124946.fb2
21…A więc jednak przyniosłeś — powiedział Wieczerowski.
— Bobek — powiedziałem i położyłem teczkę na brzegu biurka. Wieczerowski skinął głową i brudną dłonią rozmazał sadze po brudnym policzku.
— Oczekiwałem tego — powiedział. — Co prawda, nie tak szybko.
— Czy jest tu ktoś? — zapytałem.
— Nie ma nikogo — odpowiedział. — Tylko my dwaj. My i Wszechświat — spojrzał na swoje ręce i skrzywił się. — Daruj, ale jednak się umyję.
Wyszedł, a ja usiadłem na oparciu fotela i rozejrzałem się dookoła. Pokój wyglądał tak, jakby w nim wybuchł ładunek czarnego prochu. Plamy czarnego kopciu na ścianach. Cieniutkie nitki sadzy latające w powietrzu. Jakiś żółty, nieprzyjemny nalot na suficie. I nieprzyjemny chemiczny smród, kwaśny i gryzący. Parkiet zeszpecony zwęglonymi wgłębieniami dziwacznego okrągłego kształtu. I ogromne, zwęglone wgłębienie na parapecie, jakby ktoś na nim rozpalił ognisko. Wieczerowski musiał nieźle użyć.
Spojrzałem na biurko. Było zawalone papierami. Na środku leżała otwarta jedna z ogromnych redaktorskich teczek Weingartena, druga leżała obok zawiązana tasiemkami. I jeszcze leżała na biurku staroświecka, mocno zniszczona teczka w marmurkowej okładce z przyczepioną karteczką, na której napisane było na maszynie: "USA — Japonia. Wpływ kulturalny. Materiały". I poniewierały się jakieś kartki, zapełnione, jeśli dobrze zrozumiałem, elektronicznymi schematami, na jednym było napisane "Gubar Z., a poniżej drukowanymi literami "Feddingi". A z boku leżała moja nowiutka biała teczka. Wziąłem ją i położyłem sobie na kolanach.
Woda w łazience przestała szumieć i po małej chwili Wieczerowski powiedział:
— Dima, chodź tutaj. Będziemy pili kawę.
Jednakże kiedy wszedłem do kuchni, żadnej kawy tam nie było, a na środku stołu stała butelka koniaku i dwa kieliszki niespotykanego kształtu. Wieczerowski zdążył nie tylko się umyć, ale i przebrać. Swoją wykwintną marynarkę z ogromną dziurą wypaloną nad górną kieszonką i kremowe spodnie wymazane sadzą zmienił na zamszowy miękki domowy garnitur. Bez krawata. Jego umyta twarz była nienormalnie blada i dlatego wyraźniej niż zwykle ujawniły się liczne piegi, pasmo mokrych rudych włosów spadało na ogromne guzowate czoło. I jeszcze coś niezwykłego było na jego twarzy oprócz bladości. I dopiero kiedy się uważnie przyjrzałem, zrozumiałem, że ma osmalone brwi i rzęsy. Tak, Wieczerowski użył jak pies w studni.
— Dla uspokojenia nerwów — powiedział rozlewając koniak. — Prosit!
To był "Achtamar", niezwykle rzadki na naszych szerokościach ormiański koniak. Wypiłem jeden łyczek i posmakowałem. Znakomity koniak. Wypiłem jeszcze łyk.
— Nie zadajesz pytań — powiedział Wieczerowski, patrząc na mnie przez szkło kieliszka. — To pewnie bardzo trudne. A może nie?
— Nie — odpowiedziałem. — Ja nie mam żadnych pytań. Do nikogo. — Oparłem łokieć o swoją białą teczkę. — Za to mam odpowiedź. I to też — jedną, jedyną… Słuchaj, przecież oni ciebie zabiją.
Znanym ruchem uniósł w górę osmalone brwi i wypił trochę koniaku.
— Nie sądzę. Spudłują.
— W końcu trafią.
— A la guerre comme a la guerre — powiedział Wieczerowski i wstał. — No tak. A więc teraz, kiedy uspokoiliśmy nerwy, możemy napić się kawy i o wszystkim porozmawiać.
Patrzyłem w jego przygarbione plecy, kiedy zręcznie manewrując swoją aparaturą, przygotowywał kawę.
— Nie ma o czym rozmawiać — powiedziałem. — Ja mam syna.
I moje własne słowa jakby włączyły we mnie jakiś mechanizm. Od chwili, w której przeczytałem depeszę, wszelkie moje myśli i uczucia były jakby znieczulone, a teraz nagle odrętwienie ustąpiło, wszystko ruszyło pełną parą — powróciło przerażenie, wstyd, rozpacz, poczucie bezsilności i jasno, nie do zniesienia, uświadomiłem sobie, że dokładnie od tej sekundy między mną a Wieczerowskim na zawsze legła nieprzekraczalna linia, z ognia i dymu, przed którą zatrzymałem się na całe życie, a Wieczerowski pójdzie dalej poprzez wybuchy, dym i błoto niewiadomych mi bitew, zniknie w jadowitoszkarłatnej łunie, i będziemy już tylko witać się skinieniem głowy, kiedy przypadkiem spotkamy się na schodach… A ja zostanę po tej stronie granicy razem z Weingartenem, z Zacharem, z Głuchowem — będziemy pić herbatę albo piwko, albo wódeczkę, doprawiając ją piwkiem, plotkować o intrygach i zmianach personalnych, gromadzić forsę na zaporożca, ze znudzeniem, bez ochoty, ślęczeć nad zaplanowanym tematem… Zresztą, nie zobaczę już nigdy więcej ani Weingartena, ani Zachara. Nie będziemy mieli sobie nic do powiedzenia i głupio się nam będzie spotykać, przykro patrzeć na siebie, trzeba będzie kupować wódkę albo portwein, przytępić wstyd, żeby nie mdliło… Oczywiście, zostanie mi jeszcze Irka, i Bobek będzie zdrowy i cały, ale on już nigdy nie wyrośnie na takiego, jakiego chciałbym wychować. Dlatego, że teraz już nie będę miał prawa chcieć. Dlatego, że już nigdy więcej nie będzie mógł być dumny ze mnie. Dlatego, że ja będę tym właśnie ojcem, który "też mógł kiedyś dokonać wielkiego odkrycia, ale ze względu na ciebie…". Niechaj będzie przeklęta ta minuta, kiedy w mojej skretyniałej głowie urodziły się te obłąkane M-kawerny!
Wieczerowski postawił przede mną filiżankę z kawą, sam usiadł naprzeciw i precyzyjnym, wykwintnym ruchem wlał do kawy resztki koniaku z kieliszka.
— Mam zamiar wyjechać — powiedział. — Najprawdopodobniej rzucę instytut. Wyszukam sobie jakieś dalekie miejsce, zapewne na Pamirze. Wiem, że tam poszukują meteorologów na sezon jesienno-zimowy.
— A co ty wiesz o meteorologii? — zapytałem tępo, a sam pomyślałem: Przed tym nie ukryjesz się na żadnym Pamirze, i na Pamirze cię odnajdą.
— Nie sądzę, żeby to była wielka filozofia — stwierdził Wieczerowski. — Tam nie są potrzebne jakieś szczególne kwalifikacje.
— No i bardzo głupio — powiedziałem.
— Co głupio? — zainteresował się Wieczerowski.
— Pomysł głupi — powiedziałem. Nie patrzyłem na niego. — Jaki będzie z tego pożytek, jeśli ty, wybitny matematyk, zostaniesz dyżurnym synoptykiem? Myślisz, że oni cię nie znajdą? Jeszcze jak znajdą!
— A co ty proponujesz? — zapytał Wieczerowski.
— Wyrzuć to wszystko do zsypu — powiedziałem, z trudem obracając językiem. — I rewertazę Weingartena, i tę całą "Wymianę kulturalną", i to… — popchnąłem do niego swoją teczkę po gładkiej powierzchni stołu. — Wyrzuć wszystko i zajmij się swoją robotą!
Wieczerowski patrzył na mnie w milczeniu przez potężne okulary, pomrugał osmalonymi rzęsami, następnie nasunął na oczy resztki brwi i zatopił spojrzenie w swojej filiżance.
— Przecież jesteś jedynym specjalistą — powiedziałem. — Przecież drugiego takiego nie ma w całej Europie.
Wieczerowski milczał.
— Masz swoją robotę! — wrzasnąłem, czując, jak mnie coś ściska za gardło. — Pracuj! Pracuj, do cholery! Po diabła się mieszasz w nasze sprawy?
Wieczerowski długo i głośno westchnął, odwrócił się do mnie bokiem, plecy i kark oparł o ścianę.
— A więc jednak nie zrozumiałeś… — powiedział wolno i w jego głosie zabrzmiało absolutnie niestosowne zadowolenie z siebie. — Moja robota… — nie odwracając głowy spojrzał na mnie rudym okiem. — Za moją pracę już drugi tydzień maglują mnie jak starą powłoczkę. Nie macie z tym nic wspólnego, moje biedne jagniątka, kotki-pieseczki. Ale jednak umiem panować nad sobą, co?
— Niech cię szlag trafi! — powiedziałem i wstałem, żeby wyjść.
— Siadaj! — powiedział surowo, i ja usiadłem.
— Wlej koniak do kawy — powiedział, i ja usłuchałem.
— Wypij — powiedział, i ja opróżniłem filiżankę, nie czując smaku.
— Kabotyn — powiedziałem — jest w tobie coś z Weingartena.
— Jest — zgodził się Wieczerowski. — I nie tylko z Weingartena. Z ciebie, z Zachara, z Głuchowa… Najwięcej z Głuchowa. — Ostrożnie nalał sobie świeżej kawy. — Najwięcej z Głuchowa — powtórzył. — Spokojnie żyć, za nic nie odpowiadać… Bądźmy trawą i krzewami, bądźmy wodą i kwiatami… Zapewne irytuję cię, prawda?
— Tak — powiedziałem.
Wieczerowski skinął głową.
— To naturalne. Ale nic na to nie poradzimy. Chcę, byś pomimo wszystko zrozumiał, co się dzieje. Ty, mam wrażenie, wyobraziłeś sobie, że zamierzam iść z gołymi rękami na czołgi. Nic podobnego. Mamy do czynienia z prawem natury. Walczyć z prawami natury — głupio. A kapitulować przed prawami natury — wstyd. W ostatecznym rezultacie również głupio. Prawa natury należy badać, a po zbadaniu — wykorzystać. To jest jedyne możliwe wyjście. Tym właśnie zamierzam się zająć.
— Nie rozumiem — powiedziałem.
— Zaraz zrozumiesz. Przed historią z nami to prawo nie przejawiało się w żaden sposób, w każdym razie nic o tym nie wiemy. Chociaż może nie przypadkiem Newton zajął się komentowaniem Apokalipsy, a Archimedesa zarąbał pijany żołnierz… Ale to oczywiście tylko domysły… Nieszczęście polega na tym, że prawo to przejawia się w jeden jedyny sposób — poprzez nieludzkiej siły presję. Presję niebezpieczną dla psychiki i nawet dla życia. Ale na to niestety nic nie poradzimy. Koniec końców, to wcale nie jest takie rzadkie w historii nauki. Mniej więcej to samo było przy badaniu radioaktywności, wyładowań burzowych i z nauką o wielości zamieszkanych światów… Być może z czasem nauczymy się odprowadzać ten nacisk w bardziej bezpieczne dziedziny, a nawet wykorzystywać w konkretnych celach… Ale teraz nie ma rady — trzeba ryzykować — i znowu, wcale nie pierwszy raz w historii nauki. Chciałbym, abyś zrozumiał, że w istocie rzeczy nic jakościowo nowego i niezwykłego w naszej sytuacji nie zaistniało.
— Po co mam to rozumieć? — zapytałem posępnie.
— Nie wiem. Może będzie ci lżej. A poza tym jeszcze chciałbym, żebyś zrozumiał — to nie na jeden dzień ani nawet na jeden rok. Myślę, że nawet nie na jedno stulecie. Nie ma się dokąd spieszyć — powiedział z uśmiechem. — Przed nami jeszcze miliard lat. Ale zaczynać można, i trzeba, już teraz. A ty… no cóż, przyjdzie ci poczekać. Aż Bobek przestanie być dzieckiem. Aż przywykniesz do tej myśli. Dziesięć lat, dwadzieścia lat nie odgrywa tu żadnej roli.
— Jeszcze jak odgrywa — powiedziałem, czując na swojej twarzy krzywy, wstrętny uśmieszek. — Za dziesięć lat będę kompletnie do niczego. A za dwadzieścia lat będzie mi już zupełnie wszystko jedno.
Wieczerowski nie odpowiedział nic, wzruszył ramionami i zaczął nabijać fajkę. Tak, oczywiście, bardzo chciał mi pomóc. Narysować jakąś perspektywę, udowodnić, że ja wcale nie jestem takim tchórzem, a on — bohaterem. Jest po prostu dwóch uczonych, zajmujemy się jednym zagadnieniem, tylko z obiektywnych przyczyn on może teraz pracować nad nim, a ja nie. Ale nie było mi lżej. Dlatego, że on pojedzie na Pamir i będzie tam siedzieć nad rewertazą Weingartena, nad feddingami Zachara, nad swoją niepojętą matematyką i wszystkim innym, a w niego będą walić piorunami kulistymi, nasyłać upiory odmrożonych alpinistów, a zwłaszcza alpinistki, spuszczać lawiny, demolować wokół niego czas i przestrzeń, i wreszcie go wykończą. A może nie wykończą. I może ustali tam prawidłowości powstawania piorunów kulistych i najść odmrożonych alpinistek… A może tego wszystkiego w ogóle nie będzie, będzie sobie spokojnie ślęczał nad naszymi bazgrołami i szukał — gdzie, w jakim punkcie przecięcia wnioski o teorii M-kawern i wnioski z ilościowej analizy wpływów kulturalnych USA na Japonię krzyżują się, i to na pewno będzie bardzo dziwny punkt przecięcia, i zupełnie możliwe, że w tym punkcie odnajdzie kluczyk do całej tej złowieszczej mechaniki, a nawet, być może, klucz do sterowania nią… A ja zostanę w domu, jutro odbiorę z lotniska Bobka i teściową, i wszyscy razem pójdziemy kupować półki na książki.
— Zatłuką cię tam — powiedziałem bez nadziei.
— Niekoniecznie — powiedział Wieczerowski. — A poza tym przecież ja tam nie będę sam… i nie tylko tam… i nie tylko ja…
Patrzyliśmy sobie w oczy, i za grubymi szkłami jego okularów nie było ani napięcia, ani wysilonej odwagi, ani płomiennego poświęcenia — tylko wyłącznie rudy spokój i rude przekonanie, że wszystko powinno być właśnie tak i tylko tak.
I już nic więcej nie powiedział, a mnie się wydawało, że mówi. Nie ma się dokąd spieszyć — mówi. Do końca świata jeszcze miliard lat, mówi. Można wiele, bardzo wiele zrobić, jeśli rozumieć i nie poddawać się, nie poddawać się i rozumieć. I jeszcze wydawało mi się, że mówi: "Umiał na papierze bazgrać w blasku świeczki! Wiedział, za co umiera na brzegu Czarnej Rzeczki…". A w uszach brzmiał jego zadowolony śmiech, postękiwanie wellsowskiego Marsjanina.
Spuściłem oczy. Siedziałem skulony, przyciskając oburącz do brzucha swoją białą teczkę, i powtarzałem w myśli po raz dziesiąty, po raz dwudziesty powtarzałem w myśli: "…I odtąd wciąż widzę przed sobą kręte, ślepe, ciemne ścieżki prowadzące donikąd…".