121779.fb2
Przed Ralskim San pienił się wściekle na głazach i kamiennych progach, a potem, gdy wydzierał się spoza strzelistych zboczy Połoniny i Otrytu, płynął już spokojnie, zataczając niewielkie półkola wśród kamienistych łach i płycizn.
Słońce schowało się za chmury, gdy zatrzymali się przy brodzie. Białoskórski rozglądał się niespokojnie, nie zważając na ból posiniałych nadgarstków, wykręconych w tył stawów i nóg. Strasznie był ciekaw, kiedy z mrocznych bukowych lasów i tajemniczych jarów rozciągających się po północnej stronie gór wychyną biesy, o których wspominał Kołtun. Białoskórski uśmiechał się smutno. Jak zwykle jednak to nie biesy ani czarty okazały się najgorszym zagrożeniem dla niego.
- Kołtun - rzekła stanowczo Eufrozyna, gdy stanęli na mostku - znów się rozmyśliłam. Nie jedziemy do Hoczwi. Ruszymy na Terkę, Cisną i Baligród.
- Jakże to tak?! - zakrzyknął Kołtun. - Toż my do Przemyśla idziemy, nie na Węgry! Pani wielmożna, wolicie wy sabatów, beskidników i diabły od złociszy, co w grodzie czekają?!
- Babunia, co mnie chowała, powiadała, że kto drogi prostuje, ten w polu nocuje - mruknęła panna Gintowt. - Ale nie mamy innego wyjścia.
- A gdzie dziadunio?! - zarechotał Białoskórski. - Miałby jaką dobrą radę w tej opresji? A może ze strachu żyłka by mu pękła?
- A, do diabła z dziadkami i babkami! - mruknęła Eufrozyna. Jednym szybkim ruchem wyciągnęła pistolet z olstra, podrzuciła, wymierzyła i strzeliła Kołtunowi prosto w łeb!
Konie zarżały na huk wystrzału. Impet kuli odrzucił chłopa w tył. Kołtun spadł z kulbaki, wpadł między głazy, poleciał w kotłującą się wodę, w wiry i odmęty. Panna odwróciła się w stronę Białoskórskiego. Wywołaniec stał zaskoczony, ale choćby chciał, nie miał jak uciec. Nogi związane miał pod brzuchem końskim, a ręce z tyłu, za plecami. Musiałby chyba złapać wodze zębami.
Panna spojrzała w dół, czy woda nie wypluła ciała Kołtuna. Schowała pistolet, splunęła z pogardą, a potem chwyciła cugle konia infamisa.
- Myślę, że waszmość miałeś dosyć tego chama.
- Mała strata, krótki żal - wycharczał Białoskórski. Jednak jego głos stracił zwykłą pewność siebie. Szlachcic rozkaszlał się, a zimny pot pociekł mu wzdłuż pleców. Ostatni raz spocił się ze strachu, gdy książę wojewoda Ostrogski zdybał go u swej meretrycy. Chociaż nie, chyba naprawdę przeląkł się jakieś dziesięć lat temu, gdy chcieli rozsiekać go w Sądowej Wiszni za rozpędzenie sejmiku.
- Teraz pojedziemy sami - rzekła ochryple panna. - Pojedziemy, ale zgoła nie tam, gdzie chciałbyś trafić. Mówię ci, módl się, panie Białoskórski. Módl i żałuj za grzechy.
Ponagliła konia. Przejechali przez bród i ruszyli wąską dróżką wzdłuż lewego brzegu Sanu prosto na Hoczew.
Białoskórski bodaj pierwszy raz w życiu zastanowił się, czy nie zacząć może odmawiać zdrowasiek. Wstrzymał się jednak. Jeszcze było na to za wcześnie.
10. Wróżba Szawiłły
- Byli tu, panie, niech skonam, jeśli łżę! - Ondraszkiewicz bił się w kaftan w okolicach serca. - Dwóch chłopów, pacholik młody i stary dytko siwowłosy, co krwią pluł od suchotów. Burdę mi w karczmie wszczęli, tacy synowie, z panami Rytarowskimi. Pachołka im zakatrupili, a potem pana grabie... No, jak mu tam było... Pana Symonta z Rokierów!
- A, pewnie hrabiego Eysymonta-Ronikiera - mruknął Dydyński.
- Jako żywo, tak właśnie na niego gadali. Rąbali się ze dwie kwatery, a potem zwyciężył młody szlachcic i wraz odjechał. Chłopa, co z nim był i go w zwadzie postrzelili, ostawić kazał w karczmie, ale ledwieśmy mu ranę przewiązali, już uszedł, psi syn, i Żydowi nawet grosza za opiekę nie zostawił!
- A więc wyjechało ich tylko trzech? Młodzieniaszek Gintowt, Białoskórski i jeszcze jeden chłop?
- Jakiż on tam młodzieniaszek - wyszeptał Ormianin. - Panie wielmożny, sodomija tu była. Jak się z panami Rytarowskimi bili, czapka mu spadła, a pod czapką warkocze i wianek były ukryte. Panna to w męskim stroju. Tfu, co mówię, panna! Diablica przez Złego zesłana na pokuszenie rodzaju ludzkiego! Wasza miłość, ona w karczmie sama jedna wszystkich Rytarowskich usiekła, spod szabli im uciekała. Czary w tym były musi jakie! Ja już myślał, czyby do Rzeszowa, do ojców dominikanów nie dać znać, aby wybadali, czy ona nie z diabłem w zmowie. A jak nawet nie z diabłem, to z płanetnikami. A jak nie z płanetnikami, to już na pewno z Żydami lichwiarzami z Leska. A jak nawet nie z Żydami, to z Chaimem Kabalistą, co drugą karczmę tu obok postawił i interesy mi psuje, a i magią na pewno się para! Ech, żeby to w Rzeczy było albo w innym nie tak barbarzyńskim kraju, zaraz bym mu stosik zapalił.
- A Białoskórski? - przerwał mu Dydyński. - Zdrów i cały wyszedł ze zwady?
- Białoskórski nawet nie pisnął, bo związany na ławie leżał, jako nie przymierzając ten półgęsek, co tu na powale wisi.
- Dokąd pojechali?
- Na północ, pewnikiem do Przemyśla, bo tam sądy grodzkie i kat zawzięty okrutnie na swawolników. A i pan starosta hultajom nie przepuszcza.
Dydyński rzucił karczmarzowi koronnego dziesiątaka. Odwrócił się do Szawiłły i Mikłusza.
- Co o tym myślicie?
- Na Przemyśl ruszył - mruknął Mikłusz. - Dojdziem łyka w Ustrzykach, a jak nie tam, to za Krościenkiem, na trakcie.
Szawiłła pokręcił głową.
- We wszystkich karczmach i w okolicznych wsiach gadają tylko o tym, jak jakaś panna poszczerbiła Rytarowskich i ubiła samego hrabiego Eysymonta, co to mu od gorzałki rozum się we łbie pomieszał. Żeby to był jakiś nieznany szaraczek, tedyby może i go poniechali, ale że to niewiasta... Kto jak kto, ale bracia Rosińscy i ich tatko nie przepuściliby okazji, aby skrzyżować z nią szable. Myślę zatem, że panna pojechała inną drogą.
- I jeszcze bardziej ryzykowała? W górach są beskidnicy i sabaci.
- Bez ryzyka nie ma łotrzyka.
- To jak powinniśmy jechać? Na Przemyśl? Na Ralskie?
- Na piwo! - huknął Mikłusz, stawiając na dębowym stole trzy cynowe kufle pełne pienistego trunku.
Wypili. Szawiłła wyjął z mieszka dziwną sześciokątną monetę z dziurką pośrodku. W blasku świec zabłysły na niej zawijasy i znaki. Kozak rzucił monetę na stół, postawił ją, zakręcił, aż zafurkotało, i zanucił:
Słyszałem od ludzi starych,
Że ta wódka okowita bardzo wadzi.
Niejednego ona człowieka z tego świata zgładzi!
- Jak reszka, to na Przemyśl pojedziemy! - zakrzyknął. - A jak korol, to na Ralskie.
Nie bardzo wiadomo było, czym różniła się reszka od króla, bo na obydwu stronach monety były podobne znaczki. Jednak gdy moneta brzękła i upadła na stół, Szawiłła uśmiechnął się od ucha do ucha i zakrzyknął:
- Na Ralskie!
Mikłusz i Dydyński złapali za kufle.
- No to na Ralskie - zadecydował Dydyński i jednym tchem osuszył naczynie do połowy.
11. Białoskórski przerażony
Po rozstaniu z Kołtunem Eufrozyna przestała się spieszyć. Był już prawie wieczór, a oni nie dojechali jeszcze do Hoczwi. Zatrzymali się na popas nad Sanem, na kamienistym pagórku w pobliżu rzeki. Szlachcianka zsiadła z konia, przecięła więzy na nogach Białoskórskiego i zepchnęła go z wierzchowca tak mocno, że szlachcic zwalił się na kamienie. Dziewczyna rozkulbaczyła konie i puściła je, by podjadły trochę wyschłej trawy, a sama chwyciła olstra z pistoletami, jakąś wypchaną sakwę i zeskoczyła po głazach na brzeg rzeki. Białoskórski widział, jak zaczerpnęła ręką wody, a potem... To, co stało się potem, sprawiło, że przeszły go ciarki. Panna Eufrozyna Gintowt zrzuciła żupanik, giezło i poczęła obmywać się w rzece.
Infamis patrzył. Spoglądał łakomym wzrokiem na jej krągłości, uformowane jak kopułki w najpiękniejszej cerkwi Bieszczadu, a nade wszystko to, czego nie widział z bliska, gdyż leżał zbyt daleko - wdzięczny gaiczek kryjący źródełko miłości, gotowe napoić spragnionego konika...
Jasny szlag!
Nagle Białoskórski zamarł. Zobaczył kątem oka, że z juków rzuconych niedbale na kamienie kilka kroków dalej wystawała rękojeść jego szabli.
Swawolnik wstał z trudem. Powoli, ostrożnie przesuwał się w prawo, wpatrzony w sylwetkę panny Gintowt tam, na dole. Jeszcze chwila, jeszcze moment...