123877.fb2 Jak odkryto Morniela Mathawaya - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 2

Jak odkryto Morniela Mathawaya - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 2

Żaden z nas nie wiedział, o co chodzi, więc pozostawiliśmy to bez odpowiedzi. Podniosłem się z krzesła i stanąłem obok Morniela, czując niejasno, że lepiej trzymać się czegoś znanego.

I przez chwilę wszyscy staliśmy bez ruchu. Osobliwa scena.

„Rok 2487” — pomyślałem sobie. W życiu nie widziałem kogoś tak ubranego. Co więcej, nigdy nie wyobrażałem sobie, że ktoś może być tak ubrany, a moja wyobraźnia potrafi wywijać koziołki. To ubranie nie było całkiem przezroczyste, a jednak nie całkiem zasłaniało. Można by je nazwać pryzmatycznym, bo wciąż lśniły na nim różne kolory przeskakujące po frędzlach. Musiała w tym być jakaś prawidłowość, ale na pewno nie taka, którą mógłbym dostrzec i rozpoznać.

A sam człowiek, ów pan Glescu, był tego samego wzrostu co Morniel i ja, i nie wyglądał na dużo starszego. Ale było w nim coś — nie wiem, można by to nazwać klasą, autentyczną, olbrzymią klasą — co zmusiłoby do posłuchu księcia Wellingtona. Dobrze wychowany, może o to tu chodziło. W takim razie był najlepiej wychowanym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem.

Zrobił krok naprzód.

— A teraz — rzekł głębokim, cudownie brzmiącym głosem — jak każe dwudziestowieczny obyczaj, podamy sobie dłonie.

Tak więc, jak każe dwudziestowieczny obyczaj, podaliśmy mu dłonie. Najpierw Morniel, potem ja — obydwaj bardzo ostrożnie. Pan Glescu podawał nam rękę bardzo niezgrabnie, co przywiodło mi na myśl farmera z Iowy, który pierwszy raz w życiu je pałeczkami.

Po skończonej ceremonii stanął naprzeciw nas, cały promieniejąc. Choć bardziej w stronę Morniela niż moją.

— Co za chwila, prawda? — westchnął. — Co za wspaniała chwila!

Morniel nabrał powietrza w płuca i już wiedziałem, że na coś się przydało nagabywanie facetów od reklamy, którzy wyskakiwali ci przed nosem na schodach i proponowali usunięcie wyrostka. Przychodził do siebie, jego umysł znów zaczynał pracować.

— Pan powiedział „co za chwila”? — zainteresował się. — A cóż w niej takiego nadzwyczajnego? Czy pan może wy-wynalazł podróże w czasie?

Pan Glescu roześmiał się serdecznie.

— Ja? Podróż w czasie? Ach, nie. Nie, nie! Podróż w czasie wynalazła Antoinette Ingeborg, ale to jeszcze wasza przyszłość. Nie warto wchodzić w szczegóły, zwłaszcza że mam tylko pół godziny.

— Dlaczego pół godziny? — spytałem nie dlatego, że byłem ciekaw; po prostu chciałem się włączyć do rozmowy.

— Tylko tak długo można utrzymać skindrom — wyjaśnił. — Skindrom jest to — hm, nazwijmy to urządzeniem transmisyjnym, które umożliwia mi ukazanie się w waszym czasie. Wymaga to takiego wydatku energii, że podróż w przeszłość odbywa się tylko raz na pięćdziesiąt lat. Ten przywilej przyznaje się jako coś w rodzaju Gobla. Chyba dobrze powiedziałem. To jest Gobel, tak? Taka nagroda w waszych czasach.

— Nie chodzi panu przypadkiem — błysnęła mi myśl — o Nobla? Nagrodę Nobla?

Przytaknął mi entuzjastycznie.

— Tak jest! Nagroda Nobla! Taka podróż jest przyznawana wyróżniającym się naukowcom, jako rodzaj nagrody Nobla. Co pięćdziesiąt lat człowiek wybrany przez gardunax jako najwybitniejszy i tak dalej. Do tej pory oczywiście zawsze dostawał ją jakiś historyk, no i marnowali ją na oglądanie oblężenia Troi, pierwszego wybuchu atomowego w Los Alamos, odkrycia Ameryki, takie tam. Ale w tym roku…

— Tak? — ponaglił go Morniel drżącym głosem. Nagle obaj przypomnieliśmy sobie, że pan Glescu znał jego nazwisko. — A jaką dziedziną nauki pan się zajmuje?

Pan Glescu lekko skłonił głowę.

— Jestem krytykiem sztuki. Moja specjalność to historia sztuki. A w dziedzinie historii sztuki zajmuję się…

— Czym!? — prawie krzyknął Morniel, a głos mu autentycznie dygotał. — Czym pan się zajmuje?

Znów lekkie skinienie głową.

— Panem, panie Mathaway. W moich czasach, mogę to bez obawy powiedzieć, jestem największym żyjącym autorytetem w dziedzinie życia i twórczości Morniela Mathawaya. Zajmuję się właśnie panem.

Morniel zbladł. Po omacku doszedł do łóżka i usiadł ostrożnie, jakby był z porcelany. Kilka razy otworzył i zamknął usta i wyglądało na to, że nie może wydobyć z siebie ani słowa. Wreszcie przełknął ślinę, zacisnął pięśći i wziął się w garść.

— Czy… czy chce pan powiedzieć — udało mu się w końcu wymamrotać — że jestem sławny? Tak sławny?

— Sławny? Mój drogi panie, pan jest więcej niż sławny. Jest pan jednym z nieśmiertelnych, których wydł rodzaj ludzki. Jak to ująłem — dość trafnie, jeśli wolno mi tak powiedzieć — w swojej ostatniej książce zatytułowanej „Mathaway — człowiek, który ukształtował przyszłość”: „Jakże rzadko zdarzało się pojedynczym ludzkim wysiłkom…”

— Aż taki sławny. — Jasna bródka trzęsła mu się jak u dziecka, które gotowe jest rozpłakać się. — Taki sławny!

— Taki sławny — potwierdził pan Glescu. — Kto rozpoczął epokę współczesnego malarstwa jaśniejącego w całej swej krasie? Czyje wzory i specyficzne łączenie kolorów zdominowały architekturę na przestrzeni ostatnich pięciu wieków, kto jest odpowiedzialny za układ naszych miast, za kształt każdego dzieła sztuki, za samą tkaninę naszych ubrań!

— Czyżbym ja? — spytał słabo Morniel.

— Pan! Żaden inny człowiek na przestrzeni wieków nie wywarł tak wielkiego wpływu na wzornictwo ani na żadną inną dziedzinę sztuki przez tak długi okres czasu! Z kimże mam pana porównać? Do którego artysty z przeszłości mógłbym pana porównać?

— Rembrandt? — podsunął nieśmiało Morniel. Wyraźnie starał się mu pomóc. — Da Vinci?

— Rembrandt i da Vinci w jednym rzędzie z panem? — Pan Glescu zaśmiał się pogardliwie. Ależ to śmieszne! Gdzież im do pańskiej wszechstronności, rozsmakowania w wymiarze kosmicznym, wyczucia wszechogarniania. Nie, żeby znaleźć godne pana porównanie, trzeba by wyjść poza malarstwo, może w stronę literatury. Może Szekspir ze swoim rozmachem, poezją pobrzemiewającą dźwiękiem organów, z jego przeogromnym wpływem na późniejszy język — ale chyba nawet Szekspir, obawiam się, że nawet Szekspir… — Potrząsnął smutnie głową.

— Och! — jęknął Morniel Mathaway.

— Skoro o Szekspirze mowa — wtrąciłem — czy zna pan przypadkiem poetę nazwiskiem David Dantziger? Czy dużo jego dzieł się ostało?

— Czy to pan?

— Tak — wpatrzyłem się błagalnie w człowieka z roku 2487. — To ja, David Dantziger.

Zmarszczył czoło.

— Chyba sobie nie przypominam… Do której ze szkół poetyckich pan należy?

— Hm, różnie to nazywają. Najczęściej antyimażyści. Tak, antyimażyści albo postimażyści.

— Nie — odrzekł pan Glescu po któtkim namyśle. — Jedynym poetą, jakiego pamiętam z tego czasu i tej części świata, jest Peter Tedd.

— A któż to jest Peter Tedd? Nigdy o takim nie słyszałem.

— Widocznie jeszcze nie odkryto jego talentu. Ale proszę pamiętać, że jestem krytykiem sztuki, a nie literatury. Jest całkiem możliwe — mówił dalej, aby mnie pocieszyć — że jeśli wspomniałby pan swoje nazwisko specjaliście z dziedziny pomniejszych poetów dwudziestowiecznych, potrafiłby on bezbłędnie umiejscowić pana w czasie. Całkiem możliwe.

Spojrzałem na Morniela, który szczerzył do mnie zęby, siedząc na łóżku. Już całkiem ochłonął i zaczynał powoli rozumieć swoją sytuację. Całą tę sytuację. Swoje własne położenie. Moje.

Uznałem, że nienawidzę każdego kawałka jego parszywego ciała.

Dlaczego to musiał być ktoś taki jak Morniel Mathaway, do którego tak szczęśliwie uśmiechnął się los? Tylu było malarzy, a przy tym przyzwoitych ludzi, a tu masz, ten chełpliwy próżniak.

A przez cały czas moje myśli krążyły wokół jednego. To tylko dowodzi, powtarzałem sobie, że potrzebna jest perspektywa historii, aby cokolwiek w sztuce odpowiednio ocenić. Wystarczy pomyśleć o wszystkich, którzy należeli w swoich czasach do grubych ryb, a dziś są zapomniani — na przykład ten współczesny Beethovenowi: dopóki żył, uważano go za wielkiego człowieka, a dziś jego nazwisko jest znane tylko muzykologom. No, ale…

Pan Glescu popatrzył na palec wskazujący prawej dłoni, gdzie bezustannie pulsowała mu czarna plamka.

— Zostało mi mało czasu — odezwał się. — I choć jest to dla mnie niewypowiedziany zaszczyt stać w pańskiej, panie Mathaway, pracowni i widzieć pana we własnej osobie, pragnę zapytać, cze nie spełniłby pan mojego maleńkiego życzenia?

— Jasne — zgodził się Morniel, wstając z łóżka. — Proszę mówić. Dla pana nic nie będzie zbyt szczodre. Czego pan sobie życzy?