124151.fb2
Gdy Chrisoula milczała, Hugh nabrał oddechu do dłuższej wypowiedzi.
— Dokładnie mówiąc — ciągnął — Jan wychowuje „dzikiego” ouranida, ja zaś „dzikiego” dromida. Namówiliśmy ich do podłączenia im miniaturowych nadajników mnemoskopowych i pracujemy nad nimi, by rozwinąć nasze własne możliwości. Tego, co odbieramy i tłumaczymy, nie ma zbyt wiele. Nasze oczy i uszy dają nam znacznie więcej informacji. Ale są to dane szczególne, uzupełniające.
Jak to wygląda? Och, nasz tubylec ma przyklejony do głowy aparat wielkości guzika — o ile w przypadku ouranida można mówić o głowie. Energii dostarcza ogniwo rtęciowe. Aparat nadaje sygnał identyfikacyjny w paśmie radiowym; jego moc jest rzędu mikrowatów, ale wystarczy, by można było to odbierać. Transmisja danych potrzebuje oczywiście szerokiego pasma, nadajemy więc to wiązką ultrafioletową.
— Co takiego? — To zaskoczyło Chrisoulę. — Czy to nie jest niebezpieczne dla dromidów? Uczono mnie, że oni, podobnie jak większość zwierząt, muszą kryć się podczas wybuchów na słońcu.
— To promieniowanie ma moc bezpieczną, choćby z powodu ograniczeń energetycznych — odrzekł Hugh. — Oczywiście przekaz może się odbywać tylko w linii wzroku, na odległość kilku kilometrów w powietrzu. Przy tym tubylcy obu ras twierdzą, że potrafią wykryć fluorescencję gazu wzdłuż toru promieni. Choć oczywiście nie ujmują tego w tych słowach!
Tak więc Jan i ja polecimy osobnymi grawitolotami. Zawiśniemy tak wysoko, że nie będzie nas widać, drogą radiową włączymy nadajniki i „dostroimy się” do naszych obiektów za pomocą wzmacniaczy i komputerów. Jak już powiedziałem, do tej pory uzyskiwaliśmy bardzo ograniczone rezultaty; jest to wyjątkowo mało wydajna telepatia. Dziś wieczór planujemy zintensyfikować wysiłki, ponieważ zdarzy, się coś ważnego.
Nie zapytała od razu, co to będzie, ale zamiast tego powiedziała:
— A czy próbowaliście nadawania do tubylca zamiast odbioru?
— Co takiego? Nie, nikt jeszcze tego nie próbował. Po pierwsze, nie chcemy, by wiedzieli, że ich obserwujemy. To prawdopodobnie wpłynęłoby na ich zachowanie. Poza tym żadna z ras medeańskich nie dysponuje niczym, co choć trochę przypominałoby kulturę naukową. Wątpię, czy zrozumieliby, o co chodzi.
— Naprawdę? Przy ich wysokim poziomie metabolizmu powiedziałabym, że powinni myśleć szybciej od nas.
— Wydaje się, że tak jest, choć nie potrafimy tego zmierzyć, dopóki nie ulepszymy mnemoskopu, tak by umiał odczytywać myśli werbalnie. Do tej pory zidentyfikowaliśmy tylko wrażenia zmysłowe. Wróć tu za sto lat, to może ktoś ci odpowie na twoje pytanie.
Rozmowa stała się tak uczona, że Hugh z radością przyjął ukazanie się ouranida, które ją przerwało. Rozpoznał tego osobnika — samicę, pomimo tego, że była większa niż zazwyczaj: jej rozdęta wodorem kula osiągnęła pełne cztery metry średnicy. To spowodowało, że pokrywająca ją sierść stała się rzadka, tracąc swój perłowy połysk. Mimo to jednak miło było na nią patrzeć, jak przelatywała nad wierzchołkami drzew, w poprzek linii wiatru, a potem w dół. Z chwytnymi wiciami powiewającymi u dołu w różnych konfiguracjach, by ułatwić kierowanie odrzutowym poruszaniem się w powietrzu, nie zasługiwała właściwie na nazwę „latającej meduzy” — choć Hugh widywał zdjęcia ziemskich „żeglarzy portugalskich” i uważał, że są piękne. Potrafił zrozumieć sympatię, jaką ta rasa budziła w Jannice.
Wstał.
— Pozwól, że ci przedstawię jedną z tutejszych osobistości — rzekł do Chrisouli. — Niallah mówi trochę po angielsku. Jednakże nie spodziewaj się, że od razu zrozumiesz jej wymowę. Prawdopodobnie przyleciała na mały handelek, zanim wróci do swej grupy na dzisiejsze wielkie wydarzenie.
Chrisoula uniosła się z miejsca.
— Handelek? Wymiana?
— Aha. Niallah odpowiada na pytania, snuje opowieści, śpiewa pieśni, pokazuje manewry, cokolwiek zechcemy. W zamian za to musimy jej grać ludzką muzykę, zwykle Schonberga; szaleje za nim.
Przeskakując przez skałę Erakoum wyraźnie ujrzała Sarhoutha na tle Maurdudeka. Księżyc zbliżał się ku słonecznej pełni przechodząc przez czerwony żar planety. Jego tarcza niewielka wobec jej ogromu zdawała się mniejsza dla oczu niż, plama, która również pojawiła się w polu widzenia, a jego zimne światło nieomal zniknęło jakiś czas temu, gdy księżyc przechodził ponad jednym z pasów wyraźnie otaczających Mardudeka. Pasy owe po zmroku jaśniały; mędrcy, tacy jak Yasari, uważali, że odbijają one światło słoneczne.
Przez chwilę Erakoum zapatrzyła się w ten widok: kule poruszające się w bezkresnej przestrzeni po okręgach wewnątrz większych okręgów. Wierzyła, że sama zostanie mędrcem; ale nie będzie to wkrótce. Czekał ją jeszcze drugi okres rozrodczy, odrzucanie i pilnowanie drugiego segmentu, pomoc w opiece nad młodymi, które z niego wyjdą; a potem stanie się samcem, którego czekały obowiązki w zakresie poczęć, dopóki ta potrzeba tak samo nie zaniknie i nie nadejdzie czas spokoju.
Z ukłuciem bólu przypomniała sobie swój pierwszy, bezpłodny rozród. Segment chodził chwiejnie tu i tam przez jakiś czas, dopóki nie upadł i nie umarł, jak wiele innych, tak wiele. To Latacze spowodowały tę klątwę. Musiały to być one, jak przepowiedział prorok Illdamen. Ich nowa metoda lotu na zachód, gdy się zestarzeją, aby nigdy nie powrócić, zamiast opaść na ziemię i oddać jej, gnijąc, swe szczątki, jak tego sobie życzy Mardudek, z pewnością rozgniewała Czerwonego Strażnika. Na Lud nałożony został obowiązek odwetu za ten grzech przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy. Dowodem był fakt, że samice, które na krótko przed zapłodnieniem zabiły i zjadły Latacza, zawsze wydawały zdrowe segmenty, które przynosiły żywe potomstwo.
Erakoum przysięgła sobie, że dziś wieczór ona będzie taką właśnie samicą.
Zatrzymała się, by zaczerpnąć tchu i rozejrzeć się po okolicy. Tutaj urwiska stanowiły granice fiordu, w którym woda była o wiele spokojniejsza niż znajdujące się poza nią morze, i jaskrawo odbijała światło padające ze wschodu. Ciemna plama zdradzała obecność masy pływających wodorostów. Może to właśnie rośliny r lego rodzaju, w którym pączkują Latacze w swym ohydnym dzieciństwie? Z tej odległości Erakoum nie potrafiła tego stwierdzić. Czasem dzielni przedstawiciele jej rasy wyprawiali się na kłodach drewna usiłując dotrzeć do tych wylęgarni i zniszczyć je, ale nie udawało się im to i często ginęli w zdradliwych olbrzymich falach.
Na zachodzie wznosiły się poszarpane, pokryte lasem wzgórza, gdzie czaiła się ciemność. Na tle ich cieni tańczyły błyski złocistych iskier tysiącami, milionami na całym terenie. Były to ogniste pajączki. Przez ponad sto dni i nocy żyły jako jaja, a potem robaczki głęboko ukryte w podszyciu leśnym. Teraz zaś Sarhouth przechodził przez Mardudeka dokładnie tą drogą, na której tajemniczo się pojawiały. Wypełzały na powierzchnię, rozpościerały skrzydła, które im wyrosły, i ulatywały, świecące, by się rozmnażać.
Kiedyś zdawały się Ludowi tylko przyjemnym dla oczu widokiem. Potem pojawiła się konieczność zabijania Lataczy… a te gromadziły się stadami, by żerować na chmarach pajączków. Nisko zawieszone, nieostrożne w swych swawolach, dawały się łatwiej zaskoczyć niż zazwyczaj. Erakoum uniosła włócznię z grotem z obsydianu; pięć innych miała przytroczonych do grzbietu. Pewna liczba Osób spędziła ten dzień zastawiając sieci i pułapki, ale ona uważała to za niepraktyczne; Latacze to nie zwykły skrzydlaty łup. W każdym razie ona chciała cisnąć włócznią, strącić ofiarę i zatopić kły w jej drobnym ciele sama!
Noc wokół niej była pełna szelestów. Napawała się zapachem gleby, roślin, gnicia, nektaru, krwi, dążeń. Ciepło, jakie dawał Mardudek, przesączało się przez chłodny wietrzyk, omywając jej sierść. Na wpół dostrzeżone przemykające się kształty, na wpół słyszane szelesty w podszyciu to jej towarzysze. Nie zebrali się w jedną grupę, ale poruszali się wedle własnego uznania, trzymając się mniej więcej w zasięgu słuchu. Ktokolwiek pierwszy zobaczy lub zwietrzy Latacza, da znać gwizdem.
Erakoum znajdowała się dalej od swoich towarzyszy niż ktokolwiek inny. Pozostali obawiali się, że promień światła strzelający w górę z niewielkiej skorupy na jej grzbiecie zdradzi ich wszystkich. Ona zaś nie uważała tego za prawdopodobne, skoro niebieskawa poświata była tak nieznaczna. Człowiek zwany Hughem dobrze jej zapłacił w towarach wymiennych za noszenie tego talizmanu, gdy o to prosił, oraz za późniejsze omawianie z nią jej przeżyć. Co do niej, to odczuwała wówczas mroczny dreszcz, nie przypominający niczego, z czymkolwiek dotychczas spotkała się na tym świecie; przychodziła do niej wiedza, jakby we śnie, ale bardziej realna. Korzyści warte były tej niewielkiej zawady podczas niektórych łowów… nawet dzisiejszych łowów.
Poza tym… było coś, czego nie powiedziała Hughowi, ponieważ on też wcześniej coś przed nią zataił. O tym czymś dowiedziała się bez słów ze świecącej skorupy snów.
Oto pewien Latacz również miał taką skorupę, przez co znajdował się w szczególnej więzi z człowiekiem.
Owe wielkie, groteskowe stworzenia szczerze zobowiązywały się do neutralności w konflikcie między Ludem i Lataczami. Erakoum nie miała im tego za złe. Ten świat nie był ich domem i nie można było oczekiwać, że możliwość wymarcia tutejszych mieszkańców cokolwiek ich obchodzi. Mimo to sprytnie wydedukowała, że będą chcieli zataić jednoczesne kontakty z przedstawicielami obu ras.
Skoro Hugh tak chciał, by tej nocy była związana z nim duchem, niewątpliwie inny człowiek chciał tego samego od jakiegoś Latacza. Toteż ze szczególną radością strąci właśnie tego Latacza. Poza tym szukanie bladego promienia pośród ognistych pajączków i gwiazd może naprowadzić ją na trop całej zgrai nieprzyjaciół. Odpocząwszy ruszyła w głąb lądu.
Erakoum polowała.
Przez całe życie Jannika Rezek tęskniła za krajem, w którym nigdy nie mieszkała.
Jej rodzice dopuścili się politycznej obrazy rządu Federacji Dunajskiej, który poinformował ich, że unikną domu reindoktrynacyjnego, jeśli zgodzą się dobrowolnie reprezentować swój kraj w kolejnym transporcie osadników na Medeę. Nie mieli więc praktycznie wyboru. Niemniej jednak ojciec powiedział jej później, że tuż przed zapadnięciem w sen hibernacyjny myślał o tej ironii, że gdy się obudzi, żaden z jego sędziów nie będzie już żył i nikomu już nie będzie zależało, a nawet nikt nie będzie pamiętał, o co w ogóle szło w tej sprawie. Już u celu podróży ojciec dowiedział się, że nawet Federacja Dunajska już nie istnieje.
Pozostawała w mocy zasada, że z wyjątkiem załóg statków żadna osoba nie miała drogi powrotu. Zbyt drogo kosztowała podróż, by sprowadzić na Ziemię pasażera — bezużytecznego wyrzutka z przeszłości. Rodzice Janniki starali się swoje wygnanie uczynić jak najmniej dotkliwym. Oboje fizycy, spotkali się z gorącym przyjęciem w Armstrong i jego rolniczym zapleczu. Na ile to było możliwe w skromnych warunkach na Medei, powodziło im się dobrze i w końcu zdobyli rzadki przywilej. Liczba ludzi mieszkających na Medei osiągnęła prawnie dopuszczalną granicę; przekroczenie jej spowodowałoby tłok w tych ograniczonychmiejscach, gdzie można było żyć, jak również zakłócenia w badanym środowisku. Aby zrównoważyć niepowodzenia rozrodcze, kilku parom na pokolenie zezwalano na posiadanie trojga dzieci. Wśród nich znaleźli się rodzice Janniki.
Toteż wszyscy, włączając w to przymusowo ją samą, uważali, że ma szczęśliwe dzieciństwo. Było ono również wysoce cywilizowane; zapisy molekularne, jakie zgromadził Ośrodek, obejmowały większość kultury wytworzonej przez ludzkość. Przemysł rozwinął się w końcu w takim stopniu, że lepiej sytuowane rodziny mogły sobie pozwolić na aparaturę odtwarzającą owe zapisy w takiej stereoskopii i stereofonii, jaka była potrzebna. Jej rodzice korzystali z tej możliwości, by złagodzić swą tęsknotę za ojczyzną, nie zastanawiając się nad tym, jakie skutki może to wywrzeć na młodych sercach. Jannika wychowywała się wśród ożywionych duchów: stare wieże w Pradze, wiosna w Czeskim Lesie, Boże Narodzenie w wiosce, której minione wieki niemal nie tknęły, sala koncertowa, gdzie muzyka triumfalnie falowała ponad świątecznie ubranymi słuchaczami, których było więcej niż wszystkich osadników w Armstrong, repliki wydarzeń, które ongiś wstrząsały Ziemią, pieśni, wiersze, książki, legendy, baśnie… Czasem zastanawiała się, czy przypadkiem jej zainteresowanie ksenologią nie zostało spowodowane przez ouranidów, którzy wyglądali jak lekkie, jasne duszki z bajek.
Dzisiaj, gdy Hugh wyszedł z Chrisoulą, stała przez chwilę patrząc za nimi. Pokój momentalnie zrobił się przytłaczający, jakby chciał ją stłamsić. Zrobiła tyle, ile mogła, by stał się bardziej przytulny, rozwieszając zasłony, obrazy, pamiątki. Teraz jednak zawalony był sprzętem, a Jannika nie znosiła bałaganu. Hughowi nie zależało na porządku.
Znowu powróciło pytanie: czy w ogóle mu na czymś jeszcze zależało? Gdy się pobierali, kochali się oczywiście, ale nawet ona uznała, że było to małżeństwo w znacznym stopniu z rozsądku. Oboje starali się o wyznaczenie na odległą placówkę, gdzie będą mieli największe szansę dokonania naprawdę znaczących, oryginalnych odkryć. Preferowano małżeństwa, wedle teorii, że mniej będą ich rozpraszać sprawy pozanaukowe niż samotnych. Kiedy tym małżeństwom rodziły pierwsze dzieci, z zasady przenoszono je do miasta.
Oboje wielokrotnie się o to spierali. Nacisk społeczny — uwagi, aluzje, wstydliwe unikanie tematu — coraz mocniej domagał się, by przyczynili się do reprodukcji biologicznej kolonii. W ramach zakreślonych liczbą mieszkańców pożądane było stworzenie jak największej puli genetycznej. Poza tym trochę już Jannika robiła się za stara na macierzyństwo. Hugh bardzo chciał zostać ojcem, ale z góry przesądzał, że ona zajmie się domem, podczas gdy on pozostanie przy ich dyscyplinie.
Nie powinna robić mu wymówek, gdy wróci ze swego poświęconego umizgom spaceru. Za często ostatnio traciła spokój ducha; robiła się z niej istna złośnica, aż Hugh jak huragan wybiegał z baraku lub chwytał butelkę whisky i lał ją w siebie. Nie był złym człowiekiem — w głębi ducha był dobry, spiesznie się poprawiła — często bezmyślny, ale z dobrymi intencjami. W jej wieku nic lepszego się nie trafi.
Chociaż… Poczuła gorąco na policzkach, wykonała gest, jakby chciała odpędzić wspomnienie, i nie udało się jej. Było to dwa dni temu.
Dowiedziawszy się od AYacha o Czasie Blasku, postanowiła zebrać okazy larw świecących żuczków. Do tej pory ludzie wiedzieli po prostu, że dorosłe insektoidy roiły się mniej więcej co rok. Skoro było to tak ważne dla mieszkańców Hansonii, powinna się dowiedzieć czegoś więcej o tym. Zaobserwować sama, poprosić o pomoc biologów, ekologów, chemików… Zapytała Pięta Maraisa, dokąd ma pójść, a on zaofiarował się, że ją tam zaprowadzi.
— Powinienem był dawno o tym pomyśleć — rzekł. — Żyjąc w próchnicy larwy muszą stymulować wzrost roślin.
Potrzebna była wilgotniejsza gleba niż ta, która otaczała Port Kato. Udali się więc do odległego o kilka kilometrów jeziora. Spacer był łatwy, ponieważ podszycie, mało rozwinięte ze względu na gęste listowie drzew, nie utrudniało marszu. Miękkie podłoże tłumiło odgłos kroków, drzewa tworzyły łukowate nawy, liczne promienie światła słonecznego przenikały przez mrok i zapachy lasu, by sięgnąć ziemi lub odbić się od malutkich skrzydełek; dźwięki niczym lira dobywały się z niewidzialnego gardła.
— Jak cudownie — odezwał się po jakimś czasie Pięt.
Patrzył na nią, nie przed siebie. Stała się nagle ostro świadoma jego jasnowłosej męskiej urody. I jego młodości, upomniała siebie samą. Ustępował jej wiekiem nieomal o dziesięć lat, choć był to człowiek dojrzały, rozważny, wykształcony — mężczyzna w każdym calu.
— Tak — wyrwało się jej. — Szkoda, że nie potrafię tego docenić tak jak ty.
— Nie jesteśmy na Ziemi — zauważył. Zdała sobie sprawę, że jej odpowiedź zabrzmiała mniej wymijająco, niż sobie tego życzyła.
— Nie użalałam się nad sobą — rzuciła szybko. — Nie myśl tak, proszę cię. Widzę tu piękno i oczarowanie, i swobodę, o tak, jesteśmy szczęśliwi na Medei. — Próba śmiechu: — No, wszak na Ziemi nie mogłabym nic zrobić dla ouranidów, nie?
— Kochasz ich, prawda? — spytał poważnie.