124151.fb2 Ksi??yc ?owcy - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 4

Ksi??yc ?owcy - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 4

Skinęła głową. Położył dłoń na jej obnażonym ramieniu.

— Wiele w tobie miłości, Janniko.

Zmieszana, usiłowała spojrzeć na siebie z jego punktu widzenia. Oto kobieta średniego wzrostu, o figurze oszałamiającej, doskonale o tym wiedziała; ciemne włosy do ramion przetykane srebrnymi pasmami (tak by chciała, aby Hugh przekonywał ją, że zbyt wcześnie zaczęła siwieć), wydatne kości policzkowe, zadarty nos, ostry podbródek, cera o barwie kości słoniowej. Choć Piet był kawalerem, mężczyzna tak atrakcyjny nie powinien mieć trudności, mógł spotykać się z dziewczętami podczas wyjazdów do miasta i podtrzymywać znajomości przez holokom. Nie powinien tak jej adorować. Ona sama nie powinna się na to zgadzać. Pewnie, miała kilkakrotnie innych mężczyzn, zarówno przed, jak i po ślubie. Nigdy jednak w Port Kato — zbyt łatwo byłoby o komplikacje, a poza tym sama się Wyciekała, gdy Hugh miał jakiś romans na miejscu. Co gorsza, podejrzewała, że pięt widział w niej nie tylko partnerkę do jednorazowej przygody. Takie rzeczy mogą złamać życie.

— Och, spójrz — powiedziała i usunęła się od dotyku, by wskazać skupisko ostrosłupowych nasienników. Jednocześnie jej umysł przyszedł z pomocą. — Zapomniałam ci powiedzieć; dziś rozmawiałam z profesorem al-Ghazim. Wydaje nam się, że poznaliśmy powód metamorfozy i rojenia się świecących żuczków.

— Co takiego? — zamrugał oczyma. — Nie sądziłem, że ktoś się tym zajmuje.

— No więc był to… pomysł, który przyszedł mi do głowy, kiedy mój ouranid zaczął swoje rozważania na temat żuczków. On, to znaczy AYach, powiedział mi, tt czas zjawiska nie zależy ściśle od pory roku. Tu w tropikach to nie jest konieczne, ale wyznacza go Jason, księżyc — dodała, ponieważ nazwa nadana pmz ludzi najbardziej spośród wielkich satelitów zbliżonemu do planety, przy­padkiem była podobna do słowa przejętego przez ludzi od dromidów w regionie Enrigue, którym określali oni wiatr podobny do sirocco.

— On mówi, że metamorfozy następują podczas pewnych tranzytów Jasona przez tarczę Argo — ciągnęła. — W przybliżeniu co czterechsetny, dokładnie zaś wstępuje to co około stu dwudziestu siedmiu dni medeańskich. Tubylcy w tym regionie są równie świadomi istnienia i ruchów ciał niebieskich jak gdziekolwiek indziej. Ouranidzi mają święto w czasie rojenia się żuczków; to ich przysmak. No więc to podsunęło mi pomysł i połączyłam się z Ośrodkiem z prośbą o wyliczenia astronomiczne. Okazuje się, że miałam rację.

— Wyjaśnienie astronomiczne dla żyjącego pod ziemią robaka? — wykrzyknął Marais.

— No, z pewnością przypominasz sobie, że Jason wzbudza aktywność elektryczną w atmosferze Argo, podobnie jak Io w przypadku Jowisza… w Układzie Słonecznym, w którym krąży Ziemia! W naszym przypadku powstaje wiązka radiowa na jednej z generowanych częstotliwości, taki naturalny maser. Dlatego do Medei docierają owe fale tylko wtedy, gdy oba księżyce znajdują się na liniach węzłów. A następuje to właśnie w takich odstępach, o jakich wspominał mój znajomy. I faza też jest odpowiednia.

— Ale czy robaczki są w stanie wykryć tak słaby sygnał?

— Myślę, że jest to oczywiste. Jak to się dzieje, nie potrafię odpowiedzieć bez pomocy specjalistów. Pamiętaj jednak, że Fryksos i Helle nie powodują zbyt wielu zakłóceń. Organizmy bywają fantastycznie czułe. Czy wiesz, że wystarczy mniej niż pięć fotonów, by pobudzić czerwoną plamkę w twoim oku? Sądzę, że fale z Argo przenikają do gleby na głębokość paru centymetrów i zaczynają łańcuch reakcji biochemicznych. Nie ma wątpliwości, że jest to pozostałość ewolucyjna z czasów, kiedy orbity Jasona i Medei dokładnie odpowiadały porom roku. Zaś perturbacje nieustannie powodują zmiany w ruchu księżyców, wiesz o tym.

Milczał przez chwilę, nim się odezwał:

— Wiem, że jesteś wyjątkowym człowiekiem, Janniko.

Udało się jej odzyskać na tyle równowagę, by panować nad przebiegiem rozmowy, dopóki nie dotarli do jeziora. Tam, przez chwilę, znowu odczuła wstrząs.

Jezioro leżało za zasłoną gaju bambusowego, toteż dopiero gdy go minęli, zatrzymali się na brzegu wysłanym przypominającą mech darnią o barwie bursztynu. Nie tknięta przez człowieka w jej leśnym pucharze woda pieniła się, bulgotała, pachniała. Delikatne kolory i zapach żywych organizmów nie drażniły wzroku ni powonienia; tu były normalne… ale teraz przypomniała sobie srebrzystobłękitny połysk Jeziora Nezyderskiego w Federacji Dunajskiej. Oddech zaświszczał jej między zębami.

— Co się stało? — Pięt spojrzał tam, gdzie patrzyła. — Dromidzi?

W pewnej odległości pojawiło się kilka owych istot, które przybyły tu, by się napić. Jannika wpatrywała się w nie, jakby widziała je po raz pierwszy.

Najbliżej była młoda samica, zapewne jeszcze bezpotomna, miała bowiem sześć nóg. Ponad smukłym tułowiem o długim ogonie unosił się centaurowaty tors zakończony dwoma ramionami, a nad nimi osobliwie lisia głowa, która sięgnęłaby Jannice do piersi. Sierść dromida połyskiwała czarnoniebiesko w świetle słońc; Argo skryła się za drzewami.

Trójka czworonożnych matek pilnowała znajdującej się wśród nich ósemki małych. Jedna para potomstwa wskazywała przez swe rozmiary, że u ich matki wkrótce znowu wystąpi jajeczkowanie, zapłodnienie w czasie godów, a wkrótce potem odrzucenie drugiego segmentu i opieka nad nim, aż do narodzin. Kolejny dromid przeszedł już przez ten etap; chodził na dwóch nogach i przestał być już funkcjonalną samicą, ale męskie gonady jeszcze się u niego nie rozwinęły.

Nie było ani jednego samca w okresie rozrodczym. Tych zbytnio porywały żądze, niecierpliwość, gwałtowność, by szukali towarzystwa. Natomiast w grupie znajdowali się trzej osobnicy w wieku postseksualnym; posiwiali, ale mocni i opie­kuńczy. Ich dwunogi chód, szybki wedle kategorii ludzkich, nie mógł się jednak równać z błyskawicznie płynnymi ruchami ich towarzyszy.

Wszystkie dorosłe osobniki były uzbrojone w charakterystyczne dla epoki kamien­nej włócznie, toporki i noże; uzbrojenia dopełniały ich własne zęby mięsożerców.

Dromidzi zniknęli nieomal natychmiast, gdy Jannika ich zobaczyła; nie ze strachu, ale dlatego, że byli to mieszkańcy Medei, których metabolizm i życie były szybsze niż jej.

— Dromidzi — wydobyła z siebie.

Pięt przyglądał się jej przez chwilę, nim powiedział cicho:

— Oni tępią twoich ukochanych ouranidów. Mówisz mi, ze to się nasila tej nocy, gdy roją się świecące żuczki. Ale nie wolno ci ich nienawidzić. Dotknęła ich tragedia.

— Tak, problem bezpłodności, wiem. Ale czemu chcą, by razem z nimi ginęli ouranidzi? — Uderzyła pięścią w rozwartą dłoń. — Wracajmy do pracy, zbierajmy próbki i chodźmy do domu. Proszę cię, dobrze?

Rozumiał ją całkowicie.

…Odrzuciła wspomnienia i zajęła się przygotowaniami do nocnej wyprawy.

Hugh i Jannika wyruszyli nieco po zachodzie słońca. Śmigacze odleciały z szu­mem, osiągnęły średnią wysokość i przez chwilę krążyły, podczas gdy oboje wy­szukiwali właściwy kierunek i wymieniali przez radio pożegnania. Z dołu, w ostat­nich promieniach Kolchidy odbijających się od kadłubów, śmigacze wyglądały jak dwie łzy.

— Dobrych łowów, Jan.

— Fe! Nie mów tak.

— Przepraszam — rzekł sztywno i wyłączył nadajnik. Jasne, zachował się nietaktownie, ale czemu ona jest tak cholernie drażliwa?

Nieważne. Ma wiele pracy. Erakoum obiecała zjawić się o tej porze na Wzgórzach Katastrofy, jej grupa bowiem wybierała się najpierw na północ, wzdłuż wybrzeża, nim skieruje się w głąb lądu. Później nie będzie można przewidzieć, gdzie ją poniesie. Trzeba szybko odszukać jej nadajnik. Śmigacz Janniki zginął z oczu, kierując się w swoją stronę. Hugh włączył pilota inercyjnego i odchylił się W pasach, by jeszcze raz sprawdzić instrumenty. Robił to automatycznie, wiedział bowiem, że wszystko jest w porządku. Jego umysł błądził swobodnie.

Widok z kopuły kabiny był tytaniczny. W dole leżały wzgórza skryte w po­cętkowanych masach cienia, tu i ówdzie przetykane srebrnymi nitkami rzek lub przerywane rozpadlinami i skarpami. Dzielący planetę na dwie połowy Ocean Pierścieniowaty zmieniał wschodni horyzont w masę żywego srebra. Na zachod­nim niebie podwójne słońce pozostawiło po sobie purpurową poświatę. Nad głową niebo było już aksamitnie ciemne, a z każdym uderzeniem serca pojawiało się na nim coraz więcej gwiazd. Hugh dostrzegł parę księżyców tak blisko, że widać było ich tarcze oświetlone z jednej strony na rdzawo, z drugiej ha biało; dostrzegł też inne, ukazujące się jego oczom jako punkty światła na nieboskłonie. Rozpoznał je dzięki położeniu na niebie, na którym pełniły swą wartę wśród gwiazdozbiorów. W dole, nisko nad morzem, żarzyła się Argo — nie, raczej świeciła, jej wyższe chmury bowiem odbijały światło dnia niczym pasy jasności na ciemnoczerwonym tle. Jason zbliżał się do tranzytu, a jego średnica ką­towa przekraczała dwadzieścia minut łukowych; mimo to Hugh z trudnością odszukał go w tym blasku. W polu widzenia pojawiło się wybrzeże. Włączył detektor i ustawił napęd na swobodne unoszenie się w zawieszeniu. Zapaliła się na zielono lampka; nawiązał kontakt. Wzniósł pojazd na pełną wysokość trzech kilometrów. Częściowo postąpił tak dlatego, że chciał skupić się na napływających danych encefalicznych i potrzebował dużego marginesu bezpieczeństwa na błąd w pilotażu, a częściowo, ponieważ chciał znaleźć się poza zasięgiem wzroku i słu­chu tubylców, by jego obecność nie wpłynęła na ich postępowanie. Zająwszy stanowisko, włączył odbiornik w hełmie i umocował go na głowie; nie ważył zbyt wiele. Przekazane, wzmocnione, przetworzone, ponownie wzbudzone — wydarze­nia w układzie nerwowym Erakoum splotły się z wydarzeniami w jego układzie.

W żadnym wypadku nie osiągał w ten sposób pełnej świadomości dromida; przekaz i tłumaczenie były na to zbyt prymitywne. Hugh całe swe zawodowe życie poświęcił na uzyskiwanie możliwości zespolenia się z tym gatunkiem; przy maksymalnej cierpliwości, jaką on i Erakoum potrafili utrzymać przez te lata, doszedł ledwie do etapu interpretacji zebranych sygnałów. Szybkość procesów umysłowych tubylców raczej nie pomagała — poprzez powtarzanie i wzmacnia­nie — lecz przeszkadzała. Można by spróbować wyobrazić sobie poprzez pewną przybliżoną analogię przysłuchiwanie się szybkiej i prawie niesłyszalnej rozmowie, gdy gubi się prawie każde słowo, ponieważ prowadzona jest w języku, którego słuchający nie zna. Faktycznie zaś Hugh w ogóle nie odbierał myśli werbalnych: docierał do niego widok, dźwięk, zespół doznań zmysłowych, włączając w to również wewnętrzne, jak równowaga i głód, a także mgliste napomknienia o zmys­łach, których on sam zapewne nie posiadał.

Widział, jak przemyka pod nim ziemia, krzewy, gałęzie, stoki, gwiazdy i księżyce ponad poszarpanymi krawędziami; odczuwał ich zmienne kształty i fakturę pod kroczącymi stopami; słyszał przeróżne ciche odgłosy; czuł bogactwo aromatów. Doznania nadciągały bez przerwy, w większości przelotne i niewyraźne, wystarcza­jąco silne zaś, by wyjąć go z ciała i ściągnąć na ziemię ku jedności z prze­mykającym w dole stworzeniem.

Najwyraźniejsze, chyba dlatego, że w ten sposób ulegały stymulacji jego własne gruczoły, były emocje, determinacja. Erakoum wyruszyła, by zabić Latacza.

Zapowiadała się długa i prawdopodobnie męcząca noc. Hugh spodziewał się, że raz czy dwa razy będzie musiał sięgnąć po lek zastępujący sen. Ludziom nigdy nie udawało się odzwyczaić od starodawnych rytmów Ziemi. Dromidzi drzemali, ouranidzi… śnili na jawie? Kontemplowali?

Tak jak to się często zdarzało przedtem, pomyślał przez chwilę, jak przebiega kontakt Jan z jej tubylcem. Nigdy nie będą mogli opisać sobie nawzajem swych doznań.

* * *

W głębi wzgórz Rój A‘i’acha odkrył wielką mnogość gwiezdlików. Pa­górki były rzadziej zalesione od nizin, co pomagało, świetlisty żer bowiem rzadko unosił się wysoko, a latając pod koronami drzew. Lud padał ofiarą Bestii. Tu zaś teren był otwarty, porośnięty darnią i usiany głazami; poznaczony polanami leżącymi w cieniu drzew. Największą z nich przecinała wąska rozpadlina — blizna wypełniona ciemnością.

Niczym nieskończony prysznic iskier gwiezdliki tańczyły, śmigały, uskakiwały; nieprzeliczone, przeznaczone jedynie do rozkoszy godów oraz na żer Ludu. Po­mimo swej ostrożności A’i’ach nie potrafił opierać się dłużej od innych; nie starał się jednak przyspieszyć opadania, wypuszczając gaz tak jak wielu innych. To utrudniłoby później wznoszenie się. Zamiast tego skurczył swe kuliste ciało i po­woli opuszczał się, czasem rozkurczając się w zależności od zmiennej gęstości powietrza. Nie użył też upustu gazu w celu uzyskania napędu. Rytmicznie pulsując, jego syfon współpracował z powiewami wiatru, by nieść go zygzakiem z niewielką szybkością. Nie miał się gdzie śpieszyć. Gwiezdlików było więcej, niż Rój byłby w stanie zjeść; wiele z nich uleci wolno, by złożyć jaja na następne żniwo.

Znalazłszy się wśród insektoidów A’i’ach wchłonął ich pierwszą porcję. W ciele zaśpiewał mu słodki, gorący aromat. Gęsto skupiony wokół niego, podrygujący obracający się, falujący i wymachujący ekstatycznie rzęskami, wypełniający niebo muzyką, Lud zapomniał o ostrożności. Zaczęła się miłość. Nie było to bezcelowe, choć przy braku wody, do której mogłyby wpaść, zapylone nasionka nie za­kiełkowałyby. Miłość jednoczyła wszystkich. W blasku Ruii pył życia unosił się niczym dym; widok, zapach, smak nadały gorączkowość tej radości, którą obudziła gwiezdlikowa uczta. A’i’ach wykrzyknął raz, potem wiele razy. Wyszedł poza własne ciało, stał się komórką jednej niebiańskiej istoty, która sama w sobie była huraganem miłości. Kiedyś, gdy poczuje na sobie ciężar lat, odpłynie na zachód przez morze, ku zimnemu Zaświatowi. Tam, oddając ostatnie ciepło swego ciała, jego dusza otrzyma swą nagrodę: Obietnicę, że będzie już zawsze tak jak jest teraz, w tę krótką noc…

Nagle poraziło go wycie. Spod drzew, na otwarty teren wypadły cienie. A’i’ach dostrzegł, jak sąsiednią kulę przebiło drzewce włóczni. Trysnęła krew, z sykiem uszedł gaz: skurczone ciało opadło jak wyschnięty liść. Rzęski jeszcze drgały, gdy Bestia schwyciła je w locie, a jej kły rozdarły je na strzępy.

W ścisku i chaosie A‘i’ach nie mógł wiedzieć, ilu jeszcze zginęło. Większość uchodziła jednak wznosząc się poza zasięg pocisków. Ci, którzy byli uzbrojeni, zaczęli zrzucać niesione przez siebie kamienie i gałęzie drzew ii. Jednak żadna z Bestii zapewne nie zginęła od ich ciosów.

A’i’ach rozluźnił mięśnie w swym kulistym ciele i natychmiast wystrzelił w górę. Już bezpieczny, mógł dołączyć do reszty Roju, odlecieć, szukając miejsca na nowe święto. Ale zanadto ogarnęła go wściekłość i żal. Jakimś zakamarkiem swego umysłu zastanawiał się nad tym zjawiskiem: zazwyczaj Lud nie przejmował się zbytnio śmiercią jednej Osoby. To urządzenie, które miał na sobie, te jakoś wyszeptywane tajemnice…

I miał ze sobą nóż!

Brawurowo wytryskując gaz obrócił się i runął w dół. Większość Bestii zniknęła w lesie, kilka jednak pozostało, pożerając ciała ofiar. A‘i’ach krążył na wysokości bliskiej granicy rozsądku i szukał okazji. Ponieważ nie mógł opaść jak kamień, musiał udać atak na jednego osobnika, potem szybko rzucić się ku innemu, uderzyć, unieść się i zaatakować następnego.

Trącił go słaby promień światła dochodzący z głowy Bestii, która wychynęła z cienia, stanęła i spojrzała do góry.

A’i’ach poczuł eksplozję woli. Oto był potwór, który na swój sposób związał się z ludźmi. Jeśli on sam w ten sposób zdobył swój nóż, cóż dostała tamta istota, co mogła dostać, by wyrządzić jeszcze gorszą szkodę. Zabicie jej powinno przynaj­mniej wstrząsnąć jej towarzyszami, sprawić, że się opamiętają w swych morder­czych zapędach.

A’i’ach rzucił się do boju. Dookoła niego gwiezdliki radośnie tańczyły i parzyły się.

* * *