123877.fb2
— Tak sobie myślę… Z pewnością nie będzie to panu przeszkadzać… Czy pozwoliłby mi pan rzucić okiem na płótno, nad którym pan w tej chwili pracuje? Ta myśl, że ujrzę dzieło Mathawaya w nie ukończonym stanie, jeszcze mokre od farby… — Zamknął oczy, jakby nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Morniel skłonił się dwornie i podszedł do sztalug. Zerwał zasłonę.
— Mam zamiar to nazwać… — głos zrobił mu się głęboki, niczym Wielki Kanion — … „Figurynki w desenie, nr 29”.
Smakując powoli tę chwilę, pan Glescu otworzył oczy i pochylił się do przodu.
— Ależ… — szepnął po dłuższej chwili. — To chyba nie jest pańskie dzieło, panie Mathaway?
Morniel obrócił się zdumiony i przyjrzał się malowidłu.
— Wszystko w porządku, to mój obraz. „Figurynki w desenie, nr 29”. Poznaje pan?
— Nie — zaprzeczył markotnie pan Glescu. — Nie poznaję. Ale za to właśnie — ożywił się — jestem panu ogromnie wdzięczny. Czy mógłbym zobaczyć coś jeszcze? Coś z późniejszego okresu?
— To namalowałem ostatnio — wyznał Morniel trochę niepewnie. — Cała reszta jest wcześniejsza. O, może to się panu spodoba? — Zdjął jeden obraz ze stojaków. — Nazwałem to „Figurynki w desenie, nr 22”. Wydaje mi się, że z mojego wczesnego okresu ten jest najlepszy.
Pan Glescu zadrżał.
— To wygląda jak plamy farby namazane na innych plamach.
— Tak jest! To właśnie nazywam „plama na plamie”. Ale pan pewnie wszystko to wie, będąc takim autorytetem w mojej dziedzinie. A oto „Figurynki w desenie, nr…”
— Czy nie mógłby pan zostawić w spokoju tych… tych figurynek? — zawołał błagalnie pan Glescu. — Chciałbym ujrzeć któreś z pańskich kolorowych dzieł. Pełnych barw i form!
Morniel podrapał się po głowie.
— Właściwie to nie malowałem od dawna nic kolorowego. A, zaraz! — Rozjaśnił się i zaczął szukać z tyłu stojaka. Wyciągnął jakieś stare płótno. — Zachowałem je jako jedno z niewielu z okresu „różowych cętek”.
— Jak to się stało? — wymamrotał raczej do siebie pan Glescu. — To z całą pewnością… — Wzruszył ramionami aż do uszu w sposób znany każdemu, kto widział krytyka sztuki w akcji. Po takim wzruszeniu ramionami nie potrzeba słów. A jeśli to ty namalowałeś obraz, na który akurat patrzy, to nawet nie chciałbyś słów.
Morniel zaczął gorączkowo wyciągać obrazy. Pokazywał je panu Glescu, który krztusił się, jakby zbierało mu się na nudności; potem wyciągał następne obrazy.
— Nic nie rozumiem — rzekł boleśnie pan Glescu, patrząc na podłogę zasłaną płótnami rozpiętymi na drewnianych ramach. — Najwyraźniej to było przed tym, jak odkrył pan swój talent i swoją prawdziwą technikę. Ale szukam jakiegoś znaku, wzkazówki tego przyszłego geniusza. I widzę… — Pokręcił bezradnie głową.
— A ten? — spytał Morniel, ciężko dysząc.
Pan Glescu odepchnął go z całej siły.
— Proszę, niech pan to zabierze! — Znów spojrzał na swój palec. Zauważyłem, że ta czarna plamka pulsuje znacznie wolniej.
— Muszę niedługo wracać — powiedział. — Ale wciąż nic nie rozumiem. Coś panom pokażę.
Wszedł do purpurowej skrzyni i przyniósł jakąś książkę. Zaprosił nas ruchem ręki. Morniel i ja stanęliśmy za jego plecami, zaglądając mu przez ramię. Kartki dziwnie dzwoniły przy odwracaniu. Jedno było pewne — nie zrobiono ich z papieru. A na stronie tytułowej…
„Malarstwo Morniela Mathawaya (1928-1996)”.
— Urodziłeś się w roku 1928? — spytałem gwałtownie.
Morniel skinął głową.
— 23 maja 1928 roku. — I zamilkł. Wiem, o czym myślał i zrobiłem szybkie obliczenia. Sześćdziesiąt osiem lat. Niewielu ludziom dane jest wiedzieć dokładnie, ile jeszcze mają czasu. Sześćdziesiąt osiem lat. Nie najgorzej.
Pan Glescu pokazał pierwszą reprodukcję.
Nawet teraz, gdy sobie przypomnę, jak to pierwszy raz ujrzałem, kolana mi się uginają. Była to barwna abstrakcja, ale taka, jakiej w życiu sobie nie wyobrażałem. Jak gdyby wszystkie dzieła wszystkich dotychczasowych abstrakcjonistów były tylko próbką na poziomie przedszkola.
To się musiało podobać — chyba że ktoś nie miał oczu — niezależnie od tego, czy do tej pory cenio się tylko malarstwo realistyczne; nawet niezależnie od tego, czy w ogóle ktoś się interesował malarstwem jakiejkolwiek szkoły.
Nie mam skłonności do rozrzewniania się, ale naprawdę poczułem, że mam łzy w oczach. Każdy, kto choćtrochę był wrażliwy na piękno, musiał zareagować w ten sam sposób.
Każdy, ale nie Morniel.
— Aa, coś takiego — rzekł, jak gdyby nagle go oświeciło. — Dlaczego pan nie powiedział, że o to panu chodzi?
Pan Glescu zacisnął dłoń na brudnej koszuli Morniela.
— Chce pan powiedzieć, że i takie obrazy pan ma?
— Nie obrazy — obraz. Tylko jeden. Zrobiłem go w ubiegłym tygodniu, jako coś w rodzaju eksperymentu, ale efekt mi się nie całkiem podobał, więc dałem go jednej dziewczynie z dołu. Chce pan rzucić okiem?
— O, tak! Bardzo, bardzo!
Morniel wziął książkę i rzucił niedbale na łóżko.
— Dobrze — powiedział. — Więc chodźmy. Nie zajmie nam to dużo czasu.
Kiedy schodziliśmy po schodach, targały mną sprzeczne uczucia. Jednego byłem pewien — jak tego, że William Szekspir żył przed Charlesem Dickensem — nic, co Morniel do tej pory zrobił, ani co zrobiłby kiedykolwiek, nie było w stanie zbliżyć się na odległość miliona lat estetycznych do reprodukcji z tej książki. A mimo całej jego chełpliwości, mimo jego — zdawałoby się — bezgranicznego zadufania, byłem pewien, że on także o tym wiedział.
Zatrzymał się przed drzwiami dwa piętra niżej i zapukał do nich. Nikt nie odpowiedział. Poczekał parę chwil i zapukał znowu. Bez skutku.
— Do licha — mruknął. — Nie ma jej w domu. A tak chciałem, żeby ten pan zobaczył.
— Bardzo chcę to zobaczyć — pan Glescu zapewnił go gorąco. — Chcę ujrzeć cokolwiek, co by przypominało pańskie dojrzałe prace. Ale czas tak szybko ucieka…
Morniel strzelił palcami.
— Wie pan co? Anita ma parę kotów, które karmię, kiedy jej nie ma, więc dała mi klucz do swojego mieszkania. Może skoczę na górę i przyniosę go?
— Świetnie! — zawołał pan Glescu uszczęśliwiony, rzucając okiem na swój palec. — Ale proszę się pospieszyć.
— Zaraz wracam.
I wówczas, gdy Morniel skręcał w stronę schodów, nasze oczy się spotkały. I dał mi ten sygnał, ten, którego używaliśmy, kiedy szliśmy na „zakupy”. Znaczył on: „Rozmawiaj z nim. Zajmij jego uwagę”.
Zrozumiałem. Książka. Zbyt często widziałem Morniela w akcji, żeby nie wiedzieć, iż niedbały gest rzucenia jej na łóżko był wszystkim, tylko nie niedbałym gestem. Po prostu położył ją tam, gdzie mógł ją szybko znaleźć, gdy będzie mu potrzebna. Poszedł na górę schować ją w jakiejś nieprawdopodobnej skrytce i kiedy pan Glescu będzie musiał wracać do swojego czasu — cóż, będzie nieosiągalna.