124151.fb2 Ksi??yc ?owcy - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 1

Ksi??yc ?owcy - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 1

Oba słońca zniknęły już za horyzontem. Widniejące na zachodzie góry stały się już falą czerni, nieruchomą, jak gdyby dotknął ich i zmroził chłód Zaświatu, gdy jeszcze się wznosiły na pierwszą morską przeszkodę po drodze ku Obietnicy; ale niebo nad nimi stało purpurowe, ukazujące jedynie pierwsze gwiazdy i dwa małe księżyce, srebrzyste sierpy w ochrowej obwódce, niczym sama Obietnica. Na wschodzie niebo pozostało jeszcze błękitne. Tutaj, niewysoko ponad oceanem, Ruii jaśniał nieomal pełnym blaskiem. Jego pasy błyszczały na tle karmazynowej poświaty. Pod nią drżały wody — świadectwo wiatru.

A’i’ach też czuł wiatr, chłodny i szemrzący. Odpowiadał mu najdrobniejszym włoskiem swego ciała. Potrzebował zaledwie niewielkiego popchnięcia, by utrzymywać stały kurs; wysiłek ten starczał, by dać poczucie własnej siły i jedności ze swym Rojem oraz kierunkiem i celem drogi. Otaczały go kuliste ciała towarzyszy, jarzące się lekko, nieomal zasłaniające mu widok ziemi, nad którą płynęli; był spośród nich najwyżej. Ich zapach życia stłumił wszystkie inne niesione przez wiatr, słodkie i mocne, i brzmiał ich wspólny śpiew, stugłosowego chóru, aby dusze ich mogły się połączyć i stać jednym Duchem, przedsmakiem tego, co oczekiwało ich na dalekim zachodzie. Dziś wieczorem, gdy P’a przejdzie przez tarczę Ruii, powróci Czas Blasku. Już się wszyscy na to cieszyli.

Tylko A’i’ach nie śpiewał ani się nie zatracił w marzeniach o ucztowaniu i miłości. Był zbyt świadom tego, co niesie. To, co ludzie przyczepili do jego ciała, ważyło bardzo niewiele, ale przepełniało mu duszę czymś ciężkim i surowym. Cały Rój wie­dział o niebezpieczeństwie napaści i wielu ściskało broń: kamienie do rzucania lub za­ostrzone gałęzie, które opadają z drzew ii — w mackach falujących pod kulami ich ciał. A’i’ach miał stalowy nóż — zapłatę ludzi za zgodę na obciążenie jego ciała. Jednak nie było to w naturze Ludu, by obawiać się czegoś, co może grozić im w przyszłości. A’i’ach czuł osobliwe zmiany spowodowane tym, co działo się wewnątrz niego.

Wiedza ta przyszła, sam nie był pewien jak, ale wystarczająco powoli, by go nie zaskoczyć. Jednak zamiast tego przepełniła go zawziętość. Gdzieś w tych górach i lasach znajdowała się Bestia nosząca tę samą broń co on, znajdująca się w nikłym kontakcie typu rojowego — z człowiekiem. Nie potrafił odgadnąć, co to może zwiastować, z wyjątkiem jednego: jakieś kłopoty dla Ludu. Pytanie ludzi o to mogło być nierozsądne. Dlatego też postanowił zrobić rzecz obcą jego rasie: postanowił, że sam usunie tę groźbę.

Ponieważ oczy miał umieszczone w dolnej połowie ciała, nie widział przedmiotu umocowanego na szczycie ani bijącego z niego światła. Jego towarzysze mogli to jednak zobaczyć, więc kazał sobie wszystko pokazać, nim zgodził się to ponieść. Światło było słabe, widoczne tylko w nocy, a i to jedynie na ciemnym tle, będzie więc szukał błysku wśród cieni na powierzchni ziemi. Prędzej czy później zobaczy go. Okazja była po temu nie najgorsza teraz, o Czasie Blasku, gdy Bestie wyruszą, by zabijać Lud, o czym wiedziały, licznie zgromadzony na rozkosze.

A’i’ach zażądał noża jako ciekawostki, która może się przydać. Chciał schować go w gałęziach drzewa, by z nim poćwiczyć, gdy przyjdzie mu na to ochota. Czasem któraś z Osób wykorzystywała znaleziony przedmiot, na przykład ostry kamień, do jakichś doraźnych celów, aby na przykład otworzyć strąk grzebienio-kwiatu i wypuścić przepyszne nasionka. Może za pomocą noża będzie mógł robić narzędzia z drewna i mieć ich kilka w zapasie.

Zastanowiwszy się nad tym, A’i’ach skonstatował, do czego naprawdę służy ostrze. Mógł uderzać z powietrza, póki Bestia nie zginie… nie, póki nie zginie ta bestia.

A’i’ach polował…

* * *

Kilka godzin przed zachodem słońca Hugh Brocket i jego żona, Jannika Rezek, przygotowywali się do nocnej pracy, gdy zjawiła się Chrisoula Gryparis, mocno spóźniona. Burza najpierw zmusiła samolot do lądowania w Enrique, a potem, złośliwie prąc na zachód, zmusiła go do zatoczenia szerokiego łuku w czasie lotu do Hansonii. Nawet nie spostrzegła Oceanu Pierścieniowatego i przeleciała dobre tysiąc kilometrów w głąb lądu, po czym musiała skręcić na południe i wrócić tyle samo, by dotrzeć do ich wielkiej wyspy.

— Port Kato wygląda ogromnie odludnie z powietrza — zauważyła.

Choć z silnym obcym akcentem, jej angielski — język uzgodniony jako wspólny na tej stacji — był płynny; między innymi dlatego znalazła się tutaj, by zbadać możliwości znalezienia jakiegoś zajęcia.

— Bo jest odludny — oświadczyła Jannika, z własnym obcym akcentem. — Kilkunastu naukowców, może dwa razy tylu praktykantów i parę osób personelu pomocniczego. Dlatego też będziesz tu szczególnie mile widziana.

— Co, czyżbyście się czuli osamotnieni? — zdziwiła się Chrisoula. — Można przecież rozmawiać z każdym po stronie przyplanetarnej, kto ma holokom?

— Owszem albo polecieć do miasta służbowo lub na urlop czy przy innej oka­zji — włączył się Hugh. — Ale choć obraz jest stereoskopowy, a dźwięk plastyczny, jest to tylko obraz. Nie można go przecież zabrać na drinka po rozmowie? Co do wyjazdów zaś, to po nich zawsze się jednak wraca do tych samych twarzy. Placówki naukowe stają się coraz bardziej wyalienowane towarzysko. Sama zobaczysz, gdy tu przyjedziesz. Ale nie chciałbym — dodał pośpiesznie — byś odniosła wrażenie, że cię zniechęcam. Jan ma rację, będziemy szczęśliwi, gdy zjawi się tu ktoś nowy.

Jego obcy akcent wynikał z życiorysu. Język ojczysty — angielski; Hugh jednak był Medeańczykiem w trzecim pokoleniu, co oznaczało, że jego dziadkowie opuścili Amerykę Północną tak dawno temu, iż język zmienił się podobnie jak wszystko inne. Chrisoula zresztą nie była w tym wszystkim zorientowana, skoro laserowa wiązka biegła z Ziemi na Kolchidę prawie pięćdziesiąt lat, a statek, którym tu przyleciała, uśpiona i nie starzejąca się, był o wiele wolniejszy…

— Tak, z Ziemi! — W głosie Janniki słychać było radość. Chrisoula drgnęła.

— Gdy odlatywałam, na Ziemi było nieciekawie. Może później sytuacja się polepszyła. Proszę was, chętnie porozmawiam o tym później, ale teraz chciałabym się zająć przyszłością.

Hugh poklepał ją po ramieniu. Pomyślał, że Chrisoula jest dość ładna; z pewnością nie dorównywała Jan (niewiele zresztą kobiet mogło się z nią równać), ale gdyby ich znajomość miała rozwinąć się w kierunku łóżka, nie miałby nic przeciwko temu. Zawsze jakaś odmiana.

— Dziś jakoś szczególnie ci się nie wiodło, co? — mruknął. — Najpierw to opóźnienie, póki Roberto… to znaczy dr Venosta nie wróci z obserwacji w terenie, a dr Feng z Ośrodka, dokąd pojechał z próbkami…

Miał na myśli głównego biologa i głównego chemika. Specjalnością Chrisouli była biochemia; wszyscy mieli nadzieję, że skoro dopiero co przybyła, i to ostatnim z nieczęsto przylatujących statków międzygwiezdnych, przyczyni się istotnie do wyjaśnienia życia na Medei.

Uśmiechnęła się.

— No, to zacznę od zapoznawania się z innymi, poczynając od was — dwojga miłych osób.

Jannika potrząsnęła głową.

— Przykro mi — rzekła — ale sami jesteśmy załatani; wkrótce wychodzimy i możemy nie wrócić przed świtem.

— To znaczy… kiedy? Za około trzydzieści sześć godzin? Tak. Czy to nie za długo jak na wyprawy w… jak to powiedzieć? W tak niesamowitym otoczeniu?

Hugh zaśmiał się.

— Taki jest los ksenologa, a oboje mamy tę specjalność — odparł. — Mmm… myślę, że przynajmniej ja znajdę trochę czasu, by pokazać ci to i owo, wprowadzić cię we wszystko i w ogóle sprawić, byś czuła się jak u siebie w domu.

Ponieważ Chrisoula przybyła w tym punkcie cyklu dyżurów, gdy większość ludzi jeszcze spała, skierowano ją do kwatery Hugha i Janniki, którzy wcześnie wstali, by przygotować się do wyprawy.

Jannika rzuciła mu ciężkie spojrzenie. Hugh był potężnie zbudowanym mężczyzną, który obliczał swój wiek na czterdzieści jeden lat ziemskich: krzepkiej budowy ciała, o trochę niezgrabnych ruchach, z zawiązującym się brzuszkiem; ostre rysy twarzy, jasne włosy, niebieskie oczy; ostrzyżony na krótko, gładko wygolony, ale niechlujnie ubrany w kurtkę, spodnie i wysokie buty, w stylu górników, wśród których się wychował.

— Ja nie mam czasu — oświadczyła. Hugh wykonał szeroki gest.

— Jasne, nie przeszkadzaj sobie, kochanie. — Ujął Chrisoulę pod łokieć. — Chodźmy się przejść.

Oszołomiona wyszła z nim z zagraconego baraku. Na podwórzu zatrzymała się i długo rozglądała dookoła, jak gdyby po raz pierwszy zobaczyła Medeę.

Port Kato był faktycznie niewielki. Aby nie zakłócać tutejszej ekologii takimi urządzeniami, jak oświetlenie ultrafioletowe nad poletkami uprawnymi, zaopatry­wał się we wszystko, co mu potrzebne, w starszych i większych osadach po stronie przyplanetarnej. Poza tym, choć znajdował się w pobliżu wschodniego skraju Hansonii, usytuowano go jednak kitka kilometrów w głąb lądu, na wzniesieniu, by zabezpieczyć się przeciwko przypływom Oceanu Pierścieniowatego, które potrafiły przybierać potworne rozmiary. W ten sposób przyroda otaczała i przygniatała grupę budowli ze wszystkich stron, gdziekolwiek by spojrzała… czy też słuchała, odczuwała powonieniem, dotykiem, smakiem, poruszeniem. Przy sile ciążenia nieco mniejszej niż na Ziemi jej chód był cokolwiek skoczny. Większa zawartość tlenu także dodawała energii, choć nie pozbyła się jeszcze związanego z tym podrażnienia błon śluzowych. Pomimo usytuowania w strefie tropikalnej powietrze było balsamiczne i niezbyt wilgotne, ponieważ wyspa leżała dość blisko strony odplanetarnej. Przesycały je najróżniejsze zapachy, z których tylko kilka z nich przypominało te, które znała, w rodzaju piżma czy jodu. Dźwięki też były obce; szelesty, tryle, skrzypienia, mamrotania, które gęsta atmosfera jeszcze bardziej wzmacniała.

Sama stacja miała obcy wygląd. Budynki wykonano z tutejszych materiałów, Według tutejszych projektów; nawet przetwornik energii promienistej nie przypo­minał niczego, co widziała na Ziemi. Zwielokrotnione cienie miały dziwny kolor; właściwie to w tym czerwonym świetle żaden kolor nie był taki jak zawsze. Drzewa wznoszące się nad dachem miały niezwykłe kształty, a ich liście były zabarwione na różne odcienie oranżu, żółci i brązu. Między drzewami i wśród gałęzi śmigały niewielkie stworzenia. Pojawiające się co jakiś czas w powietrzu świecące pasma nie wyglądały na zwykły kurz.

Niebo miało głębokie barwy. Nieliczne chmurki otaczał delikatny róż i złocistość. Podwójne słońce Kolchida (nagle astronomiczna nazwa „Kastor C” wydała się zbyt sucha) skłaniało się ku zachodowi. Oba składniki gwiazdy świeciły tak nikłym blaskiem, że przez krótką chwilę mogła patrzeć na nie bezpiecznie gołym okiem. Fryksos znajdował się bez mała w największym kątowym odchyleniu od Helle.

Po przeciwnej stronie królowała na niebie Argo, jak zawsze na stale skierowanej ku jej stronie Medei. W tym miejscu planeta główna wisiała nisko na niebie; wierzchołki drzew skrywały częściowo spłaszczoną tarczę. Światło dnia rozjaśniało nieco jej czerwony żar, który z nadejściem nocy jeszcze się wzmocni. Mimo to Argo była olbrzymem, o wielkości pozornej piętnaście czy szesnaście razy większej niż Luna nad Ziemią. Subtelnie zabarwione pasma i plamy na jej tarczy, nieustannie zmieniające się, były chmurami większymi niż całe kontynenty oraz trąbami powietrznymi, z których każda mogłaby połknąć cały ten księżyc, na powierzchni którego stali.

Chrisoula zadrżała.

— Tu… uderza mnie — wyszeptała — bardziej niż gdziekolwiek, w Enrique czy… podczas lądowania, że trafiłam do innego miejsca we Wszechświecie.

Hugh objął ją ręką w talii. Gładkie słowa zawsze przychodziły mu z trudnością, więc powiedział po prostu:

— Bo tu 001 jest inaczej. Właśnie dlatego istnieje Port Kato: by badać szczegółowo obszar, który przez jakiś czas był izolowany. Mówi się, że przesmyk między Hansonią i resztą lądu zniknął dopiero piętnaście tysięcy lat temu. W każdym razie tutejsi dromidzi nigdy nie słyszeli o ludziach, zanim my się tu zjawiliśmy. Ouranidzi słyszeli jakieś plotki, co mogło mieć na nich pewien wpływ, ale niewielki.

— Dromidzi… ouranidzi… och! — Jako Greczynka natychmiast zrozumiała znaczenie tych terminów. — Fuksy i baloniki, prawda?

Hugh zmarszczył czoło.

— Proszę cię, to niezbyt miłe żarty, nie uważasz? Wiem, że w mieście często się tak o nich mówi, ale moim zdaniem obie rasy zasługują na godniejsze nazwy. Pamiętaj: to istoty inteligentne.

— Przepraszam.

Uścisnął ją lekko. — Nic się nie stało, Chris. Jesteś tu nowa. Kiedy po pytaniu zadanym Ziemi czeka się sto lat na odpowiedź…

— Tak. Zastanawiałam się, czy to warto: rozmieszczać kolonie tak daleko poza Układem Słonecznym, po to, by otrzymywać wiedzę naukową z takim opóźnie­niem.

— Masz w tej sprawie aktualniejsze dane niż ja.

— No więc… planetologia, biologia, chemia — wszystkie te nauki wypracowy­wały sobie nowe poglądy, gdy odlatywałam, a to dotyczyło każdej gałęzi wiedzy, od medycyny po regulację sejsmiczną. — Chrisoula wyprostowała się. — Może kolejnym etapem będzie wasz przedmiot, ksenologia? Jeśli potrafimy zrozumieć mózg nieczłowieka… nie, dwa mózgi na tym księżycu, a może nawet trzy, jeśli naprawdę istnieją tu dwa zupełnie odmienne typy ouranidów, jak słyszałam… — nabrała oddechu — no to wtedy może zyskamy szansę zrozumienia nas samych. — Wydawało mu się, że interesuje ją to naprawdę, że nie tylko stara się mu sprawić przyjemność, gdy mówiła dalej: — Czym wy się tu właściwie zajmujecie, ty i twoja żona? W Enrique mówili mi, że to coś zupełnie szczególnego.

— W każdym razie jest to w stadium eksperymentalnym. — Nie chcąc przedobrzyć zabrał rękę z jej talii. — To skomplikowana sprawa. Może raczej wolałabyś wycieczkę po naszej metropolii?