124151.fb2 Ksi??yc ?owcy - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 5

Ksi??yc ?owcy - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 5

Jannika musiała szukać całą godzinę, nim złapała swój kontakt. Ouranid nie mógł się zobowiązać, że w jakiejś chwili znajdzie się w określonym miejscu. Jej osobnik po prostu ją poinformował, gdy przymocowywała mu nadajnik do ciała, że jego grupa znajduje się obecnie w okolicy góry MacDonald. Poleciała więc tam i przeszukiwała okolicę w zapadającym zmroku, zanim lampka wskaźnika nie zapa­liła się na zielono. Uzyskawszy połączenie, uniosła się na trzy kilometry i ustawiła autopilota na powolne krążenie. Od czasu do czasu, gdy jej obiekt przesuwał się na północny wschód, przesuwała środek zataczanych przez siebie kręgów.

Poza tym skupiła się na wcieleniu się w swego ouranida. Było to oczywiście niemożliwe, ale z tych prób dowiadywała się więcej, niż uzyskiwała przez słowa. Odpowiedzi na faktyczne pytania, których zadanie nie przyszłoby jej do głowy. Obyczaje Ludu, wierzenia, muzyka, poezja, balet powietrzny — wszystko, czego by nie rozpoznała obserwując z zewnątrz. A jeszcze głębiej w jej wnętrzu — mniej wyraźne, ale potężniejsze — coś, czego nie mogłaby wpisać do raportu naukowego: uczucie rozkoszy, pożądania, wiatru, świetlistości, aromatu, chmur, deszczu, niezmierzonych odległości… poczucie wszystkiego, co składa się na bycie mieszkańcem niebios. Niecałkowite, nie, kilka przelotnych wejrzeń, trudnych do zapamiętania na później, ale przenoszących ją z jej ciała do nowego świata lśniącego cudami.

Rozkoszne drżenie podwoiło się jeszcze przez podniecenie A’i’acha. Jej wrażenia dotyczące jego doznań nigdy jeszcze nie stały się tak silne i wyraziste. Płynęła na strumieniach powietrza; zapach życia i pieśń posiadły ją, stała się kroplą w oceanie pod potężnym Ruii i nie było już domu, za którym trzeba było tak beznadziejnie tęsknić, bo dom znajdował się wszędzie.

Rój dotarł w końcu do chmury świecących żuczków i kosmos Janniki oszalał.

Przez chwilę, na wpół przerażona, zaczęła zdejmować hełm. Rozsądek powstrzy­mał jej dłoń. To, co się działo, stanowiło jedynie skrajny wyraz tego, w czym już wcześniej uczestniczyła. Ouranidzi rzadko przyjmowali znaczną ilość pożywienia od razu; kiedy jednak tak się działo, wpływało to na nich oszałamiająco. Odczuwała również ich podniecenie seksualne; męskość A’i’acha była zbyt nieziemska, by jej przeszkadzać w taki sposób, jak kiedyś żeńskość Erakoum zakłóciła spokój Hugha, gdy ta została zapłodniona, a potem odrzuciła swój ostatni człon. Dzisiejszej nocy rozkosz ouranidów sięgnęła zenitu.

Poddała się jej, przechodząc z jednego crescendo w drugie. Och, gdyby tu był z nią mężczyzna, ale nie, wtedy byłoby inaczej, zbezcześciłoby ten święty splendor, Obietnicę, Obietnicę!

A potem zjawiły się Bestie. Rozpętała się groza. Gdzieś rozległ się dziwny głos wołający o pomstę za jej zniszczoną błogość.

* * *

Krocząc nagim grzbietem pagórka Erakoum myślała, a puls jej stał się lekko przyspieszony, że dostrzegła w oddali płynący z góry słaby promień niebieskiego światła. Nie mogła mieć pewności z powodu blasku rzucanego przez Mardudeka, ale przepełniona nadzieją zmieniła kierunek biegu. Kiedy miała już za sobą długie przedzieranie się między głazami i cierniami, poświata zniknęła. Musiało być to jakieś nocne złudzenie, może odbicie światła księżyca od wznoszących się oparów. Ta konkluzja nie uspokoiła jej wcale. Latacze to jedno wielkie niepowodzenie!

Przez to wszystko znalazła się z tyłu, za swoim stadem. Pierwszym dla niej zwiastunem ataku były wycia towarzyszy. „Hai-ai, hai-ai, hai-ai!” rozlegało się zewsząd i parsknęła, zaskoczona. Na pewno przybędzie zbyt późno, by dopaść swej ofiary. Niemniej jednak podążyła w tamtym kierunku. Jeśli Latacze nie trafią (W dobry wiatr, doścignie ich i podąży od jednego schronienia do drugiego, nie zauważona. Może nie polecą aż tak daleko, by nie starczyło jej już sił na pościg, dopóki nie trafią na nowe wyrojenie się ognistych pajączków i znów się opuszczą W dół. Oddech szarpał jej gardziel, skok pagórka atakował stopy niewidocznymi kamykami, ale popęd pchał ją naprzód, aż dotarła na miejsce.

Była to polana, jasno oświetlona, choć poprzecinana cieniami, w połowie przegrodzona niewielką rozpadliną. Ogniste pajączki krążyły na tle mroku lasu niczym chmura świetlistego pyłu. Kilka samic przycupnęło na murawie i szarpało resztki swej ofiary. Reszta oddaliła się ściągając Lataczy, tak samo jak zamierzała to Erakoum.

Zatrzymała się na skraju drzew, by odetchnąć, i zamarła. Główna masa Lataczy powoli i chaotycznie przenosiła się na zachód, ale kilku z nich pozostało, by zrzucić swą żałosną broń. Z grzbietu najwyżej lecącego wydobywał się słaby promień Światła. Oto znalazła swoją ofiarę.

— Ee-ha! — wykrzyknęła, skoczyła naprzód, potrząsnęła włócznią. — Chodźże tu, siewco zła, chodź i oddaj życie! Twoja krew da życie mojemu następnemu miotowi, to życie, które odebrałeś poprzedniemu!

Nie było to zaskoczenie, ale zrządzenie losu, kiedy niesamowity kształt zatoczył krąg i poleciał ku niej. Więcej rozstrzygnie się tej nocy niż to, które z nich przeżyje. Ona, Erakoum, przejęta Mocą, stała się narzędziem Proroka.

Skulona, cisnęła włócznią. Wysiłek przeszedł przez jej wszystkie mięśnie. Zobaczyła, jak oszczep leci niczym zagłada, którą niesie ze sobą, ale jej wróg uchylił się; chybiła go o palec, a po chwili już spadał na nią jak pocisk.

Nigdy tego nie robiły! Cóż to błyszczało w jego podobnych do wodorostów odnóżach?

Erakoum chwyciła nową włócznię ze znajdującej się na plecach wiązki. Każdy węzeł troków miał ustępować od jednego szarpnięcia, ale ten nie ustąpił, musiała pociągnąć jeszcze raz, a tymczasem wróg był coraz większy, coraz bliższy. Poznała, co trzyma: nóz ludzkiej produkcji, ostry jak świeża klinga z obsydianu, ale cieńszy i mocniejszy. Odsunęła się. Włócznia już wyplątała się z troków. Nie było miejsca na rzut. Uderzyła.

Z szaleńczą radością dostrzegła, że ostrze trafiło w cel. Latacz zrobił unik, nim włócznia przebiła jego ciało, ale krew zmieszana z gazem pokryła pianą głęboką ranę w jego boku.

Runął naprzód i znalazł się w zasięgu jej ramion. Nóż uderzał raz za razem. Erakoum odczuła ciosy, ale jeszcze nie ból. Upuściła włócznię, uderzyła ramionami, zacisnęła szczęki. Zęby zwarły się na ciele wroga. Przez jej paszczę i w głąb gardzieli popłynęła fala siły.

I nagle ziemia umknęła jej spod tylnych nóg. Upadła na bok, usiłując uchwycić się ramionami i przednimi nogami, ale nie dała rady i przewróciła się. Kiedy uderzyła o krawędź rozpadliny, stoczyła się w dół po ostrych załomach. Przez moment widziała nad sobą niebo, gwiazdy i ogniste pajączki, oświetlonego Mardudekiem Latacza, który płynął w powietrzu i broczył krwią. Potem pochłonęła ją nicość.

* * *

Ludzie z Port Kato zasypywali Jannikę Rezek i Hugha Brocketa pytaniami, co ich sprowadziło do domu tak wcześnie i w takim stanie psychicznym. Oboje unikali pytań i pośpieszyli do swej kwatery. W chwilę potem zasłonili okna.

Przez jakiś czas patrzyli na siebie w milczeniu. Znajomy pokój nie dawał uspokojenia. Oświetlenie przystosowane do ludzkiego wzroku raziło teraz oczy, powietrze odcięte od lasu było bez życia, słabe odgłosy dochodzące z zewnątrz jeszcze pogłębiały ciszę panującą w środku.

W końcu potrząsnął głową, nie widząc, i odwrócił się od żony.

— Erakoum nie żyje — wymamrotał. — Czy kiedyś zdołam to pojąć?

— Jesteś pewien? — wyszeptała.

— Czułem… czułem, jak jej myśli się urywają… to tak, jakbym sam dostał w łeb… ale ty tak się troszczyłaś o swego cennego ouranida…

— A’i’ach jest ranny! Jego lud nie zna medycyny. Gdybyś tak nie szalał, że aż musiałam się zdecydować na pociągnięcie cię za sobą, zanim rozwalisz swój śmigacz…

Jannika urwała, przełknęła ślinę, rozwarła zaciśnięte pięści i zdołała wykrztusić.

— No, trudno, szkoda się stała i już. Zastanowimy się nad tym, co nam nie wyszło i jak zapobiec podobnej tragedii w przyszłości, czy nie?

— Taak, oczywiście. — Podszedł do spiżarki. — Napijesz się czegoś? — zawołał. Zawahała się.

— Wina.

Nalał jej pełen kieliszek. Jego prawa ręka ściskała szklankę whisky, którą od razu zaczął pić.

— Czułem, jak Erakoum umiera — powiedział. Jannika usiadła na krześle.

— Tak… a ja czułam, jak A’i’ach odnosi rany, które mogą okazać się śmiertelne. Usiądź, dobrze?

Zrobił to, ciężko, naprzeciwko niej. Ona piła małymi łyczkami ze swojej szklanki, on wielkimi haustami ze swojej. Nowo przybyli na Medeę zawsze twierdzili, że tutejsze wino i alkohol destylowany mają bardziej osobliwy smak niż żywność. Jakiś poeta wykorzystał to w mrożącym krew w żyłach poemacie o izolacji. Kiedy utwór wysłano na Ziemię w biuletynie wiadomości, po stu latach nadeszła odpowiedź, że nikt na Ziemi nie ma pojęcia, co koloniści widzą w tym wierszydle.

Hugh zgarbił się.

— No, dobrze — burknął. — Powinniśmy porównać nasze obserwacje, zanim zaczniemy zapominać, i może powtórzymy je jutro, mając czas na przemyślenie. — Sięgnął do rejestratora i włączył go. Podając hasło identyfikacyjne, uczynił to głuchym tonem.

— Dla nas też tak będzie lepiej — zwróciła mu uwagę Jannika. — Praca, logiczne myślenie, to odepchnie od nas koszmar.

— Bo to był koszmar… No dobrze! — Odzyskał nieco ze swego wigoru. — Spróbujmy odtworzyć, co się stało.

— Ouranidzi wyruszyli, by łowić świecące żuczki, a dromidzi, by polować na ouranidów. My oboje byliśmy świadkami tej walki. Oczywiście, mieliśmy nadzieję, ze do tego nie dojdzie — ty chyba modliłaś się o to, co? — ale wiedzieliśmy, że w wielu miejscach rozegrają się bitwy. To, co wstrząsnęło naszymi umysłami, to fakt, że to właśnie nasi tubylcy starli się w walce, podczas gdy my byliśmy z nimi w kontakcie psychicznym.

Jannika przygryzła wargi.

— Gorzej jeszcze — odrzekła. — Tych dwoje dążyło do tego starcia. Nie było to przypadkowe spotkanie, ale pojedynek. Podniosła wzrok. — Ty nigdy nie mówiłeś Erakoum ani innemu dromidowi, że mamy również kontakty z ouranidami, prawda?

— Nie, oczywiście, że nie. Ty zresztą też nie wspominałaś twojemu ouranidowi o moim kontakcie. Oboje wiedzieliśmy dobrze, co oznaczałoby wprowadzenie takiej zmiennej do podobnego programu.

— Natomiast pozostali członkowie załogi mają na to zbyt ograniczone słownic­two, w obu językach. No, dobrze. Ale mówię ci, że A’i’ach wiedział. Nie domyślałam się tego, póki nie rozpoczęła się walka, I wtedy wydostało się to na wierzch moich myśli, krzyknęło do mnie, nie słowami, ale nie pozostawiając wątpliwości.

— Tak, to samo się wydarzyło między mną i Erakoum. Mniej więcej.

— Przyznajmy więc to, czego nie chcemy przyznać, mój drogi. Nie tylko odbieraliśmy myśli od naszych tubylców, ale też je przekazywaliśmy. Sprzężenie zwrotne.

Potrząsnął bezsilnie pięścią.

— Cóż, u diabła, mogło przekazać ten odwrotny komunikat?

— Choćby wiązka radiowa, która łączy nas z naszymi obiektami. Wzbudzona modulacja. Wiemy z przykładu larw świecących robaczków — a zapewne wiadomo to i z wielu innych przypadków, o których nigdy nie słyszeliśmy, bo jak można wszystko wiedzieć o całej planecie — że organizmy medeańskie potrafią być ogromnie radioczułe.

— Taak, weźmy choćby ogromną szybkość poruszania się tutejszych zwierząt, kluczowe molekuły o wiele mniej trwałe niż odpowiednie związki u nas… Hej, zarazi l Erakoum, i A’i’ach poznali zaledwie odrobinę angielskiego, a już z pew­nością nie mieli pojęcia o czeskim, w którym to języku myślisz, jak sama utrzy­mujesz. Poza tym zastanów się, z jakim trudem my w ogóle się do nich dostrajamy, pomimo wszystko, czego się nauczyliśmy jeszcze na lądzie. Oni nie mają powodu, by robić to samo, nie mają pojęcia o naukowej metodzie. Z pewnością uznali, że to jakiś nasz kaprys, czar czy coś podobnego, jest powodem, dla którego muszą nosić te przedmioty.

Jannika wzruszyła ramionami.