121779.fb2 Czarna Szabla - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 7

Czarna Szabla - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 7

Kołtun pokiwał głową, a potem popędził do stajni. W zwykłych okolicznościach nie byłby taki prędki, zwłaszcza że równie jak Białoskórski zdziwiony był zgoła diabelską przemianą Janusza Gintowta w Eufrozynę. Jednak kiedy przypomniał sobie, jak chwacko dziewczyna rozprawiła się z Rytarowskimi, zgiął się w pas i popędził do stajni.

- Dziadunio mawiał, że komu w drogę, temu czas. - Eufrozyna zbliżyła się do Białoskórskiego. - A że wasz czas, panie Białoskórski, się zbliża, to rzecz pewna. Już tam kat na was czeka, a i mieszczanie radzi by nowe igrzysko zobaczyć.

Białoskórski splunął siarczyście. Ale to w zasadzie było jedyne, co jeszcze mógł uczynić. Wciąż miał przed oczyma rozprawę z Rytarowskimi i tak naprawdę nie mógł uwierzyć, że ta mała szlachcianeczka tak szybko dała sobie radę z czterema rosłymi swawolnikami. Doprawdy zapowiadała się ciekawa krotochwila.

7.Jacek, nad Jackami

Janko muzykant wpadł do karczmy Jankiela, potknął się o próg, ledwie nie wyrżnął głową w szynkwas, a potem chwycił za krawędź grubej deski i wydyszał wprost w twarz Jankielowi:

- Pan Dydyński przyjechał!

Żyd kolejny raz przeklął chwilę, w której Białoskórski przekroczył próg jego karczmy. Przeklinał ją regularnie od czasu, gdy wieść o tym, iż w Lutowiskach pochwycono jednego z największych warchołów Ziemi Sanockiej obiegła wszystkie okoliczne wioski i dwory. Od rana jego karczma przeżywała prawdziwe oblężenie. Gdyby jeszcze zawitali do niego w gościnę chłopkowie, chcący posłuchać opowieści Janka muzykanta, który nadymał się i pysznił, jakby to właśnie on sam jeden schwytał groźnego swawolnika, Żyd zacierałby ręce z uciechy, spodziewając się dużego zarobku. Niestety, do karczmy wpadali sami zawalidrogi z gościńca, którzy wiedzieli o nagrodzie, jaką wyznaczył za Białoskórskiego starosta Jerzy Krasicki, i liczyli, że odbiją hultaja, a potem sami dostarczą go do Krasiczyna lub do Przemyśla. Każdy z nich pokrzykiwał na biednego Żyda, pobrzękiwał szabelką, a gdy Jankiel wymigiwał się od odpowiedzi, spadały na niego połajanki i groźby, targano go za pejsy i brodę, grożono biciem, wylewano wino, nie płacono za trunki, przewracano stoły i ławy. Gdyby Jankiel wiedział, że taki obrót przybierze sprawa, nigdy nie wymyśliłby planu, aby pojmać Białoskórskiego, ani nie powiedziałby o tym Kołtunowi. A tak miał teraz wielki kram. I prawie żadnego geszeftu!

Bladym świtem, jeszcze w nocy, wpadli do karczmy bracia Rytarowscy ze swym kompanem Ronikierem, mieniącym się samozwańczym hrabią z Ronisławic, leżących gdzieś między Psimi Kiszkami a Berdyczowem. Przycisnąwszy Żyda i Janka, pognali na złamanie karku do Czarnej, choć Jankiel łgał sprytnie, iż Białoskórskiego porwali nieznani szlachcice i wywieźli wprost do Baligrodu. Po Rytarowskich przyjechał stary Kozak Dytko i jego trzej synowie - wszyscy szelmy i hultaje najmujący się szlachcie do zajazdów i egzekucji. W czasie ich odwiedzin Żyd stracił zęba i pół brody, a Janko miał podbite oko i naderwane uszy. Potem wpadł z krótką, lecz bynajmniej nie przyjacielską wizytą pan Policki ze swoimi ludźmi. Później byli jeszcze jacyś obszarpańcy, powiadający się towarzystwem z chorągwi kwarcianej starosty Jana Potockiego, choć w oczach Jankiela nie wyglądali nawet na obozowych ciurów. Gest i fantazję jednak mieli całkiem jak husarze - zażądali najlepszego jadła i napitków, palili z jedynego bandoletu, jaki mieli, omal nie spalili karczmy i, rzecz jasna, nie zapłacili za biesiadę. Potem, po południu, przyjechał wielki i gruby szlachcic z jednym okiem i drewnianą nogą, na szczęście nie rozbijał się i nie wybierał nigdzie, ale pił tęgo wraz z kompanami, krzyczał, zaczepiał chłopów i dziewki, a od pieśni wywrzaskiwanych zapitymi, ochrypłymi głosami przez jego ludzi spuchły Jankielowi uszy.

Nic dziwnego zatem, że gdy Janko muzykant wykrzyczał nowinę o tym, kto przybył, Jankiel poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Żyd złapał się za brodę i pejsy i stał jako obraz nędzy i rozpaczy, dopóki drzwi do izby gościnnej nie otwarły się szeroko i nie stanął w nich gość zapowiadany przez muzykanta.

Jacek Dydyński z pozoru nie wyglądał groźnie. Był średniego wzrostu, śniady, szczupły, zwinny jak kot. Po wysokich, usztywnionych czerwonych cholewach safianowych butów znać było po nim zamożnego pana. Dydyński odziany był w zielonkawy, szamerowany żupan szyty z przedniego adamaszku, zapinany na skrzące się guzy z pętlicami. Na żupan zarzucił ferezję podbitą lamparcim futrem, z wielkim kołnierzem spływającym aż do połowy ramion. Na podgolony wysoko łeb wcisnął rysi kołpak ozdobiony czaplim piórem i trzęsieniem. Na prawym przedramieniu nosił lśniący karwasz szmelcowany na czarno, zdobiony w liście i gwiazdki. Szlachcic przepasany był szerokim, ciężkim pasem kolczym, przy którym wisiały: pistolet, prochownica i szabla. Nie była to jednak zwykła, ciężka batorówka ani zygmuntówka o krótkim, prostym jelcu, ale czarna szabla husarska, która dopiero wchodziła w modę i uzbrojenie. Jej jelec zakrzywiał się u jednego z końców w kabłąk, który osłaniał wierzch dłoni i dochodził prawie do kapturka, a kształtne wąsy opuszczały się na krzywą klingę. Oprawiona w czarną skórę i srebro szabla miała jeszcze paluch, to jest mały kabłąk przy jelcu na kciuk. Dzięki temu w rękach doświadczonego szermierza chodziła jak błyskawica - gdy pan Dydyński chciał podgolić zawalidrogę, uderzała z wielką siłą, a jeśli wyłuskiwał szablę z rąk hajduka czy pachołka, dzięki paluchowi błyskawicznie przechodził od zastawy do cięć z łokcia i nadgarstka.

Jacka Dydyńskiego, stolnikowica sanockiego, zwano w Ziemi Sanockiej Jackiem nad Jackami, nie znano bowiem lepszego odeń mistrza w szabli. Dydyński trudnił się zaś zawodem tyleż zacnym, co pożytecznym. Był bowiem zajezdnikiem, a profesja ta sprawiała, że szanowano go w całym powiecie.

Jacek nad Jackami był mistrzem w urządzaniu zajazdów. Jeśli któryś z panów braci zamierzał wyegzekwować zbrojnie wyrok sądowy, obronić się przed napaścią sąsiada lub zagarnąć cudze włości, wystarczyło, iż dał znać Dydyńskiemu, a pan Jacek szybko stawał na wezwanie ze zbrojną asystą. Dydyński był honorowy i nigdy nie łamał danego słowa, nigdy nie zdradził pracodawcy. Polegaj na Dydyńskim jak na Zawiszy - powiadano w karczmach w Sanoku. Dydyńskiego na was trzeba! - krzyczał w złości pieniacz, drąc w strzępy pozew, który właśnie przysłał mu krewny lub sąsiad zawalidroga. Jeszcze was Dydyński nauczy! - zapowiadał zagonowy szlachetka rugowany z dóbr przez możnego magnata.

Nic więc dziwnego, że Jankiel zadrżał na widok tak znamienitej persony. Tymczasem Jacek nad Jackami podszedł do szynkwasu, po czym zaczął wpatrywać się w Żyda zielonkawymi oczyma. Żyd co tchu napełnił najlepszy kufel biłgorajskim piwem. Dydyński ujął go, upił trochę, a potem odstawił.

- A czegóż to jaśnie wielmożny pan uważa? - zaczął Jankiel. - Czymzie to ja, phosty Zid, mogę usłużyć wasiej wielmoźności?

- Chciałbym z tobą pogadać, Jankiel - uśmiechnął się Dydyński. - A jak myślisz, o czym mogą gawędzić Żyd i szlachcic? O arendzie? O pieniądzach? O pożyczce i lichwiarskich procentach? O gładkości dziewek w Lutowiskach? Przyznaję, już sprawdziłem - są gładkie. Wybacz tedy, ale wybiorę inny temat. Dla przykładu, zacny Jankielu, czy był w twej karczmie ostatnio jakiś możny szlachcic? I czy zwał się może Białoskórski? Żyd rozejrzał się dokoła, szukając wsparcia.

- Zięby ja wsiśtko wiedział, to ja ho, ho, habinem by został. Nu, ja powiem, wsiśtko powiem. Był tu jaśnie pan Białoskóhski. I on z innym ślachcicem odjechał. A ja nie wiem, kto to był. Bo ja nie wściubiam nosa między dźwi. Bo mnie nić do sphaw wielikich panów. Bo ja tylko aby pieniądz bhać. Dobhy pieniądz. Talah, złoty czehwony, holendehski talah, shebhny ghosz. A już tehnahów i sielągów obehźniętych nie biohę. Bo widzi pan ślachcić, jeden dobhy pieniądz hobi dhugi dobhy pieniądz. A jak są hazem dwa pieniądza, to się z nich hobi tzieci.

- Toteż mnie właśnie o pieniądze idzie. - Dydyński położył na szynkwasie sakwę wielką jak snopek pszenicy. - Ta kaleta ledwie na kwałki nie pęknie. Czas jej ulżyć i do innej kabzy złoto przesypać.

- Ho, ho, ja to widzę - rzekł Jankiel ze smutkiem i aż łezka zakręciła mu się w oku. - Ale ja nic pohadzić nie mogę. Ja nic nie wiem. I - powiem więcej - ja nie chcę nic wiedzieć.

- Trudno. - Dydyński nie wyglądał na zawiedzionego. - A może pamiętasz, kim był ów szlachcic, co odjechał z Białoskórskim?

- Młody panicz, ubogo odziany. Ja go nigdy nie widziałem.

Dydyński przymknął oczy. A potem uśmiechnął się wesoło, odstawił niedopite piwo i rzucił na szynkwas srebrnego grosza.

- Bywaj, Jankiel.

Szlachcic szybko ruszył do drzwi. Szedł, brzęcząc ostrogami, postukując żelaznymi podkówkami butów o drewniane, nieheblowane deski podłogi.

- Panie Dydyński!

Jacek zatrzymał się. Dobrze wiedział, kto go okrzyknął. Ledwie wszedł do karczmy, od razu wśród gości zauważył znajomą gębę.

Z ławy pod ścianą wstał ogromny szlachcic w karmazynowym żupanie. Nieznajomy nie miał lewego oka - zasłaniał oczodół skórzaną opaską. Gdy szedł ku Dydyńskiemu, deski dudniły głucho pod jego ciężarem. Szlachcic nie miał prawej nogi - pod kolanem kończyła się drewnianym kulasem. Dla równowagi mężczyzna wspierał się na długim nadziaku. Gdy szedł, biesiadnicy w karczmie ustępowali mu z drogi. Wystarczyło spojrzeć na jego paskudną gębę ozdobioną szramami, na wąsiska i krótką czarną brodę, aby przekonać się, że nie był to pierwszy lepszy szlachetka z zaścianka. Jego kompani - wąsaci rębajłowię o podgolonych wysoko czuprynach, patrzyli spode łbów na Dydyńskiego.

Ogromny szlachcic położył wielkie łapsko na ramieniu pana Jacka. Odwrócił go ku sobie powoli, ale stanowczo. Dydyński nie sięgnął jednak do szabli.

- Turcy mi oko wyłupili - rzekł beznogi szlachcic - więc mało co widzę. Ale ty, panie Dydyński, nie jesteś ślepy! Czy mnie tak łatwo można przegapić, panie kochanku? Czyja w ogóle nie zwracam uwagi?

- Witajcie, panie Kulas.

- A dokąd to drogi prowadzą? Do zamtuza? Do karczmy? - pytał Jakub Hulewicz, zwany w całej Ziemi Sanockiej Kulasem.

- Nieważne. Ale zapewniam waści, że nam nie po drodze.

- Szkoda, panie kochanku, bo w tej służbie, w której przebywam, wysoko można zajść.

- Mniemam, że nawet zbyt wysoko.

- Mój pan, starosta zygwulski, zły jest na ciebie, panie Jacku - rzekł Kulas. - Żal go bierze i melankolia, żeś służby mu odmówił i do Korniaktów przystał, do jego wrogów zaciętych.

- Eąues polonus sum. Wolny jestem i temu służę, komu mi się podoba!

- I żeś naszą kompanią wzgardził - ciągnął Kulas nieco głośniej. - A co my, śmierdzimy ci, panie Dydyński? A może nie smakuje ci nasz miód i piwo?

- Jak nie smakuje, to gardło rozerżniemy - zarechotał Pamiętowski, jeden z kompanów Kulasa, znany w całym województwie ruskim paliwoda, skazany na banicję za zajazd, zabójstwo dwóch szlachty i udział w rokoszu wojewody Zebrzydowskiego.

- Pan Dydyński już do pałaców przywykł - rzekł. - I do chędożenia dziewek w bielutkiej pościeli. I jego obyczaje już pańskie, a nie nasze, proste, szlacheckie.

- Już mu franca na lica bije - zapiszczał cienko mały i chudy Pisarski, świdrując Dydyńskiego kaprawymi oczkami. - To od sodomijej z pludrakami.

Kulas uciszył i tego kompana jednym skinieniem ręki.

- Mam ja ci dwie sprawy do przekazania, panie bracie. Primo, pan starosta zygwulski prosił ci donieść, panie Dydyński, żebyś mu się na zamku w Łańcucie ani na włości nie pokazywał. Bo jak cię zobaczy, to go znowu melankolija tknie. Melankolija straszna to jest przypadłość. A melankolijej starosty nic lepiej nie uleczy niż wieść o tym, iż pewien młody panek zwany Jackiem nad Jackami wziął szablą po łbie od pana Kulasa. A pan Kulas nie miał innego wyjścia, gdyż staroście zygwulskiemu służy, a co pan każe - sługa musi!

- To już wszystko?

- Czekajże, jeszcze nie skończyłem. Secundo, panie Dydyński, radzę ci poniechać Białoskórskiego i owego młodzieniaszka, który się przy nim wiesza.

- Tego szaraczka, co z nim razem wyjechał z Lutowisk? A po cóż ci on, panie bracie?

- To już nie waści interes. Ja jeno dobrze radzę i po przyjacielsku napominam, cobyś wasza mość ostawił ich w spokoju.

- Obaczymy. Ale dzięki za dobrą radę.

- Zatem z Bogiem, panie bracie.

Kulas odwrócił się i podszedł do swoich. Z zamachu palnął w ucho Pisarskiego, który bezczelnie zajął jego miejsce na ławie. Szlachetka padł na podłogę, przewrócił kufle i zarobił jeszcze kilka szturchańców.

8. Kompania Dydyńskiego