124099.fb2
– Obmacałem, panie kapitanie. Nie ma.
– Czy mogę spuścić ręce? - spytałem spod ściany. - Bo mi zasypiają.
– Mhm - skinął oficer, wydmuchując nozdrzami dym. - Nie! Czekać! - dorzucił.
Podszedł do mnie, kołysząc się w biodrach. Do pasa miał przytroczony cały pęk złotych pierścionków na sznurku. Niezwykle realistyczne! - pomyślałem.
– Gdzie ci inni? - spytał.
– Mnie pan pyta? Wyhalucynowali się przez klapę. A zresztą pan to i tak wie.
– Pomieszany, panie kapitanie. Niech się nie męczy - rzekł ten z wąsikiem i odciągnął bezpiecznik przez plastykową osłoną.
– Nie tak - rzekł oficer. - Będzie dziura w worku, skąd weźmiesz inny, durniu? Nożem go.
– Jeśli mogę się wtrącić, wolałbym jednak kulę - zauważyłem, nieznacznie opuszczając ręce.
– Kto ma nóż?
Zaczęli szukać. Oczywiście okaże się, że go nie mają! - rozważałem. - Za prędko by się to skończyło. Oficer cisnął niedopałek na beton, rozgniótł go z niesmakiem końcem płetwy, splunął i rzekł:
– Kończyć go. Idziemy.
– Tak, bardzo proszę! - powtórzyłem skwapliwie.
Zbliżyli się do mnie, zaintrygowani.
– Co ci tak spieszno na tamten świat, gringo? Patrzcie wieprza, jak się doprasza! A może mu tylko urżnąć palce i nos? - próbowali jeden przez drugiego.
– Nie, nie! Proszę od razu, panowie! Bez litości, śmiało! - zachęcałem ich.
– Pod wodę! - zakomenderował oficer. Spuścili na twarze maski z czół, oficer rozpiął pas zewnętrzny, dobył z wewnętrznej kieszeni płaski rewolwer, dmuchnął w lufę, podrzucił broń jak kowboj w kiepskim filmie i strzelił mi w plecy. Paskudny ból prześwidrował klatkę piersiową. Zacząłem się osuwać po ścianie; złapał mnie za kark, wykręcił twarzą do góry i strzelił raz jeszcze z tak bliska, że oślepił mnie ogień wylotowy. Huku nie usłyszałem, bo straciłem przytomność. Byłem potem w zupełnym mroku, dusząc się, bardzo długo, coś targało mną, podrzucało, mam nadzieję, że ani ambulans, ani helikopter - myślałem, potem zrobiło się, w tym mroku, jeszcze ciemniej, i nawet owa ciemność rozpuściła się w końcu, tak że nie zostało już nic.
Gdy otwarłem oczy, siedziałem na schludnie posłanym łóżku, w pokoju o wąskim oknie, z szybą zamalowaną białym lakierem; patrzałem tępo na drzwi, jak gdyby na coś czekając. Nie miałem pojęcia, ani gdzie jestem, ani skąd się tu wziąłem. Na nogach miałem płaskie trepy, na sobie - pasiastą piżamę. Dobrze, że choć coś nowego - przemknęło mi - jakkolwiek nie zapowiada się to nazbyt ciekawie. Drzwi uchyliły się. Stał w nich, otoczony gromadką młodych ludzi w białych płaszczach szpitalnych, krępy brodacz z siwą, szczotkowatą czupryną, w złotych okularach. W ręku trzymał gumowy młotek.
– Ciekawy przypadek - rzekł. - Bardzo ciekawy, proszę kolegów. Pacjent ten uległ zatruciu znaczną dawką halucynogenów cztery miesiące temu. Działanie ich ustąpiło już od dawna, lecz on nie potrafi w to uwierzyć i nadal uważa wszystko, co dostrzega, za objaw halucynatoryczny. W aberracji swej posunął się tak daleko, że sam prosił żołnierzy generała Diaza, którzy uciekali kanałami z zajętego pałacu, aby go rozstrzelali, ponieważ liczył na to, że śmierć będzie w samej rzeczy przebudzeniem z omamów. Został uratowany dzięki trzem bardzo poważnym zabiegom - usunięto mu dwie kule z komór sercowych - i uznał, że nadal halucynuje.
– Czy to jest schizofrenia? - cienkim głosem spytała niska studentka, która, nie mogąc się przepchać przez stłoczonych kolegów, stawała na palcach, aby zobaczyć mnie ponad ich barkami.
– Nie. Jest to psychoza reaktywna o nowej postaci, wywołanej, niewątpliwie, zastosowaniem tych fatalnych środków. Wypadek zupełnie beznadziejny; tak źle rokujący, że zdecydowaliśmy się poddać go witryfikacji.
– Doprawdy? Panie profesorze! - studentka nie posiadała się z zainteresowania.
– Tak. Jak wiecie, przypadki beznadziejne można już obecnie zamrażać w płynnym azocie na okres od czterdziestu do siedemdziesięciu lat. Każdy taki pacjent zostaje umieszczony w hermetycznym pojemniku, rodzaju naczynia Dewara, z dokładnym opisem historii choroby; w miarę nowych odkryć i postępów medycyny podziemia, w których przechowuje się tych ludzi, podlegają remanentom, i wskrzesza się każdego, któremu już można pomóc.
– Czy pan się chętnie godzi na to, aby zostać zamrożonym? - spytała mnie studentka, wetknąwszy głowę między dwu rosłych studentów. Oczy jej płonęły naukową ciekawością.
– Nie rozmawiam z przywidzeniami - odparłem. - Najwyżej mogę powiedzieć, jak pani na imię. Halucyna.
Gdy zamykali drzwi, słyszałem jeszcze głos studentki, która mówiła: - Zimowy sen! Witryfikacja! To przecież podróż w czasie, jak romantycznie! - Nie podzielałem jej zdania, lecz cóż mi pozostawało nad poddanie się fikcyjnej zewnętrzności? Pod wieczór następnego dnia dwaj pielęgniarze zaprowadzili mnie do sali operacyjnej, w której stał szklany basen, dymiący parami tak lodowatymi, że od ich powiewu ścinało dech. Dostałem moc zastrzyków, potem, ułożonego na stole operacyjnym, napojono mnie przez rurkę słodkawym przezroczystym płynem - gliceryną, jak mi wyjaśnił starszy pielęgniarz. Był dobry dla mnie. Nazywałem go Halucjanem. Gdy zasypiałem już, pochylił się nade mną, żeby mi jeszcze krzyknąć do ucha: - Szczęśliwego przebudzenia!
Nie mogłem mu ani odpowiedzieć, ani nawet palcem ruszyć. Przez cały czas - tygodniami! - obawiałem się pośpiechu z ich strony - że mnie wrzucą do basenu, nim stracę przytomność. Widać jednak pospieszyli się zbytnio, ponieważ ostatnim dźwiękiem tego świata, jaki doszedł mych uszu, był plusk, z którym ciało moje wpadło do płynnego azotu. Przykry dźwięk.
*
Nic.
*
Nic.
*
Nic, ale to zupełnie nic.
*
Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.
*
Nie ma nic - mnie też nie.
*
Jak długo jeszcze? Nic.
*
Jak gdyby coś, chociaż to niepewne. Muszę się skoncentrować.
*
Coś, ale bardzo niewiele tego. W innych okolicznościach uznałbym, że nic.
*
Lodowce białe i błękitne. Wszystko jest zrobione z lodu. Ja też.
Ładne te lodowce, gdyby tylko nie było tak cholernie zimno.
*
Igły lodowe i śniegowe kryształki. Arktyka. Kra w gębie. Szpik w kościach? Jaki tam szpik - czysty, przezroczysty lód. Jest lodowaty i sztywny.
*