124946.fb2 Miliard lat przed koncem swiata - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 3

Miliard lat przed koncem swiata - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 3

ROZDZIAŁ 3

5…poleżał chwilę na plecach, bez pośpiechu przychodząc do siebie. Pod oknem na całego grzmiały już przyczepy ciężarówek, a w mieszkaniu było cicho. Z wczorajszego dnia pozostał tylko lekki szum w głowie, metaliczny posmak w ustach i jakaś nieprzyjemna zadra w duszy czy też może w sercu, zresztą Bóg jeden wie gdzie. Zaczął medytować nad tą drzazgą, ale wtedy ostrożnie zadzwonił dzwonek u drzwi. A, to pewnie Pawłowicz z kluczami, domyślił się i pośpiesznie wyskoczył z łóżka.

Idąc przez przedpokój, machinalnie zauważył, że kuchnia jest starannie posprzątana, a drzwi do pokoju Bobka zamknięte i od wewnątrz zasłonięte makatką. Lidka śpi. Wstała, zmyła naczynia, a potem znowu chrapnęła.

Kiedy walczył z zamkiem, dzwonek znowu delikatnie zabrzęczał.

— Zaraz, zaraz… — schrypniętym, zaspanym głosem powiedział Malanow. — Chwileczkę, Arnoldzie Pawłowiczu…

Ale to wcale nie był Arnold Pawłowicz. Szurając podeszwami po gumowej wycieraczce, w progu stał absolutnie nie znany młody człowiek. W dżinsach, w czarnej koszuli z podwiniętymi rękawami i w olbrzymich ciemnych okularach. Malanow jeszcze zdążył zauważyć, że w głębi klatki schodowej majaczy dwóch identycznych, w przeciwsłonecznych okularach, ale natychmiast o nich zapomniał, ponieważ pierwszy powiedział nagle „Jestem z prokuratury” i pokazał Malanowowi jakąś legitymację. Otwartą.

„Cała przyjemność po mojej stronie!” — przeleciało przez głowę Malanowa. Tego należało oczekiwać. Czuł się zdecydowanie nieswojo. Stał w kąpielówkach i tępo patrzył w otwartą legitymację. Widział zdjęcie, jakieś podpisy i pieczątki, ale jego zdezorganizowane zmysły zarejestrowały tylko jedno: „Ministerstwo Sprawiedliwości”. Wersalikami.

— Tak… — wyszeptał. — Naturalnie. Proszę wejść. A o co chodzi?

— Dzień dobry — powiedział młody człowiek nad wyraz grzecznie. — Dymitr Malanow to pan?

— Tak.

— Chciałem zadać kilka pytań, jeśli pan łaskaw.

— Proszę bardzo, proszę… — powiedział Malanow. — Przepraszam za bałagan… dopiero co wstałem… Może lepiej pójdziemy do kuchni?… Chociaż nie, tam jest teraz słońce… Dobrze, niech będzie tutaj, zaraz posprzątam.

Młody człowiek wszedł do dużego pokoju, taktownie stanął na środku, rozejrzał się bez skrępowania, a Malanow byle jak zebrał pościel, włożył koszulę, wciągnął dżinsy, dopadł okna, otworzył je i odsunął zasłony.

— Proszę usiąść tu, w tym fotelu… A może będzie panu wygodniej za biurkiem? Co się właściwie stało?

Ostrożnie, wymijając leżące na podłodze kartki papieru, młody człowiek podszedł do fotela, usiadł i położył na kolanach swoją papierową teczkę.

— Poproszę dowód osobisty — powiedział.

Malanow przekopał szufladę, znalazł dowód i okazał.

— Kto tu jeszcze mieszka? — zapytał gość, studiując dowód.

— Żona… syn… Tylko że teraz ich nie ma. Są w Odessie… na urlopie… u teściowej…

Przybyły położył dowód na swojej teczce i zdjął ciemne okulary. Zwyczajny, nieco prostacki z wyglądu młody człowiek. Z żadnej tam prokuratury, już raczej subiekt sklepowy. Albo, powiedzmy, monter telewizyjny z zakładu naprawczego.

— Pozwoli pan, że się przedstawię — powiedział. — Jestem Igor Pietrowicz Zykow, prokurator.

— Bardzo mi miło — powiedział Malanow.

W tym momencie przyszło mu do głowy, że przecież, do diabła, nie jest żadnym przestępcą kryminalnym, że przecież, do diabła, jest samodzielnym pracownikiem naukowym i ma tytuł kandydata nauk. A nie jakimś tam pętakiem, jeśli już o tym mowa. Założył nogę na nogę, usiadł wygodniej i powiedział sucho:

— Słucham pana.

Igor Pietrowicz uniósł oburącz swoją teczkę, także założył nogę na nogę, odłożył teczkę na kolano, zapytał:

— Czy zna pan Arnolda Pawłowicza Sniegowoja?

To pytanie nie zaskoczyło Malanowa. Nie wiadomo dlaczego, dla niego samego nie było jasne dlaczego — oczekiwał, że wypytywać go będą albo o Weingartena, albo o Arnolda Pawłowicza. Dlatego równie sucho odpowiedział:

— Tak. Znam pułkownika Sniegowoja.

— A skąd pan wie, że on jest pułkownikiem? — niezwłocznie zainteresował się Igor Pietrowicz.

— No, jak by to panu wyjaśnić… — odparł wymijająco Malanow. — Bądź co bądź znamy się dosyć dawno…

— Jak dawno?

— N-no… myślę, że z pięć lat… od czasu, kiedy się tu sprowadziliśmy…

— A w jakich okolicznościach zawarliście znajomość? Malanow zaczął sobie przypominać. Rzeczywiście, w jakich okolicznościach? Do diabła… Kiedy po raz pierwszy przyniósł klucz czy co?… Nie, wtedy już się znaliśmy…

— Hm… — powiedział Malanow, zdjął nogę z nogi i podrapał się w kark. -Wie pan: nie pamiętani. Pamiętam tylko… Winda się zepsuła, a Irena — to moja żona — wracała ze sklepu z synem i z zakupami… Arnold Pawłowicz wziął od niej siatkę i dziecko… Żona zaprosiła go do nas… Zdaje się, że tego samego dnia wieczorem przyszedł…

— Był w mundurze?

— Nie — odpowiedział z przekonaniem Malanow.

— Tak… A więc wtedy zaczęła się wasza przyjaźń?

— No, może to przesada. Przychodzi czasami do nas… przynosi książki, od nas pożycza… czasami pijemy razem herbatę… a kiedy jedzie na delegację, zostawia u nas klucze…

— Po co?

— Jak to po co? — zdziwił się Malanow. — Mało co…

A rzeczywiście — po co? Jakoś mi to nigdy nie przyszło do głowy. Zapewne tak, na wszelki wypadek…

— Zapewne po prostu na wszelki wypadek — powiedział Malanow. — Na przykład, może jakiś krewny przyjechać… albo coś w tym rodzaju…

— Ktoś przyjeżdżał?

— Ależ nie… Jeśli dobrze pamiętam — nie przyjeżdżał. W każdym razie przy mnie. Być może żona coś będzie wiedziała na ten temat…

Igor Pietrowicz z zadumą pokiwał głową i następnie zapytał:

— A czy kiedykolwiek rozmawiał z nim pan o nauce, o pracy? Znowu o pracy.

— O czyjej pracy? — ponuro zapytał Malanow.

— Oczywiście, o jego. Przecież on, zdaje się, był fizykiem?

— Nie mam pojęcia. Chyba raczej już konstruktorem rakiet.

Jeszcze nie zakończył zdania, kiedy mu mróz przeszedł po skórze. Jak to był? Dlaczego był? Nie przyniósł klucza… O Boże, co się tam stało? Był już gotów wrzasnąć na całe gardło: „W jakim to sensie był?”, ale w tym momencie Igor Pietrowicz kompletnie zbił go z pantałyku. Błyskawicznym gestem florecisty wyrzucił dłoń w kierunku Malanowa i sprzed nosa porwał mu jakiś brudnopis.

— A to skąd u pana? — zapytał ostro i jego spokojna twarz nagle drapieżnie schudła. — Skąd to pan ma?

— Przep… przepraszam — powiedział Malanow wstając.

— Niech pan siedzi! — krzyknął Igor Pietrowicz. Jego niebieskie oczka biegały po twarzy Malanowa. — Jak te dane trafiły do pana na biurko?

— Jakie dane? — wyszeptał Malanow. — Jakie dane, do cholery? — zaryczał. — To są moje obliczenia!

— To nie są pańskie obliczenia — zimno zaprzeczył Igor Pietrowicz, również podnosząc głos. -Ten wykres, na przykład — skąd go pan ma?

Pokazał z daleka kartkę i postukał paznokciem po krzywej gęstości.

— Z głowy! — powiedział z furią Malanow. — Z tej właśnie! — uderzył się pięścią w ciemię. -To jest zależność gęstości od odległości gwiazdy!

— To jest krzywa wzrostu przestępczości w naszym rejonie w ciągu ostatniego kwartału! — stwierdził Igor Pietrowicz.

Malanow oniemiał. A Igor Pietrowicz, pogardliwie wydymając wargi, kontynuował:

— Nawet skopiować przyzwoicie pan nie potrafił… Przecież ona biegnie nie tak, tylko tak… — Z tymi słowy Igor Pietrowicz wziął ołówek Malanowa, zerwał się na nogi, położył kartkę na biurku i zaczął, mocno przyciskając ołówek, rysować nad krzywą gęstości jakąś łamaną linię, pomrukując przy tym: — O tak… A tutaj nie tak, tylko tak… — zakończył, złamał grafit, odrzucił ołówek, z powrotem usiadł, spojrzał na Malanowa z litością i powiedział: — Ech, Malanow, Malanow, rutynowany przestępca, człowiek z takimi kwalifikacjami, a postępuje jak niedoświadczony frajer…

Skamieniały Malanow przeniósł wzrok z wykresu na twarz Igora Pietrowicza i z powrotem na wykres. To się w ogóle nie mieściło w głowie. Nie mieściło się do takiego stopnia, że nie miały sensu ani słowa, ani krzyk, ani milczenie. I jeśli już patrzeć prawdzie w oczy do końca, w tej sytuacji należało się po prostu obudzić.

— No, a pańska żona jest w dobrych stosunkach ze Sniegowojem? — zapytał Igor Pietrowicz poprzednim, tak uprzejmym, że aż bezbarwnym głosem.

— W dobrych… — odparł tępo Malanow.

— Jest z nim na „ty”?

— Niech pan posłucha — powiedział Malanow. — Zniszczył mi pan wykres. Co to ma w końcu znaczyć?

— Jaki wykres? — zdziwił się Igor Pietrowicz.

— Ten, co tu leży…

— Ach ten! To nieistotne. Śniegowej przychodzi tu w czasie pana nieobecności?

— Nieistotne — powtórzył za nim Malanow. — Wie pan, może to dla pana jest nieistotne — powiedział, spiesznie zbierając z biurka papiery i byle jak wpychając je do szuflad. — Siedzi człowiek, haruje jak głupi, potem przychodzą tacy różni i mówią, że to nieistotne — mamrotał siedząc w kucki i zbierając z podłogi brudnopisy.

Igor Pietrowicz obserwował go z idealną obojętnością, starannie wkręcając papieros w cygarniczkę. Kiedy Malanow, zły i spocony, sapiąc wrócił na swoje miejsce, Igor Pietrowicz zapytał uprzejmie:

— Czy pozwoli pan, że zapalę?

— Pozwolę — powiedział Malanow. — Tu jest popielniczka… I wie pan, proszę szybciej pytać o to, co pana interesuje. Ja mam pilną pracę.

— To zależy tylko od pana — oświadczył Igor Pietrowicz, delikatnie wydmuchując dym kątem ust, żeby smuga ominęła Malanowa. A więc na przykład pytanie następujące: — Jak pan zwykle mówi o Śniegowoju — pułkownik, po nazwisku czy też Arnold Pawłowicz?

— Czasem tak, a czasem inaczej — burknął Malanow. — Co panu za różnica, jak ja go nazywam?

— Pułkownikiem też go pan nazywa?

— Też. No i co z tego?

— To bardzo dziwne — powiedział Igor Pietrowicz, ostrożnie strząsając popiół. — Bo widzi pan, Śniegowej został mianowany pułkownikiem dopiero przedwczoraj.

To był cios. Malanow milczał, czując, jak jego twarz robi się purpurowa.

— A więc skąd pan wiedział, że Śniegowej dostał awans na pułkownika?

Malanow machnął ręką.

— Dobrze już — powiedział. — Co tam…To tak, dla szpanu… Nie wiedziałem, że jest pułkownikiem… czy może tam podpułkownikiem. Po prostu byłem u niego wczoraj i zobaczyłem płaszcz z dystynkcjami… patrzę — pułkownik…

— A kiedy był pan wczoraj u niego?

— Wieczorem. Późno… Pożyczyłem od niego książkę…Tę właśnie…

Niepotrzebnie się wygadał o książce. Igor Pietrowicz natychmiast zabrał się do książki i zaczął ją przeglądać, a Malanow spłynął zimnym potem, ponieważ nie miał pojęcia, co to za książka i o czym.

— A w jakim to jest języku? — z roztargnieniem zapytał Igor Pietrowicz.

— E… — wymamrotał, po raz drugi spływając zimnym potem, Malanow — po angielsku, jak należy przypuszczać…

— Chyba raczej nie — powiedział Igor Pietrowicz wpatrzony w tekst. -To przecież cyrylica, a nie łaciński alfabet… O! To przecież rosyjski!

Malanow spocił się po raz trzeci, ale Igor Pietrowicz odłożył książkę na miejsce, rozsiadł się w fotelu, wsadził na nos swoje czarne okulary i wlepił je w Malanowa. A Malanow nie odrywał oczu od Igora Pietrowicza, starając się nie mrugać i nie spoglądać w bok. W głowie kołatało mu, co następuje: ty sukinsynu, ty zawszony kapitanie Konkassor… nie powiem, gdzie są nasi…

— Do kogo ja jestem podobny, pana zdaniem? — nagle zapytał Igor Pietrowicz.

— Do ekspedienta! — palnął bez zastanowienia Malanow.

— Źle — powiedział Igor Pietrowicz. — Niech pan spróbuje jeszcze raz.

— Nie wiem… — wydukał Malanow.

— Źle! Powiedziałbym — bardzo źle! Fatalnie. Dziwne ma pan wyobrażenie o naszych organach ścigania… Coś podobnego — ekspedient!

— No więc do kogo? — zapytał tchórzliwie Malanow.

Igor Pietrowicz dydaktycznie potrząsnął przed sobą okularami.

— Do niewidzialnego człowieka! — oznajmił z naciskiem.

Zamilkł. Zapadła dotykalna, jak z waty, cisza, nawet ciężarówki przestały wyć za oknem. Do Malanowa nie docierał żaden dźwięk i ponownie z udręką zapragnął się obudzić. I w tym momencie w tej ciszy zagrzmiał telefon.

Malanow wzdrygnął się. Igor Pietrowicz, zdaje się, również. Dzwonek zagrzmiał powtórnie. Malanow oparł się o poręcze fotela, nieco uniósł ciało i pytająco spojrzał na Igora Pietrowicza.

— Proszę — powiedział tamten. -To zapewne do pana.

Malanow dotarł do tapczanu i podniósł słuchawkę. To był Weingarten.

— Czołem, astrofagu — burknął. — Dlaczego nie dzwonisz, bydlaku?

— Rozumiesz… nie miałem do tego głowy…

— Z babą się zabawiasz?

— T-tak… nie. Coś ty, jakie tam baby…

— Ech, gdyby tak moja Swietka dostarczała mi swoje przyjaciółki! — powiedział Weingarten z zawiścią.

— T-tak… — wybełkotał Malanow. Cały czas czuł na plecach spojrzenie kapitana Konkassora. — Słuchaj, Walka, później do ciebie zadzwonię…

— A co tam u ciebie? — natychmiast zaniepokoił się Weingarten.

— Nic takiego… potem ci opowiem.

— Ta baba?

— Nie.

— Mężczyzna?

— Aha…

Weingarten ciężko sapał w słuchawkę.

— Słuchaj — powiedział, zniżając głos. — Zaraz do ciebie przyjadę. Chcesz?

— Nie! Tylko ciebie mi tu brakowało… Weingarten znowu zasapał.

— Słuchaj! — powiedział. — Czy on jest rudy?

Malanow mimo woli spojrzał na Igora Pietrowicza. Ku jego zdumieniu Igor Pietrowicz w ogóle na niego nie patrzył, tylko poruszając wargami czytał książkę Sniegowoja.

— Ależ skąd, co za pomysł? Dobra, później do ciebie zadzwonię…

— Zadzwoń koniecznie! — wrzasnął Weingarten. — Jak tylko on sobie pójdzie, zaraz zadzwoń!

— Dobra — powiedział Malanow i odłożył słuchawkę. Następnie wrócił na swoje miejsce mruknąwszy „pardon…”.

— Nie szkodzi, nie szkodzi — powiedział Igor Pietrowicz i odłożył książkę. — Ma pan rozległe zainteresowania, Dymitrze Alek-siejewiczu…

— T-tak… nie narzekam… — wydusił z siebie Malanow. Do diabła, żeby tak choć przez sekundę zobaczyć, co to za książka. — Drogi panie — powiedział prosząco — może byśmy tak zakończyli, jeśli można? Już druga godzina.

— Ależ rozumie się! — zawołał Igor Pietrowicz z gotowością. Z frasunkiem spojrzał na zegarek i wyciągnął z kieszeni notes. -A więc tak. Wczoraj wieczorem był pan u Sniegowoja? Zgadza się?

— Tak.

— Po tę książkę?

— T-tak… — powiedział Malanow, zdecydowany nie wdawać się więcej w szczegóły.

— O której?

— Późno… około dwunastej…

— Czy nie miał pan wrażenia, że Sniegowoj zamierza gdzieś wyjechać?

— Owszem, miałem takie wrażenie. To znaczy, nie chodzi o wrażenia… Sniegowoj po prostu sam mi powiedział, że jutro rano wyjeżdża i przyniesie mi klucze…

— Przyniósł?

— Nie. Może zresztą dzwonił do drzwi, ale ja spałem, mogłem nie usłyszeć…

Igor Pietrowicz szybko pisał, notes położył na teczce, która leżała na jego kolanie. Na Malanowa teraz w ogóle nie patrzył, nawet kiedy zadawał pytania. Spieszył się czy co?

— A Sniegowoj powiedział panu, dokąd zamierza wyjechać?

— Nie. On nigdy nie mówił, dokąd jedzie…

— Ale pan się domyślał dokąd?

— No, tak w ogóle, to się domyślałem… Na jakiś poligon albo coś w tym rodzaju…

— On panu opowiadał o tym?

— Jasne, że nie. Nigdy nie rozmawialiśmy o jego pracy.

— Więc skąd pan się domyślał?

Malanow wzruszył ramionami. Rzeczywiście, skąd? Takich rzeczy nie sposób wytłumaczyć… To jasne, że facet pracuje nad czymś niebywale tajnym, twarz poparzona, ręce… i zachowuje się odpowiednio… i to, że unika rozmów o swojej pracy…

— Nie wiem — powiedział Malanow. — Zawsze tak przypuszczałem… Nie wiem.

— Czy Śniegowej przedstawił kiedyś panu swoich przyjaciół?

— Nie, nigdy.

— A żonę?

— A czy on jest żonaty? Zawsze zdawało mi się, że jest starym kawalerem albo… no, tym… wdowcem…

— A dlaczego panu się tak zdawało?

— Nie wiem — odparł gniewnie Malanow. — Intuicja.

— A może żona panu o tym powiedziała?

— Irka? A skąd ona mogła wiedzieć?

— To właśnie chciałbym wyjaśnić.

Zapadła cisza, obaj gapili się na siebie.

— Nie rozumiem — powiedział Malanow. — Co pan chce wyjaśnić?

— Skąd pana żona wiedziała, że Śniegowej jest nieżonaty.

— E-e… A ona wiedziała o tym?

Igor Pietrowicz nie odpowiedział. Przenikliwie patrzył na Ma-lanowa, a jego źrenice w dziwaczny sposób złowieszczo zwężały się i rozszerzały. Nerwy Malanowa były napięte do ostatecznych granic. Czuł, że jeszcze sekunda i zacznie walić pięściami w biurko, bryzgać śliną i w ogóle straci twarz. Po prostu już nie mógł dłużej. W całej tej gadaninie był jakiś złowieszczy podtekst, jakaś lepka pajęczyna i w tę pajęczynę co chwila próbowano wciągnąć Irkę…

— No dobrze — powiedział nagle Igor Pietrowicz, zamykając notes… — A więc koniak trzyma pan tutaj… — pokazał palcem na barek. — A wódkę w lodówce. Co panu bardziej odpowiada? Panu osobiście.

— Mnie?

— Tak. Panu. Osobiście.

— Koniak… — powiedział ochryple Malanow i przełknął ślinę. Gardło miał wyschnięte.

— To znakomicie! — wesolutko oznajmił Igor Pietrowicz, lekko wstał i drobniutkimi kroczkami ruszył do barku. — Wszystko jest pod ręką… Ta-ak! — już gospodarował w barku. — Ach, ma pan nawet cytrynkę… troszkę zeschnięta, ale to nie szkodzi… Jakie kieliszki pan preferuje? Proponuję te, niebieściutkie…

Malanow tępo patrzył, jak Igor Pietrowicz z nieopisaną wprawą stawia na biurku kieliszki, kroi cytrynę na cieniutkie plasterki, otwiera butelkę.

— Wie pan — mówił — jeśli mam być szczery, pańska sprawa wygląda paskudnie. Oczywiście o wszystkim zadecyduje sąd, ale bądź co bądź pracuję już dziesięć lat i jakie takie doświadczenie posiadam. Przeważnie, wie pan, można przewidzieć, ile za co kto dostanie. No, kary śmierci niech się pan nie spodziewa, ale piętnaście lat, można powiedzieć, gwarantuję… — Precyzyjnie, nie uroniwszy ani kropli nalał koniak do kieliszków. — Rozumie się, zawsze mogą wyjść na jaw jakieś okoliczności łagodzące, ale chwilowo, mówiąc szczerze, takich nie widzę… Nie widzę, nie widzę, drogi panie! No… — podniósł kieliszek i zapraszająco skłonił głowę.

Zdrewniałymi palcami Malanow ujął swój kieliszek.

— W porządku… — powiedział nieswoim głosem. — Ale czy pomimo wszystko mógłby mi pan powiedzieć, co się stało?

— Ależ oczywiście! — zawołał Igor Pietrowicz. Wypił, wrzucił do ust plasterek cytryny i energicznie pokiwał głową. — Oczywiście mogę. Teraz wszystko panu opowiem. Mam do tego pełne prawo.

I opowiedział.

Dzisiaj o ósmej rano po Śniegowoja przysłano samochód, który miał go zawieźć na lotnisko. Ku zdumieniu kierowcy Sniegowoj nie czekał na niego, jak zazwyczaj, w bramie. Kierowca odczekał pięć minut, a następnie pojechał windą na górę i zadzwonił do mieszkania. Nikt mu nie otworzył, chociaż dzwonek działał — kierowca znakomicie go słyszał. Wtedy zszedł na dół i z automatu na rogu zadzwonił i zameldował o zaistniałej sytuacji. Zaczęto telefonować do Sniegowoja, ale numer był bez przerwy zajęty. Tymczasem kierowca obszedł dom i stwierdził, że w mieszkaniu Sniegowoja otwarte są wszystkie trzy okna i chociaż słońce było już wysoko, pali się światło. Kierowca niezwłocznie zameldował tym przełożonym. W związku z powyższym wezwano kompetentne osoby, które natychmiast po przybyciu wyważyły drzwi i przystąpiły do przeszukania mieszkania Sniegowoja. Stwierdzono, że wszystkie lampy są zapalone, na łóżku w sypialni leży otwarta i spakowana walizka, a sam Śniegowej siedzi przy biurku w swoim gabinecie, trzymając w jednej ręce słuchawkę telefoniczną, a w drugiej pistolet systemu „Makarow”. Ustalono, że Sniegowoj zmarł w wyniku rany w lewej skroni spowodowanej wystrzałem z tegoż pistoletu. Śmierć nastąpiła błyskawicznie, między trzecią a czwartą nad ranem.

— A co ja z tym mam wspólnego? — wychrypiał Malanow.

W odpowiedzi Igor Pietrowicz szczegółowo wyjaśnił, jak wyglądała krzywa balistyczna i jak znaleziono kulę, która przebiła czaszkę na wylot i utkwiła w ścianie.

— Ale ja, co ja mam z tym wspólnego? — pytał Malanow, żarliwie bijąc się w pierś. W tym momencie byli już po trzeciej kolejce.

— Ale żałuje go pan, prawda, że pan go żałuje? — wypytywał Igor Pietrowicz.

— Oczywiście, że żałuję… Fajny był chłop… Ale ja… Czego ode mnie chcecie? W życiu nie miałem w ręku pistoletu! Nawet jestem zwolniony ze służby wojskowej… z powodu wzroku…

Igor Pietrowicz nie słuchał go. Opowiadał szczegółowo, jak śledztwo w wyjątkowo krótkim czasie wyjaśniło, że zmarły był mańkutem, a co bardzo dziwne, zastrzelił się trzymając pistolet w prawej ręce.

— No tak, no tak! — potakiwał Malanow. — Arnold Pawłowicz rzeczywiście był mańkutem, mogę to potwierdzić… Ale ja przecież… spałem przez całą noc! A poza tym, po co miałbym go zabijać, niech pan sam pomyśli!

— No, a kto w takim razie? Kto? — czule zapytał Igor Pietrowicz.

— Skąd mogę wiedzieć? To pan powinien wiedzieć — kto.

— Pan! — przymilnie słodkawym głosem Porfiria oświadczył Igor Pietrowicz, obserwując Malanowa jednym okiem poprzez szkło kieliszka. — To pan go zabił, mój drogi!…

— Koszmar jakiś… — wymamrotał bezradnie Malanow. Miał ochotę zapłakać z rozpaczy.

W tym momencie leciutki powiew przeleciał przez pokój, poruszył zaciągniętą zasłonę i rozwścieczone południowe słońce wpadło do środka i uderzyło Igora Pietrowicza prosto w twarz. Zmrużył oczy, zasłonił je rozcapierzoną dłonią, odsunął się w fotelu i spiesznie odstawił kieliszek na biurko. Coś się z nim stało. Zamrugał oczami, poczerwieniał, podbródek mu zadrżał.

— Przepraszam… — wyszeptał zupełnie ludzkim tonem. — Przepraszam, Dymitrze Aleksiejewiczu… Być może pan… Jakoś tu…

Umilkł, ponieważ w pokoju Bobka coś upadło i rozsypało się z przeciągłym trzaskiem.

— Co to takiego? — zapytał Igor Pietrowicz czujnie. Z jego głosu znikły wszelkie ludzkie intonacje.

— Tam… ktoś jest… — powiedział Malanow i nawet nie zdążył zrozumieć, co właściwie się stało z Igorem Pietrowiczem. Olśniła go zupełnie inna myśl. — Proszę pana! — krzyknął zrywając się na nogi. — Chodźmy! Tam jest przyjaciółka mojej żony! Ona potwierdzi! Przez całą noc nigdzie nie wychodziłem, spałem…

Wpadając na siebie ruszyli do przedpokoju.

— Ciekawe, ciekawe — przygadywał Igor Pietrowicz. — Przyjaciółka żony… Zobaczymy!

— Ona potwierdzi… — mamrotał Malanow. — Zaraz pan zobaczy… Potwierdzi…

Bez pukania wpadli do pokoju Bobka i stanęli. Pokój był sprzątnięty i pusty. Lidki nie było, pościeli na tapczanie nie było, walizki nie było. A pod oknem obok skorup glinianego dzbana (Chorezm, XI wiek) siedział Kalam — ogoniasta niewinność.

— To ona? — zapytał Igor Pietrowicz, wskazując na Kalania.q

— Nie — głupio odpowiedział Malanow. — To nasz kot, mamy go od dawna… Chwileczkę, a gdzie jest Lidka? — spojrzał na wieszak. Białego prochowca także nie było. — To znaczy, że ona wyszła?

Igor Pietrowicz wzruszył ramionami.

— Zapewne — powiedział. — Tutaj jej nie ma.

Ciężkim krokiem Malanow podszedł do rozbitego dzbanka.

— Bydlę! — powiedział i dał Kalamowi w ucho.

Kalam odskoczył. Malanow przykucnął. W drobny mak. A taki był fajny dzbanek…

— A czy ona nocowała u pana? — zapytał Igor Pietrowicz.

— Tak — powiedział Malanow ponuro.

— Kiedy pan ją widział po raz ostatni? Dzisiaj?

Malanow pokręcił głową.

— Wczoraj. To znaczy właściwie dzisiaj. W nocy. Dałem jej koc, prześcieradło… — zajrzał do szuflady z bielizną pościelową Bobka. — Wszystko tu leży.

— Czy ta dziewczyna dawno mieszka u pana?

— Wczoraj przyjechała.

— A rzeczy zostawiła?

— Nie widzę ich — powiedział Malanow. — Jej prochowca też nie ma.

— Dziwne, prawda? — zapytał Igor Pietrowicz.

Malanow w milczeniu tylko machnął ręką.

— No i pies z nią — powiedział Igor Pietrowicz. — Z tymi babami tylko wieczne zawracanie głowy. Lepiej chodźmy wypić jeszcze po jednym…

Nagle drzwi wejściowe otworzyły się i do przedpokoju…

6…drzwi windy, zahuczał silnik… Malanow został sam.

Długo stał w pokoju Bobka wsparty ramieniem o futrynę, ogólnie rzecz biorąc nie myśląc o niczym. Nie wiadomo skąd pojawił się Kalam, nerwowo podrygując ogonem, wyminął Malanowa, pomaszerował na klatkę schodową i zaczął lizać cementową podłogę.

— No dobrze — powiedział Malanow, odlepił się wreszcie od framugi i poszedł do dużego pokoju. W pokoju było nadymione, na biurku stały zapomniane trzy błękitne kieliszki — dwa puste i jeden nalany do połowy — słońce zawędrowało już na regały.

— Zabrał ze sobą butelkę… — powiedział Malanow. — Niebywałe!

Chwilę posiedział w fotelu, dopił swój koniak. Za oknem warczało i łomotało, przez otwarte drzwi dobiegał ze schodów krzyk dzieci i hałas windy. Śmierdziało kapustą. Malanow wreszcie wstał, pokonał przedpokój, uderzając ramieniem o futrynę, powłócząc nogami wyszedł na schody i stanął przed drzwiami Sniegowoja. Drzwi były opieczętowane, a na zatrzasku widniała wielka lakowa pieczęć. Ostrożnie dotknął jej końcami palców i gwałtownie cofnął rękę. Wszystko było prawdą. Wszystko, co się stało — stało się. Obywatel Związku Radzieckiego, Arnold Pawłowicz Sniegowoj, pułkownik, człowiek zagadkowy, opuścił ten padół.