121779.fb2 Czarna Szabla - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 8

Czarna Szabla - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 8

Przed karczmą w Lutowiskach było pełno ludzi. Jarmark trwał w najlepsze, wokół kramów kręcili się ludzie, ryczało prowadzone na targ bydło, gęgały gęsi, kwiczały świnie, a woźnice obrzucali przekleństwami chłopów, którzy niechętnie ustępowali im z drogi. Dydyński skierował się ku sagom z drewnem, przy których zgromadził się spory tłumek złożony z chłopów, Cyganów, Rusnaków i kilku Pogórzan. Wszyscy pochylali się nad beczką, przy której trwała właśnie gra w cetno i licho. Gruby, podstarzały Kozak o rumianej gębie, wygolonym łbie i osełedcu zakręconym wokół ucha rywalizował zawzięcie z chudym i szczupłym sabatem zza węgierskiej granicy.

- Każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może! - zakrzyknął Kozak. - Zacny mieszczaninie, co komu pisane, to go nie ominie! Rzucaj, łyczku, kości! Co obierasz?

Sabat rzucił z rozmachem kostki na beczkę. Rozległ się stukot, Kozak zarechotał głośno, zawtórowali mu otaczający go chłopi.

- Łycho! Łycho! - zakrzyknął Kozak. - Dwie piątki!

Niepuskaj się w drogę, bracie,

Bo to będzie ku twej stracie,

Sługać niemało ukradnie

I sam się nie wrócisz snadnie!

- zaśpiewał i zagarnął do czapy stos miedziaków. Sabat patrzył nań krzywo, wąsy zjeżyły mu się ze złości, ale Kozak niewiele sobie z tego robił. Rozejrzał się po tłumie i zamachał ręką do chłopów.

- Hej, kto jeszcze?! Kto jeszcze?! Dalejże, próbujcie szczęścia. Komu fortuna pisana?! A o czymże to ja mówił wcześniej? O wzroku białogłowskim! Znałem ja jedną panią, co pojrzawszy przez okno swego zamku wychodzące na dziedziniec, ujrzała rosłego męża, bardzo pozornie ukształtowanego. Gdy odpuszczał wodę na ścianę onego zamku, przyszła jej ochota posmakować tak urodnego i zacnego kształtu, owo z obawy, aby nie obrazić zwłoką swego zachcenia, zleciła mu przez pazia, aby się zszedł z nią w tajemnej alei parku, dokąd się udała. I tamże chędożyła się z nim tak dalece, że brzuch jej jakoby bęben urósł. Oto do czego posłużył wzrok u tej paniej! A kimże był ów mąż zacny? Ja to sam we własnej osobie!

- Szawiłła! - syknął Dydyński. Kozak chwycił kości, przewrócił beczkę kopniakiem pod nogi zaskoczonym chłopkom i w trzech susach dopadł Dydyńskiego.

- Jestem, jestem - wydyszał, ocierając pot z czoła. - Czego to waszej miłości potrzeba?

- Frant jesteś i szelma kuty na cztery nogi - rzekł Jacek nad Jackami. - Więc zrób sztuczkę z koniem. Muszę się dowiedzieć, dokąd pojechał Białoskórski. Kto jak kto, ale pachołek z karczmy wszystko nam wyśpiewa.

- Na jednej nodze!

Kozak skoczył w stronę konia Jacka Dydyńskiego. Sprytnie wsunął sakiewkę pod kulbakę, tak aby na czaprak wystawał tylko rzemień. Dydyński przypatrywał się temu kątem oka. Widział, jak Kozak podprowadził konia do karczmy. Zakrzyknął na stajennego. Wnet przed karczmę wybiegł niski chłopek w futrzanej czapie. Szawiłła oddał mu wodze konia, złajał i odszedł na bok. Chłopek wprowadził wierzchowca do stajni.

Dydyński podszedł do koniowiązu. Przy korycie na bogato zdobionej husarskiej kulbace siedział starszy mężczyzna o twarzy ozdobionej bliznami i długich, posiwiałych wąsach. Ubrany był w dostatni sukienny żupan i delię. Przy jego litym pasie wisiały dwa pistolety. Pochylał się nad trzymanym w ręku samopałem i polerował szmatką długą, smukłą lufę. Broń, którą trzymał mężczyzna, była niezwykła. Długa na niecałe dwa łokcie, lekko rozszerzona u wylotu, miała dziwne zgrubienie i metalowy cylinder między łożem a lufą. To nie był arkebuz ani bandolet. To nie był lontowy petrynał, rusznica ani półmuszkiet. Tajemnicza broń nie wyglądała także na karabin, cieszynkę ani guldynkę, nijak nie można było porównać jej do hakownicy. Był to wytwór prawdziwego mistrza broni ognistej, jedyny taki egzemplarz w Ziemi Sanockiej, unikalna sześciostrzałowa revolwera. Broń z zamkiem skałkowym i obrotowym bębnem mieszczącym sześć ładunków prochowych oraz kul.

- Mikłusz!

Sługa poderwał się w mgnieniu oka. Wyćwiczonym ruchem opuścił revolwerę w dół. Widać było, że służył w wojsku.

- Służba!

- Idziemy.

Pachołek posłusznie ruszył za Dydyńskim. Dołączył do nich jeszcze Szawiłła. Jacek szedł w stronę karczmy. Szybko przekroczył próg, przeszedł przez długą sień, potem ostrożnie zajrzał do stanu. Szybko odnalazł wzrokiem swego konia - srokaty dzianet był już rozkulbaczony, a stajenny krzątał się koło wierzchowca.

Skinął na Mikłusza i Szawiłłę. Wskoczyli do przegrody, dopadli pachołka.

- Tuś mi, złodzieju! - wysyczał Dydyński, bo nigdzie nie dostrzegał mieszka, który włożył pod kulbakę Szawiłła. - A gdzie sakiewka? Gdzie złoto?

Chłop zamarł, padł na kolana, skulił się, zmalał.

- Darujcie, panocku - zaskomlał. - Dyć ja nie winien! Ja oddam, wszystko oddam.

- Oddasz, ale parszywe życie - mruknął Szawiłła. - Mistrz małodobry prawdę z was wywlecze. Wiesz ty, chłopie, co za złodziejstwo robią?

- Rękę ucinają i piętno wypalają - rzucił Mikłusz.

- A jeśliś już kiedyś coś ukradł - rzucił Dydyński - to od razu szubienicę rychtują. Żałuj za grzechy, chamie, bo w tany ze śmiercią pójdziesz.

Chłop zaskomlał, skulił się.

- Złoto oddaj!

Stajenny posłusznie wyciągnął zza pazuchy chudy mieszek.

- Daruję cię zdrowiem, chamie - mruknął Dydyński - jeśli powiesz mi, co się tutaj wczoraj działo i dokąd pojechał pan Białoskórski.

- Powiem, powiem, panocku - skwapliwie zgodził się chłop. - Wczora w południe pana Białoskórskiego zdybali chłopi w naszy karczmie. Wzion obuchem w łeb i w pęta poszedł. Uny, Kołtun znaczy się, Iwaszko i jeszcze szlachcic młody, co się zgłosił, pojechały do Przemyśla z panem Białoskórskim, coby do starosty go odwieźć. Na Czarną poszły. Dziś pewnie już za Czarną są. A dalej na Ustrzyki mieli jechać i na Przemyśl.

Dydyński zamyślił się na chwilę.

- Masz szczęście, chamie - prychnął. - Nawet nie wiesz, jak wielkie. Siodłaj konia! Mości panowie, w drogę!

9. Kto drogi prostuje, ten w... grobie nocuje

Zaraz za Czarną poszli galopem, nie dając nawet chwili wytchnienia wierzchowcom. Przed sobą mieli płaski, zalesiony grzbiet Żukowa, przypominający równy, usypany ludzkimi rękoma wał, który ciągnął się od Uherców aż po Dniestr. Wiosenne, ciepłe słońce co dzień wchodziło coraz wyżej, ale lasów u stóp wzgórz nie pokryła jeszcze zieleń. Odcinały się szarymi i ciemnymi plamami od nagich, posępnych szczytów i wzniesień. Błoto tryskało spod końskich kopyt. Z pól spływały potoczki wody, zasilając kałuże przy drodze, przelewając się przez nie i płynąc w dół dolinami gór, aż do Czarnego Potoku i do Sanu.

Nie dojechali do Żukowa. Gdy dotarli do Żłobka i w oddali pojawił się czarny dach starej cerkiewki pod wezwaniem Narodzenia Maryi Panny, Eufrozyna wstrzymała konia.

- Nie jedziemy przez Ustrzyki - rzuciła. - Nawet baby na jarmarkach wiedzą, że w Lutowiskach złapali Białoskórskiego. W Ustrzykach siedzi Tarnawski, a w Teleśnicy Oszwarowej panowie Rosińscy. Idziemy wilkowi prosto w paszczę.

- Pani wielmożna - zajęczał Kołtun - toż my cały dzień stracimy...

- Ominiemy Teleśnicę od zachodu. Pójdziemy na Ralskie i Chrewt, przeprawimy się przez San, potem pojedziemy przez góry i nawrócimy na Hoczew.

- Wy, pani, śmieliście - biadał chłop. - A w Ralskiem... Tam strach jechać, bo pod górami trwogi...

- Jakie trwogi?

- Tam od niepamiętnych czasów na traktach - wyszeptał Kołtun - samotni ludzie giną. Czart mieszka w lasach. Igrce odprawuje, a worożychy na bronie latają. A w Tworylnym i Hrywym ludzie borowi mieszkają, dzicy i straszni. Kto by chciał tamtędy jechać, to nad nim sodomiję odprawiają, a nawet - głos Kołtuna zadrżał - oskopić mogą i gorsze jeszcze rzeczy uczynić!

- Jakie rzeczy? Gadajże po ludzku! - zainteresował się Białoskórski.

- W dupę żelazne ćwieki wsadzają - wyszeptał chłop i przeżegnał się.

- Nie pleć bzdur, chłopie. Jakie worożychy na bronach? Jakie czarty? Jakie sodomije? Gdzie żeś to słyszał?

Kołtun zbladł i przeżegnał się.

- Jeśli się boisz, to hajda do Lutowisk! - mruknęła panna. - Mnie tchórzy nie potrzeba!

- Jakże to tak? - wybełkotał Kołtun. - Przecie to ja infamisa wzionem... Nagroda przepadnie.