości Zygmunta III, pan Maciej jednak, były rokoszanin, obrońca wolności i przywilejów, nie lubił monarchy, który przeniósł stolicę Rzeczypospolitej ze wspaniałego Krakowa do zaściankowej, mazowieckiej Warszawy. Dlatego zamiast zygmuntówką nazywał swoją szablę rokoszanką.
W tej chwili nie miało to jednak wielkiego znaczenia. Pan Białoskórski stał, wpatrując się w Eufrozynę, która na brzegu Sanu ochlapywała się wodą. Wywołaniec roztarł zesztywniałe dłonie, splunął, rozkasłał się, a potem ruszył do tyłu. Odwrócił się, powoli wszedł między drzewa i... Krzyknął z przerażenia!
Eufrozyna stała przed nim!
Sama!
Z szablą!
W delii!
Nie była to już panna z zapyziałego zaścianka, która w męskim przebraniu zgłosiła się w Lutowiskach, aby zawieźć Białoskórskiego do starosty. Eufrozyna zmieniła się, spotężniała... Nie miała na sobie spłowiałego, przykrótkiego żupanika, ale karmazynowa delię obszytą czarnym wilczurem, rysi kołpak, dostatni czerwonawy żupan przepasany wzorzystym pasem.
Panna krzyknęła ostrzegawczo i cięła. Białoskórski w ostatniej chwili sparował uderzenie. Było tak silne, że rzuciło go w tył. Nim zdołał unieść broń, Eufrozyna chlasnęła znowu; z zamachu odbiła ostrze Białoskórskiego w bok, pchnęła szlachcica na ziemię, poprawiła uderzeniem płazem i wybiła przeciwnikowi rokoszankę z dłoni. Szabla wyleciała łukiem, obróciła się w locie, zafurkotała i wbiła w pień wiekowego buka, zakołysała. Białoskórski chciał odskoczyć - nie zdążył. Dziewczyna była szybka jak żmija, okręciła się jak turecka tancerka, zamierzyła szablą, ale nie uderzyła ostrzem! Z całych sił walnęła Białoskórskiego w łeb płazem szabli. Szlachcic zachwiał się, chwycił Eufrozynę za kołnierz, a w tej samej chwili panna Gintowt z zamachem uderzyła go w pierś i poprawiła kopniakiem.
Białoskórski upadł na bok, zacharczał, splunął krwią. Szlachcianka przyskoczyła bliżej. Obojętnym ruchem kopnęła go w brzuch. Gdy infamis się poderwał, dostał w twarz, zwalił się na ziemię, przeturlał. Kopniak rzucił go dalej, po kamieniach. Białoskórski otrzymał cios płazem w łeb, wypluł dwa zęby, przewalił się na bok i wtedy niewiasta dokopała mu jeszcze w bok, aż chrupnęły żebra. Swawolnik jęknął, a potem zawył boleśnie.
Stanęła nad nim dumna, blada, z gniewem płonącym w pięknych czarnych oczach.
- Pamiętasz mnie?! - syknęła jak harpia. - Pamiętasz, psi synu, wierszokleto za trzy grosze? Pamiętasz, jak zabrałeś mnie z domu, jak prawiłeś dusery? Nazywałeś wielką miłością?! A potem osławiłeś jak zwykłą przechodkę, jak parszywą meretrycę na gościńcu pod Lwowem.
Białoskórski zadygotał. Jezu Chryste! Tak... To była ona... Szlachecka córka, którą zbałamucił... Kiedy? I która to była? Do diaska, Białoskórski nigdy nie zaprzątał sobie tym głowy. W swoim życiu pozbawił wianka tylu niewiast, że nie mógł się doliczyć, czy była to Sonka spod Halicza, panna Zofia z senatorskiego rodu, małżonka kasztelana albo wojewody, czy też zwykła nadobna mieszczaneczka z Sanoka?
- Wy... wybacz, waćpanna - skłamał przez poranione wargi. - Ja nie... chciałem. Ja cię naprawdę miłowałem... Ja byłem głu...
Dopadła do niego szybciej, nim zdołał skulić się między kamieniami. Dwa celne kopniaki i uderzenie płazem szabli pozbawiły go tchu.
- Siedem lat, skurwysynu! Siedem lat czekałam na chwilę, gdy będę mogła zabrać cię tam, gdzie odpokutujesz za wszystkie swoje grzechy! Straciłam wszystko, sprzedałam nawet mą własną duszę, aby tylko odpłacić ci pięknym za nadobne.
Eufrozyna przyłożyła szlachcicowi sztych szabli do szyi, przycisnęła tak mocno, iż Białoskórski nie był w stanie nawet drgnąć.
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć, panie Białoskórski. Pozwól, waść, że będę twoim preceptorem w czasie naszej krótkiej podróży. Oto pierwsza nauka. Tak właśnie wygląda strach. Posmakuj go, panie bracie, bo tam, dokąd się wybierasz, będzie go co niemiara.
- Dokąd jedziemy? - wychrypiał Białoskórski. - Do piekła?
- Pojedziesz teraz bez więzów. Jednak nie próbuj uciekać. Zrobisz krok w prawo albo w lewo, a połamię ci wszystkie kości. Umiem to zrobić tak, byś mógł poruszać się jedynie, pełzając, jak glista albo padalec, ale pozostał żywy. Bo zaprawdę dowiozę cię żywego tam, gdzie zapłacisz za wszystkie swoje grzechy!
Białoskórski nie pomyślał nawet, że mógłby raz jeszcze spróbować ucieczki. Bał się, bał się tak, jak jeszcze nigdy w życiu. A strach był uczuciem prawie nieznanym jego duszy.
I jeszcze jedno intrygowało go niezmiernie. Dlaczego Eufrozyna nie nosiła krzyżyka? Czyżby zaprzedała duszę diabłu?
12. Kołtun
Wjechali na bród. Konie rżały, uderzały z łoskotem kopytami o mokre kamienie. Ich kwik był głośniejszy niż szum wody spadającej ze skalnych progów i rozbijającej się na pojedyncze bryzgi na skałach poniżej. Dydyński jechał pierwszy, za nim hajduk Mikłusz z revolwerą wyjętą z olstra. Pochód zamykał Szawiłła. Rozglądali się czujnie na boki. W tym miejscu często zasadzali się na podróżnych beskidnicy i inne łotrostwo.
- Wasza miłość! - rzucił Szawiłła. - Człek jakiś jest na skałach na dole!
Wstrzymali konie. Dydyński spojrzał w dół, zmrużył oczy, starając się dostrzec wśród bryzgów wody ludzką sylwetkę.
- Gdzieś ty człowieka widział, chłopie? - rzekł Mikłusz. - Gorzałka na oczy ci padła?
- Tam jest, o, widzicie, gramoli się z wody. Żyw jest, a jam myślał, że to trup. Albo utopiec.
- Sprawdźmy to.
Dojechali do końca brodu, skręcili pod drzewa, zjechali na dół, omijając płytkie rozlewiska i sterty gałęzi. Wychynęli na kamienisty brzeg, jechali przez chwilę między wielkimi głazami i postrzępionymi skałami. Szawiłła wskazał kierunek. Rzeczywiście! Niebawem dostrzegli jakiś kształt ruszający się we wgłębieniu między dwoma płytami skalnymi. Podjechali bliżej i wówczas doszedł do nich cichy jęk.
Pomiędzy kamieniami szamotał się chłop w porwanej świtce. Miał rozwaloną głowę, z której sączyła się krew. Dygotał z zimna i próbował wstać. Nie bardzo mu się to udawało - nogi ślizgały się na mokrej skale, ręce nie mogły znaleźć oparcia.
- Pomocy! - jęknął.
Dydyński skinął głową. Szawiłła i Mikłusz zeskoczyli z koni, chwycili pod ramiona rannego, postawili na nogach, przyciągnęli do swego pana. Chłopek zajęczał głośno.
- Ktoś ty?
- Ja Kołtun, panocku... Kołtun z Lutowisk. Zabili prawie, w łeb strzelili...
- Kto? Kiedy?
Chłop szlochał, drżał z chłodu. Szawiłła bez słowa wydobył z juków szarpie, przeżuł kawał podpłomyka, a potem obejrzał ranę na głowie nieznajomego. Była bolesna, ale powierzchowna. Do chłopa strzelono z bliska, bo skóra wokół zranienia spalona była od ziarenek prochu. Mikłusz przytrzymał Kołtuna, a stary Kozak szybko przemył gorzałką szramę po kuli. Kołtun zawył, zatrząsł się, a potem opadł z sił, zwiotczał i mało nie zemdlał. Szawiłła szybko przewiązał mu łeb szarpiami, a Mikłusz podsunął bukłak z gorzałką. Chłop wypił trochę, zakasłał, splunął.
- Mów, jak było!
- Nie bijcie, panie, ja nie winien - zaszlochał Kołtun. - To się poczęło w Lutowiskach. Jankiel Żyd - oto wszystkiego złego prowodyr! On pierwszy dał po łbu obuchem jaśnie panu Białoskórskiemu. A potem kazał zawieźć go do starosty, bo nagrodę chciał zgarnąć. To i ja pojechałem - wybaczcie i nie bijcie - bom myślał, że jeszcze chłopy po drodze ślachcica ubiją i szubienica dla nas będzie, a nie złoto. Nie bijcie! - rozdarł się. - Jam nic złego panu ślachcicowi nie uczynił.
- Gadajże po ludzku, chłopie! - syknął Dydyński. - I nie trzęś się jak osika. My nie ludzie Białoskórskiego.
- To wy nie z kompanii Białoskórskiego? - ucieszył się Kołtun. - Prawdę gadacie, szlachetny panie?
- Samą prawdę i tylko prawdę - rzekł Szawiłła. - Patrzaj, chłopie, to jest pan Jacek Dydyński, o którym, chamska duszo, głowę dam, że musiałeś słyszeć.
Chłop złożył ręce jak do modlitwy. I jak przystało na czarną, chamską duszę, padł przed Dydyńskim na kolana.
- Pomiłujcie, panie najjaśniejszy! To ja powiem, jak było... Nikt nie chciał infamisa do starosty odwieźć. No to zgłosił się panicz Gintowt. Ale to wszystko i tak wina Jankiela! Tak pojechałem z panem. Potem przyszły na nas złe czasy. Na kunaku na Ostrym ktoś zabił chłopa Horyłkę. Tak i my uciekli do Czarnej. A tam w karczmie spotkali my szlachciców, którzy chcieli więźnia nam odebrać i samemu nagrodę zagarnąć. A to wszystko i tak wina Jankiela! Pan Gintowt pociął ich strasznie. A Iwaszkę postrzelili - da on Jankielowi, gdy do zdrowia wróci!