124151.fb2
— Chyba masz rację — westchnął Hugh. — Będziemy musieli włączyć w to elektroników i neurologów, ale mnie na pewno nie przyjdzie do głowy lepsze wyjaśnienie niż twoje.
Pochylił się. Siła, która teraz wibrowała w jego głosie, zamieniła się w lód:
— Ale spróbujmy zobaczyć to w kontekście; w ten sposób może odgadniemy, jakie informacje otrzymywali od nas tubylcy. Jeszcze raz rozważmy, dlaczego hansońscy dromidzi i ouranidzi walczą ze sobą. Głównie chodzi o to, że dromidzi wymierają i winę za to przypisują ouranidom. Może to nasza wina, Portu Kato?
— Ależ skąd — Jannika była zdumiona. — Przecież wiesz, jakie podejmujemy środki ostrożności.
Hugh uśmiechnął się smutno.
— Myślę o skażeniu psychicznym.
— Co takiego? Niemożliwe! Nigdzie indziej na Medei…
— Cicho bądź, dobrze? — krzyknął na nią. — Próbuję przypomnieć sobie to, co odebrałem od mojej przyjaciółki, którą zabił twój przyjaciel.
Na wpół uniosła się, z pobladłą twarzą, potem znów usiadła i czekała. Kieliszek z winem drżał w jej palcach.
— Zawsze wiele paplałaś o tym, jacy ci ouranidzi są dobrzy, łagodni i rozwinięci estetycznie — rzucił raczej w nią niż do niej. — Zachłystywałaś się wprost tą ich nową wiarą — tym lotem z wiatrem na stronę odplanetarną, tą śmiercią z godnością, nirwaną, nie wiem już czym jeszcze. Niech diabli porwą tych brudnych plromidów. Umieją tylko rozniecać ogień i robić narzędzia, polować, troszczyć się o dzieci, żyć w społecznościach, tworzyć sztukę i filozofię — tak samo jak ludzie. Cóż cię w tym mogłoby zaciekawić?
No więc chcę ci powiedzieć, tak jak ci już tyle razy mówiłem, że dromidzi też mają swoją wiarę. Gdybyśmy mieli porównywać, założyłbym się, że ich wiara jest o wiele silniejsza i bardziej znacząca niż wiara ouranidów. Próbują zrozumieć świat. Czy nie możesz mieć dla nich choć trochę zrozumienia?
Jasne, dromidzi ogromnie szanują porządek rzeczy. Kiedy coś się psuje — gdy Zdarza się wielka zbrodnia, grzech czy wstyd — cały świat doznaje krzywdy. Jeśli zło nie zostanie usunięte, wszystko się popsuje. W to właśnie wierzą na Hansonii i jestem przekonany, że poznali prawdę.
Wielkopańscy ouranidzi nigdy nie zwracali specjalnie uwagi na przyziemnych dromidów, ale nie odwrotnie. Ouranidzi są tak samo widoczni jak Argo, Kolchida, dowolna część przyrody. W oczach dromidów mają swoje przeznaczone miejsce i cykl.
I nagle ouranidzi się zmieniają. Nie oddają swych ciał ziemi, gdy umierają, tak jak powinno kończyć się życie… nie, kierują się na zachód, ponad ocean, ku owemu nieznanemu miejscu, gdzie co wieczór skrywają się słońca. Czy nie rozumiesz, jak nienaturalnie mogło to wyglądać? To tak, jakby drzewo zaczęło chodzić lub nieboszczyk powstał z grobu. I nie był to pojedynczy wypadek, nie, powtarzał się rok po roku.
Aborty psychosomatyczne? Skąd mam wiedzieć? Wiem jednak, że dromidzi są wstrząśnięci do głębi tym, co robią ouranidzi. Choć jest to głupie, jednak sprawia im to ból.
Jannika skoczyła na równe nogi; jej kieliszek brzęknął o podłogę.
— Głupie? — krzyknęła. — Ich Tao, ich wizja? Nie, głupie jest to, w co wierzą te… twoje fuksy, tylko że przez tę wiarę napadają na niewinne istoty i zjadają je! Nie mogę się doczekać, kiedy te stwory wymrą całkowicie!
On też powstał.
— Nie obchodzą cię martwo urodzone dzieci, nie, oczywiście, że nie — odparł. — Bo jakiż w tobie instynkt macierzyński, do diabła? Tyle go, co u twoich balonów. Swobodnie latać, rozsiewać nasiona, zapomnieć o nich, a one i tak wykiełkują, pąk pęknie i Rój przyjmie nowych — i nikogo nic nie obchodzi poza przyjemnością.
— Ach, ty… Może ty chciałbyś zostać matką? — zadrwiła.
Zamachnął się otwartą dłonią; ledwie uniknęła ciosu. Wstrząśnięci, zamarli tam, gdzie stali.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Pociągnął łyk whisky ze szklanki. Po chwili odezwała się ona, nieomal bezgłośnie:
— Hugh, nasi tubylcy odbierali od nas komunikaty. Nie słowne. Nieświadome. Czy przez nich… — zająknęła się — my chcieliśmy się nawzajem pozabijać?
Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, aż w końcu jednym niezgrabnym gestem postawił swoją szklankę i wyciągnął do niej ramiona.
— Och, nie, och, nie — wyjąkał. Zbliżyła się do niego.
Wkrótce poszli do łóżka. Ale nie był zdolny do niczego. Znalazł w apteczce środek zaradczy, ale to, co po nim nastąpiło, równie dobrze mogło rozgrywać się między dwiema maszynami. W końcu Jannika odwróciła się, cicho płacząc, a Hugh poszedł szukać butelki.
Obudził ją wiatr. Leżała przez jakiś czas przysłuchując się jego dudnieniu o ściany. Sen odszedł ją całkowicie. Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek; jego świecąca tarcza powiedziała jej, że minęły trzy godziny. Równie dobrze mogła wstać z łóżka. Może uda jej się poprawić nastrój Hugha.
Główny pokój był wciąż oświetlony. Hugh spał rozciągnięty w fotelu, obok którego stała butelka. Jakże głębokie były zmarszczki na jego twarzy.
Jak głośno świstał wiatr. Zapewne czoło burzy, które, jak zapowiadała służba meteorologiczna, miało znajdować się nad morzem, nagle i nieoczekiwanie skręciło w tym kierunku. Meteorologia na Medei nie była jeszcze nauką ścisłą. Biedni ouranidzi; ich święto się nie udało, a oni sami, rozrzuceni po okolicy, byli w niebezpieczeństwie. Zazwyczaj potrafili latać nawet podczas huraganu, ale zawsze kilku spotykało nieszczęście — uderzenie pioruna, ciśniecie o skały czy zaplątanie w gałęziach drzewa. Chorzy i ranni ucierpią najwięcej.
A’i’ach.
Jannika zacisnęła powieki i usiłowała sobie przypomnieć, jak ciężkie są jego rany. Ale wszystko było tak strasznie pomieszane; Hugh odwrócił jej uwagę i momentalnie znalazła się poza zasięgiem nadajnika. Poza tym A’i’ach i tak nie mógł być od razu pewien swego stanu. Może nie był poważny. Może i był. On sam mógł już teraz być martwy albo skazany na śmierć, jeśli nie otrzyma pomocy.
Ona była za to odpowiedzialna — może nie winna, wedle moralistycznej definicji, ale odpowiedzialna.
Postanowienie umocniło się w niej. Jeśli pogoda nie przeszkodzi temu, poleci go szukać.
Sama? Tak. Hugh by protestował, opóźniał, może nawet zatrzymał ją siłą. Nagrała dla niego wiadomość, zastanowiła się, czy nie jest zbyt bezosobowa, ale zdecydowała się nie układać czegoś bardziej uczuciowego. Tak, chciała się pogodzić i myślała, że on też chce, ale płaszczyć się nie będzie. Znowu włożyła ubranie polowe, dodała do niego kurtkę wkładając do kieszeni kilka kostek koncentratu i wyszła.
Wiatr szalał wokół niej, huu-huu, niczym potop, przez który musiała się przedzierać. Chmury skupiły się ciężkie i niskie. Czerwone tam, gdzie kryła się za nimi Argo. Zdawało się, że olbrzymia planeta przelatuje pośród poszarpanych zasłon. Na podwórzu wznosiły się tumany kurzu siekąc ją po skórze. Poza nią na zewnątrz nie było nikogo.
W hangarze włączyła komputer, by podał jej ostatnią prognozę. Była zła, ale nie przerażająca, pomyślała. (A jeśli się rozbije, to co to za strata, dla niej czy kogokolwiek innego?)
— Wracam na pole badań — powiedziała do mechanika. Próbował ją odwieść Od tego zamiaru, ale zażądała posłuszeństwa stosownie do swego statusu. Nigdy nie lubiła tego, ale duchy starej ojczyzny nauczyły ją, jak się to robi.
— Żadnych sprzeciwów — rzekła. — Proszę przygotować się do otwarcia hangaru i udzielenia mi pomocy, gdyby było trzeba. To rozkaz.
Mały pojazd dygotał i uderzał w grunt. Start wymagał dużej sprawności — miała trochę kłopotów, gdy podmuch nieomal ją przewrócił — ale gdy znalazła się w powietrzu, śmigacz uparcie sunął naprzód. Uniósłszy się ponad pokrywę Chmur zobaczyła, jak faluje niczym morze, Argo zaś wystaje jak daleki szczyt, a gwiazdy i inne księżyce błyskają nad głową. Na północy gromadziła się jeszcze głębsza i wyższa ciemność — czoło burzy. Pogoda naprawdę się pogorszy w ciągu najbliższych paru godzin. Jeśli szybko nie wróci, to lepiej się w ogóle nie wybierać.
Lot na pole bitwy zabrał niewiele czasu. Kiedy pilot inercyjny dowiózł ją na miejsce, zatoczyła krąg, włożyła hełm na głowę i włączyła nadajnik. Jej puls stał się nieregularny; w ustach zaschło.
— A’i’ach — wyszeptała — bądź żywy, proszę cię, bądź żywy.
Zapaliło się zielone światełko; przynajmniej jego nadajnik znajdował się na polanie. A on? Musiała siłą woli wprowadzić się w stan kontaktu psychicznego.
Słabość, ból, szelest liści, hałas uderzających o siebie gałęzi…
— A’i’ach, wytrzymaj, ląduję!
Poryw radości. Tak, odebrał jej wezwanie.
Lądowanie na pewno będzie ryzykowne. Pojazd potrafił opuszczać się pionowo, miał znakomity radar i sonar, komputer i manipulatory, które samodzielnie przeprowadzały większość manewrów. Niemniej jednak nie było w dole zbyt wiele wolnego miejsca; polanę przedzielała na dwie części rozpadlina i choć otaczający las służył jako dość dobra zasłona od wiatru, jednak mogą się trafić złośliwe powiewy i zawirowania.
— Boże, zawierzam ci siebie — powiedziała i raz jeszcze, tak jak wiele razy poprzednio, pomyślała, jak ciężko Hughowi musi być z jego ateizmem.
Mimo to, jeśli odczeka jeszcze chwilę, straci całą odwagę. W dół! Opadanie było gwałtowniejsze, niż się spodziewała. Najpierw wpadła w kłębowisko chmur, potem już była pod nimi, ale w szponach wściekłego wichru, wreszcie ujrzała, jak sięgają po nią wierzchołki drzew. Pojazd kołysał się, nurkował, skręcał. Czyżby popełniła niewybaczalne głupstwo? Naprawdę nie chciała żegnać się z tym życiem…
Udało .się jej jednak i przez wiele minut siedziała bez sił. Kiedy się poruszyła, uczuła, jak całe jej ciało przenika ból minionego napięcia. Jednak cierpienie A’i’acha nie opuściło jej. Powodowana tą potrzebą odpięła pasy i ruszyła naprzód.