122989.fb2
Tymczasem zdążyliśmy już wejść między drzewa. Julio położył dubeltówkę, wyprzedził nas i usunął z drogi jakieś kawałki pogiętego, zardzewiałego żelastwa. Pod nami ukazał się nieregularny otwór i kamienne schody, które wiodły w ciemność. Julio zszedł pierwszy, zwinnie, w swoich tenisówkach, a za nim Carole i ja, dość niepewnie. Poczułem, jak dziewczyna wkłada rękę w moją dłoń, więc uścisnąłem ją dla dodania jej otuchy, kiedy osiągnęliśmy najniższy stopień i zaczęliśmy się posuwać czymś w rodzaju podziemnego korytarza. Światło padające od wejścia nagle zgasło.
Dotknąłem ramienia Julia.
— Nic nie widać. Masz latarkę?
— Latarka na nic. Kupiłem taką jedną za pieniądze od signora Colvina, ale oszukańcy nie powiedzieli mi, że trzeba kupować ciągle baterie. To jest lepsze. — Zapalił zapałkę i zaświecił latarnię sztormową, która stała na kamiennej podłodze. Kiedy naftowy płomień strzelił w górę, zobaczyłem, że korytarz kończy się masywnymi drewnianymi drzwiami. Julio pomajstrował chwilę przy zamku i pchnął drzwi. Mimo ciężaru i starości otworzyły się łatwo, w niesamowitej ciszy; za drzwiami ziała przepastna ciemność. Carole przysunęła się do mnie bliżej. Objąłem ją ramieniem, ale byłem zbyt zaabsorbowany tym, co się działo, żeby mieć z tego jakąś przyjemność — tajemnicze pomieszczenie, w którego progu staliśmy, miało dostarczyć odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania. Czułem, jak ocierają się o mnie nieznane postacie sprzed pięciuset lat, słyszałem niemal samego mistrza, jak w tajemnicy krąży wokół swego dzieła, niemal widziałem dziwną machinę. Największy geniusz wszystkich czasów wycisnął na tym miejscu swoje piętno, a jego niewidzialna obecność tak była przytłaczająca, że zwykli śmiertelnicy czuli się pełnymi pokory intruzami.
— Na co czekacie? — warknął Julio wchodząc do groty z wysoko uniesioną latarnią.
Wszedłem za nim i w migotliwym świetle dostrzegłem zarysy jak gdyby leżącego koła. Było ono duże, średnicy mniej więcej dwudziestu kroków, umieszczone na wysokości człowieka. Poprzez szprychy widać było niewyraźnie system trybów, z długą korbą, która znajdowała się akurat koło nas. Całe urządzenie przypominało starego typu karuzelę z wesołego miasteczka, z tą różnicą, że drewniane konie zastąpiono tu malowidłami, kiepsko zresztą widocznymi z powodu przesłaniających je ram. Wszystkie obrazy były przymocowane do wewnętrznej strony obręczy i skierowane frontem do środka. W samym środku okręgu maszyny dostrzegłem coś w rodzaju kunsztownie zdobionej budki strażnika, w której tylnej ścianie, na poziomie oczu, widniały dwa małe otwory.
Dziwaczna myśl zaczęła kiełkować w mojej głowie, gdy tak sterczałem gapiąc się na koło. Urządzenie rzeczywiście przypominało karuzelę, ale bardziej jeszcze wiktoriańską machinę do ożywiania rysunków. To odkrycie eksplodowało w moim umyśle jak granat.
Leonardo da Vinci, jeden z najpłodniejszych umysłów w historii ludzkości, twórca wynalazków, które znacznie wyprzedzały swoje czasy, wynalazł również kino!
Ta machina, od wieluset lat ukryta w grocie na skrawku ziemi biednego chłopa, musi być z pewnością największym skarbem, jaki dała współczesnym przeszłość. Przy niej grób Tutenchamona wydawał się drobnostką, a marmury katedry w Elgin czymś bez znaczenia, sam bowiem mechanizm stanowił jedynie część niewiarygodnego znaleziska. Tam gdzie ktoś pomniejszy eksperymentując z ożywianiem obrazów posłużyłby się zwykłymi rysunkami sylwetek, wspaniałe wizjonerstwo i ambicje Leonarda kazały mu zmierzać do doskonałości i użyć najwspanialszego z własnych dzieł.
O ile moje domniemania były słuszne, słynna Mona Lisa stanowiła zaledwie jedno ujęcie w pierwszym filmie na świecie!
Z zapartym tchem wszedłem do budki i spojrzałem przez otwory. Nie myliłem się. Soczewki w drewnianej obudowie skierowały mój wzrok na jeszcze jeden portret pięknej damy z Florencji. W niepewnym świetle wyglądała zaskakująco realnie, ale na tym obrazie trzymała ręce znacznie wyżej, jak gdyby je unosiła do szyi. Słynny uśmiech też wydawał się wyraźniejszy. Musiałem się cofnąć, żeby oswoić się jakoś z tym, co zobaczyłem. Tymczasem Julio powiesił latarnię na wystającym ze ściany haku. Miotał się zapalając inne latarnie, a następnie złapał za długą korbę, żeby nią zakręcić.
— Czy ten mechanizm działa? — spytałem. Skinął głową.
— Smaruję go, więc działa. — Zakręcił żelazną korbą i koło zaczęło się obracać. Początkowo poruszało się bardzo wolno, ale później nabrało szybkości, chodząc gładko i cicho, co wskazywało na idealne wyważenie. Julio machnął wolną ręką zapraszając, żebym popatrzył przez przyrząd optyczny. Uśmiechał się z zadowoleniem płynącym z poczucia własności.
Przełknąłem z trudem i wszedłem do ozdobnej budki. Moje zdumienie wzrastało z minuty na minutę, ledwie mogłem nad sobą zapanować. Prócz tego wszystkiego, co już mi się objawiło, miałem jeszcze dostąpić oglądania ożywionego w magiczny sposób wspaniałego arcydzieła, obcować z myślą mistrza w sposób, o jakim nie mógłby marzyć, zobaczyć najwyższą sztukę wyrażoną w ruchu. A może nawet posiąść tajemnicę uśmiechu Giocondy.
Z nabożną czcią przyłożyłem oczy do otworów i stwierdziłem, że w cudowny sposób Mona Liza zaczyna się poruszać, że ożywa.
Uniosła ręce do dekoltu sukni i obciągnęła go odsłaniając krągłą lewą pierś. Poruszyła ramieniem i pierś zatoczyła klasyczny łuk. Czegoś podobnego nie widziałem od czasu, kiedy byłem świadkiem, jak Bajeczna Fifi Lafleur z burleski Schwartza kręciła cyckami. Następnie Mona Lisa podciągnęła dekolt do poprzedniej skromnej pozycji i z przesadną wstydliwością skrzyżowała przed sobą ręce uśmiechając się delikatnie.
— O Boże — szepnąłem. — Boże, Boże, Boże!
Julio kręcił machiną, a ja patrzyłem bez przerwy nie mogąc oczu oderwać. Było to cudowne naśladownictwo rzeczywistości z jednym tylko zakłóceniem płynności ruchu — nieznacznym szarpnięciem na samym początku, najwyraźniej w miejscu, z którego Julio wykradł malowidło.
— Pokaż mi to — Carole zaczęła mnie szarpać za rękaw. — Ja też chcę zobaczyć.
Odsunąłem się i puściłem ją do okularów. Julio skwapliwie zakręcił korbą podskakując w swoich tenisówkach jak zidiociały karzeł. Carole patrzyła w milczeniu przez pełną minutę, a następnie odwróciła się do mnie z szeroko rozwartymi oczyma.
— To chyba ”niemożliwe — powiedziała słabym głosem.
— Oczywiście, że możliwe — odparłem, — Przy odrobinie wprawy niektóre dziewczyny potrafią robić cuda ze swoimi przyległo-ściami. Ja przecież sam doskonale pamiętam, jak Bajeczna Fifi La-fleur…
— Ja mówię o da Vincim — warknęła Carole. — Nie znam się na sztuce, ale nie przypuszczałabym, że on będzie parał się takimi rzeczami.
— Wszyscy artyści są tacy sami, robią to, za co im klienci płacą. — Mówiłem ze świeżo zrodzonym cynizmem. — Jest rzeczą wiadomą, że da Vinci brał pieniądze za wymyślanie rozrywek dla możnych tego świata, a niektórzy z wysoko urodzonych odznaczają się bardzo przyziemnymi upodobaniami.
— Ale tyle pracy…
— Prawdopodobnie korzystał z pomocy całej szkoły artystów. A poza tym tak wielkie przedsięwzięcie tłumaczy długie okresy nieproduktywne w karierze Leonarda. Kiedy powinien był trudzić się nad statuą Sforzy, siedział tutaj i pracował nad lewym…
— Nie bądź wulgarny — przerwała mi Carole. Odwróciła się do obracającej się w dalszym ciągu machiny. — Jak myślisz, ile to może być warte?
— Kto wie? Powiedzmy, że w grę wchodzi sześćdziesiąt obrazów. Gdyby zostały nielegalnie wywiezione z Włoch, mogłyby przynieść milion dolarów od sztuki. Może dziesięć milionów. Może miliard, zwłaszcza ten, na którym…
— Wiedziałem, że to będzie szczęśliwy dzień — odezwał się spoza moich pleców znajomy głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że w drzwiach stoi Chytry Mario, trzymając dubeltówkę, którą Julio porzucił na zewnątrz, wycelowaną w mój brzuch.
— Czego chcesz? — zapytałem, a następnie uświadamiając sobie retoryczność tego pytania, dodałem: — Dlaczego we mnie celujesz?
— A dlaczego pan ukradł samochód mojej matki? — Mario wydał jeden ze swoich najmniej przyjemnych chichotów. — I dlaczego groził mi pan policją?
— Nie powinieneś przywiązywać zbytniej wagi do tego, co mówię.
— Nie mogę, signor, zwłaszcza kiedy słyszę rzeczy w rodzaju,,sześćdziesiąt milionów dolarów”.
— Ale popatrz! — Ruszyłem do przodu, Mario jednak zatrzymał mnie unosząc strzelbę.
— Co?
— Głupio się zachowujemy, przecież tego łupu starczy dla wszystkich. To znaczy z sześćdziesięciu milionów możesz mieć piętnaście.
— Ja wolę całe sześćdziesiąt.
— Ale chyba za czterdzieści pięć nie zabijesz człowieka, co? — Spojrzałem w polerowane kamyki, które Mariowi zastępowały oczy, i zdrętwiałem.
— Wy troje pod ścianę — zakomenderował.
Kiedy ruszyliśmy w stronę ściany, Carole przytuliła się do mnie. Głupi Julio też usiłował się do mnie przykleić, ale go odsunąłem — została mi być może ostatnia minuta życia, miałem więc prawo być wybredny.
— Teraz jest dużo lepiej — powiedział Mario. — Teraz sam sobie obejrzę towar.
Ruszył w kierunku machiny, która w dalszym ciągu obracała się na dobrze nasmarowanym łożysku. Trzymając nas cały czas na muszce, wszedł do budki i popatrzył przez otwory. Widziałem, jak zesztywniał pod wpływem szoku. Co chwila spoglądając do tyłu, na nas, raz jeszcze zafascynowany popatrzył przez otwory. Kiedy wreszcie wyszedł z budki, był blady jak papier. Podszedł do nas bezgłośnie poruszając ustami, a ja w oczekiwaniu na eksplozję bólu przytuliłem do siebie mocno Carole.
Mario jak gdyby nas nie widział. Zdjął z haka latarnię i sztywnym ruchem cisnął ją w sam środek machiny. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, a zaraz potem suchą drewnianą konstrukcję zaczęły lizać płomienie.
— Ty durniu! — wrzasnąłem. — Co robisz?
— Zaraz zobaczysz, co robię. — Trzymając mnie cały czas na muszce pozbierał pozostałe lampy i cisnął je w ślad za pierwszą.
Krawędź koła zaczęła się gwałtownie palić, a ja widziałem, jak malowidła, moje sześćdziesiąt Mona Lis, zajmują się powoli, marszczą i obracają w bezwartościowy popiół.
— Jesteś szalony! — usiłowałem przekrzyczeć trzask płomieni. — Nie zdajesz sobie sprawy, co zrobiłeś.
— Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem, signor — odpowiedział spokojnie Mario. — Zniszczyłem pornograficzne świństwo.