121779.fb2 Czarna Szabla - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 6

Czarna Szabla - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 6

Nie zwracał na nic uwagi. Nawet się nie poruszył, gdy na podwórzu załomotały końskie kopyta, srogi głos okrzyknął pachołków, a potem kopnięte drzwi otwarły się gwałtownie.

Chłopi drgnęli, gdy zobaczyli, kto wkroczył do karczmy. Kiedy Iwaszko przyjrzał się uważniej niespodziewanym gościom, pożałował od razu, że tak beztrosko zgodził się jechać z panem Gintowtem do Przemyśla. Kołtun nic nie pomyślał. Policzył tylko w duchu odległość, jaka dzieliła go od najbliższego okna. Okno jednak było wąskie, a framugi zabite gwoździami. Właśnie po to, aby nie wywalano ich w czasie każdej kolejnej karczemnej zwady. Kołtun zatem zerknął pod stół - sprawdził, czy dałoby się znaleźć tam schronienie. Rezonu nie stracił jedynie Białoskórski - szturchnął łokciem w bok Gintowta i ruchem głowy ukazał mu niespodziewanych gości.

Ludzie, którzy szli ku nim, od razu zwracali uwagę postronnych. Na czele kroczył wysoki, chudy mąż w kabacie, kryzie zapiętej pod szyją i szockim birecie na głowie. Kabat ongiś był piękny, bogato zdobiony i obszywany srebrnymi nićmi. Widać było, że jego właściciel bawił się w niejednej karczmie, a przede wszystkim - iż z niejednego zamtuza wyrzucano go do rynsztoka. Strój zdobiły czerwonawe plamy po winie albo krwi, brzydkie smugi wosku ze świec, odbarwienia po błocie, wodzie i - strach pomyśleć po czym jeszcze. Niegdyś biała kryza, zapięta szczelnie pod szyją mężczyzny, była postrzępiona i szara z brudu. Nie lepiej prezentowało się oblicze męża. Niegdyś dumne, arystokratyczne i pełne wigoru, dziś nieco sfatygowane. Mężczyzna miał długi, garbaty nos, kaprawe oczka, a postrzępione, rzadkie wąsiki zwisały smętnie nad wargami, pod którymi brakowało co najmniej kilku zębów.

Za owym mężem kroczyli dwaj podobni szlachcice w dostatnich, choć postrzępionych i powyciąganych karmazynowych żupanach. Jeden z nich miał na łbie szyszak turbanowy z długą kitą, drugi wilczy kołpak ozdobiony trzęsieniem i pękiem czaplich piór. Przy boku nosili czarne szable, a ich oblicza były poznaczone bliznami, srogie i wąsate. Nietrudno było ich rozpoznać. To bracia Fabian i Achacy Rytarowscy spod Lwowa - znani wichrzyciele i swawolnicy. Dłonie trzymali na rękojeściach szabel. Z tyłu szedł ich pachołek z dwoma pistoletami.

- Ot, peregrynowalim, peregrynowalim i znaleźlim! - ucieszył się mężczyzna w cudzoziemskim stroju, widząc rozpartego na ławie Białoskórskiego. - Mówiłem, że na Przemyśl pojadą. Tymże właśnie traktem.

Obrzucił uważnym spojrzeniem Gintowta i dwóch chłopów.

- No, niech się zabierają! - syknął, a młody szlachcic poczuł od niego woń gorzałki. - Niech się wynoszą. My mieć sprawy do pana Białoskórskiego. Ważne sprawy, co nie mogą czekać. Allez vous!

- A kto ty waszmość jesteś? - zapytał Gintowt przez zaciśnięte zęby. - Wypadałoby się przedstawić.

- Jak to? - zdziwił się chudy. - Phoszę tak nie mówić do mnie i nie tytułować brzydko. Jakże to, nie zna mnie? Ja jestem Zenobi Fabian Eysymont-Ronikier, grabia na Ronisławicach. A wyście chociaż szlachcic? Ja w to wątpię. Ja w to bahdzo wątpię. Jakże masz czelność nazywać się szlachetnym, skoro o czynach twych szlachetnych nie słyszałem. Ja nie wierzę, abyś był szlachcicem, musiałbym wcześniej twe nadanie szlachectwa zobaczyć. A skoro nadania nie masz, tedy musisz przed szlachetniejszym ustąpić. Tedy wiedz, chłopcze, że ja - hrabia Ronikier i urodzeni panowie Rytarowscy mamy sprawę do ichmości Białoskórskiego. Więc zniknij. Odjedź, by nam nie przeszkadzać!

- Te, hrabie, co masz w dupie grabie - zagadał bezceremonialnie starszy Rytarowski, niemający widać żadnego poszanowania dla jaśnie oświeconego Zenobiego Fabiana Eysymonta-Ronikiera, hrabiego na Ronisławicach, ani dla jego tytułów. - Kończ, waść, mowę, wstydu oszczędź. Do pałasza, co tam będziem z chacharami gadać! Mus infamisa odbić i nagrodę zagarnąć.

- Milcz, prostaku! - żachnął się hrabia. - Przecież negotionibus.

- Posłuchaj - zwrócił się do Gintowta, który wstał i wyszedł zza stołu. - Schwytałeś Białoskórskiego, to się chwali, ale ustąp godniejszym, coby nikt nie rzekł, żeś parweniusz! My sami zajmiemy się wywołańcem i odprowadzimy do Przemyśla. Pro fide, lege et rege.

- Pan Zenobi pro fide to uczyni. A my pro pecunia, bo my nie żadne grabie ani pludraki, ale wywołańcy i rokoszanie, a przy tym rycerze godni - zarechotał młodszy Rytarowski.

- Ot, co gadać! - Starszy z braci charknął i splunął. - Ja ci to, kawalerze, wszystko zwykłymi słowami objaśnię. Oddawaj ty nam Białoskórskiego, a jak nie oddasz, to po łbu weźmiesz szablą i kopniaka w rzyć ci takiego dołożę, że z tej karczmy przez komin wyfruniesz. My się już panem Białoskórskim zajmiemy i zadbamy, coby nam po drodze nie skapiał.

- Oto prawe i słuszne słowa - potwierdził Zenobi Fabian Eysymont-Ronikier, hrabia na Ronisławicach. - Nie szukaj z nami burdy, kawalerze, bo zdrowie stracisz. Przy tym zachowaj się, jak przystało na twój mizerny stan.

- Obawiam się, że wielce zmartwię jaśnie oświeconego pana hrabiego - rzekł spokojnie Gintowt. - Współczuję panu grabiemu niezmiernie, gdyż, niestety, nie jesteśmy tu we Francyjej czy w habsburskich pałacach we Wiedniu. Jesteśmy w Rzeczypospolitej, gdzie mieszkają szlachetkowie tacy jak ja, którzy nie znają dobrych ni pięknych manier. Gdzież im do salonów, gdzież im do Europy! Powiem więcej - prostacy owi nie dość, że nie uznają hrabiowskich tytułów, to w dodatku mają brzydki i szkaradny zwyczaj, zupełnie niegodny i niespotykany we Francyjej czy w Italiej. Mianowicie okrutnie bijają po karczmach wszelakich pludraków, hrabiów, grabiów, kawalerów i inakszych galantów tudzież sodomitów.

- Co ja słyszę?!

- Okrutnie mi żal pana hrabiego. Bo za chwilę pan hrabia zostanie obity, obrażony i sponiewierany przez takiego parweniusza i prostaka jak ja. Wasza hrabiowska mość straci zęby, palce i łeb będzie miała rozbity, że nie wspomnę o obitej francowatej gębie waszmości!

Małe oczka Zenobiego Fabiana Eysymonta-Ronikiera stały się jeszcze mniejsze i bardzo, bardzo złe. Pan hrabia porwał swą kościstą ręką za rękojeść hrabiowskiego rapiera, chcąc w słusznym gniewie ukarać szelmę i parweniusza. Niestety, nie zdążył. Zanim wyciągnął z pochwy długie ostrze, Gintowt ciął go z zamachu przez łeb, czoło, nos i pół hrabiowskiej gęby.

- Sacrebleu! - pisnął cienko Zenobi Fabian Eysymont-Ronikier i po hrabiowsku zwalił się w tył, na wznak. Potem poszło już szybko.

- Bij! Zabij! - huknął starszy Rytarowski. Bracia porwali za szable, skoczyli na młodzieńca, ich pachołek zniżył pistolety i wypalił z obu luf, ale Gintowt znowu był szybszy. Zanurkował pod krzywym ostrzem, przeskoczył nad przewracającą się ławą. Kule minęły go, świsnęły tuż obok Białoskórskiego. Jedna trafiła w ikonę Mikołaja Cudotwórcy wiszącą na ścianie za wywołańcem i zapaskudzoną przez muchy, a druga... Iwaszko miał mniej szczęścia. Zaciekawiony przedłużającą się ciszą wystawił łeb spod stołu i dostał prosto w bark; nawet nie jęknął, osunął się na posadzkę zalany krwią. W karczmie podniósł się tumult, zabrzmiały krzyki, wrzaski. Chłopi rzucili się do drzwi, a Ondraszkiewicz, przywykły do zwad i tumultów, przezornie schował się pod szynkwas.

Gintowt roztrącił Rytarowskich, skoczył ku pachołkowi, który ciągle trzymał dymiące pistolety. Czeladnik rzucił je, porwał za szablę, lecz młody szlachcic przemknął tuż obok niego, w przelocie chlasnął go końcem batorówki w brzuch i po boku. Pachołek wrzasnął i zwalił się na podłogę, wył i krzyczał, przytrzymując wypływające trzewia, a jego krew pociekła na białe, wyszorowane deski podłogi.

Rytarowscy skoczyli na Gintowta z dwóch stron. Starszy ciął płasko, z półobrotu w kiść, młodszy z zamachu, wręcz, prosto w łeb i szyję!

Gintowt sparował z brzękiem ostrze młodszego z braci, zawinął się w miejscu i cudem, niemal czartowską sztuczką, umknął spod szabli starszego. Unikając ostrza, schylił głowę, jego kołpak przechylił się i spod podwiniętego otoka na ramię młodzieńca wypadł długi, ciężki czarny warkocz...

Wyskakując przed siebie, Gintowt chlasnął w bok batorówką, rozwalił młodszemu Rytarowskiemu prawe ramię. Szlachcic nawet się nie skrzywił. Wrzasnął tylko i rzucił się w pogoń za młodzieńcem.

Starszy z braci - cięższy i hodowany na piwie - nie zdążył wstrzymać szabli. Chybiając Gintowta, przerąbał łańcuch drewnianego świecznika zwieszającego się nisko z sufitu. Drewniana decha z ogarkami świec spadła z łoskotem na posadzkę, zadudniła na deskach. Bracia puścili się w pogoń za uciekającym. Młodzieniec jak błyskawica wskoczył na ławę, na stół, strącił z niego kufle i miski, A potem, padając na kolana, aby ujść przed ciosem młodszego Rytarowskiego, uderzył szybko jak żmija. Ostrze batorówki ominęło zwodem błyszczącą, poszczerbioną klingę i rozchlastało bok Fabiana. Szlachcic potknął się, wpadł na ławę, zwalił jak ścięty dąb, jęknął z bólu, powstrzymując obficie wypływającą krew.

Achacy skoczył ku Gintowtowi, rycząc z wściekłości przez zaciśnięte zęby. Starli się na środku karczmy, wśród poprzewracanych ław. Rąbali szerokimi zamachami szabel. Rytarowski ciął na odlew, Gintowt zripostował w pierś, Achacy w kiść, a młody szlachcic odskoczył i wyprowadził podstępne cięcie krzyżem, od prawej w górę. Szable zadrżały, zabrzęczały. Karczmarz zza szynkwasu i kilku śmiałych chłopów wyglądających zza okien spoglądało na potyczkę panów.

Tnąc, uskakując i zastawiając się przed cięciami, Gintowt wywiódł Rytarowskiego na środek izby, a potem przestał zadawać ciosy i zaczął się bronić. Achacy podwoił wysiłki, walił jakoby młotem w kowadło, naparł na młodzieńca, a wówczas...

Jednym szybkim ruchem Gintowt kopnął leżącą na ziemi ławę i podsunął ją pod nogi Rytarowskiemu. Szlachcic potknął się, zamachnął w powietrzu rękoma, a potem, gdy wróg naparł na niego z boku, padł na kolana, przeszorował po deskach do stołu... Chciał się jeszcze zerwać, ale było już za późno. Gintowt ciął go z tyłu, rozcinając kołpak, pióro, trzęsień i podgolony łeb... Rytarowski wrzasnął tylko i padł bez ducha na deski.

Gintowt zatrzymał się na środku izby, dysząc ciężko, mokry od potu. Kołpaczek zsunął się z jego głowy, odsłaniając kruczoczarne włosy związane w ciężki, długi warkocz, opadający poniżej pasa. W czasie walki rozplatały się i pękły guzy żupana, odkrywając łabędzią szyję i dwa gładkie, wznoszące się stromo pagórki, wcześniej skrępowane i ściśnięte pod warstwami materii. To właśnie one sprawiły, że pan Białoskórski nie uszedł z karczmy, nie próbował przebić się do drzwi ani rozplatać więzów, a tylko siedział na ławie, wpatrując się w parę drażniąt, z których jedynie drobna część wyjrzała na światło dzienne. Ale nawet ten mały kawałek krągłości pozwalał się domyślać, jak wyglądają, gdy nie są skrępowane ciasno wykrojonym żupanem.

Dziewczyna dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Białoskórski patrzy na nią drapieżnym wzrokiem. Szybko zakryła wdzięki i skoczyła w stronę stołu, przy którym wcześniej siedzieli razem z chłopami. Szlachcic pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Waćpanna - rzekł głosem, w którym przebijał czysty zachwyt - azaliż to jesteś demonem, diabelską sukkubą zesłaną, aby kusić do grzechu prawych rycerzy?

- Jestem diablicą - roześmiała się panna Gintowt. -Wszelako obawiam się, że nie dane ci będzie posmakować moich wdzięków. Jedyna miłośnica, panie Białoskórski, która na ciebie czeka, jest chuda i koścista. Ale za to sprawnie rąbie kosą. Lubisz waszmość takie?

- Foremny z waćpanny hajduczek, tfu, co mówię, czeladniczek z najprzedniejszej chorągwi! Nie myślisz waćpanna nadłożyć trochę drogi? Wielce rad powitałbym cię w mej kompanii.

Spojrzała na Białoskórskiego spod zmrużonych powiek i zważyła w ręku zakrwawioną szablę.

- Dziaduś mawiał, że co koń, to Turek, co chłop, to Mazurek, co czapka, to magierka, a najlepsza szabla zawsze węgierka - powiedziała, ocierając batorówkę o połę żupana młodszego Rytarowskiego. - Więc waszmość nie zbaczaj z tematu, jeno godzinki odmawiaj, bo Przemyśl już blisko.

- A jak waćpannie na imię?

- Dla waści niechaj będę Eufrozyną.

- Piękne imię.

- Za ładne dla ciebie, panie Białoskórski.

- A więc, panno Eufrozyno, trzy tysiące.

- Co takiego?

- Trzy tysiące czerwonych za puszczenie mnie żywego. Płatne w gotowiźnie. To więcej, niż daje za mój łeb starosta Krasicki.

- O nie, panie Białoskórski - wyszeptała Eufrozyną. - To za mało, o wiele za mało.

- Cztery?

- My, panie Białoskórski, mamy niewyrównane porachunki. O czym chyba waść zapomniałeś?

- Co takiego? O czym waćpanna mówisz?

- Jeszcze mnie sobie przypomnisz, panie Białoskórski. Mamy czas. A teraz siedź i milcz!

Ondraszkiewicz, dla którego pańska zwada w karczmie nie była niczym niezwykłym, skoczył do komory, aby zebrać pajęczyn, a potem przedsięwziął środki zwyczajne w takiej krotochwili. Białoskórski zobaczył przez otwarte okno, że do karczmy zmierzał już Żyd cyrulik z wielką torbą, pachołkowie poczęli wynosić pobitych Rytarowskich, hrabiego i pachołka, a dziewki służebne przytargały cebry z wodą i poczęły szorować deski szmatami, aby zmyć krew. W izbie zapachniało mydlinami i ługiem. Panna Gintowt trąciła podkutym butem Kołtuna, który schylił się, aby zgarnąć sakiewki Rytarowskich.

- Ejże, chłopie! - rzekła. - Zapomnieliście się chyba! Toż nie godzi się takiego dobra rabować. Srogo skarałby was za to dziadunio. Konie siodłaj!