124946.fb2 Miliard lat przed koncem swiata - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 8

Miliard lat przed koncem swiata - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 8

ROZDZIAŁ 8

15…Być może chcesz przenocować u mnie? — zapytał Wieczerowski.

Malanow zmywał naczynia i rozważał tę propozycję. Wieczerowski nie poganiał go. Znowu poszedł do dużego pokoju, czas jakiś coś tam robił, potem wrócił z kupą śmieci w wilgotnej gazecie i wrzucił to wszystko do wiadra. Następnie wziął ścierkę i zaczął wycierać stół w kuchni.

Tak w ogóle, po tym wszystkim, co się tu dzisiaj działo, i po tych rozmowach Malanow nie bardzo miał ochotę zostać sam. Ale z drugiej strony zostawić mieszkanie i iść sobie było jakoś głupio i mówiąc szczerze, wstyd. Wychodzi na to, że mnie jednak wygryźli, pomyślał. Nie znoszę nocowania poza domem, nawet u przyjaciół. Nawet u Wieczerowskiego. Nagle zupełnie wyraźnie poczuł zapach kawy. Krucha jak płatek róży różowa filiżanka, a w niej czarodziejski napój a la Wieczerpwski. Ale jeśli się dobrze zastanowić — kto na noc pije kawę… Kawę pije się rano…

Umył ostatni talerz, postawił na suszarce, byle jak wytarł kałużę na linoleum i poszedł do dużego pokoju. Wieczerowski już tam siedział w fotelu, zwrócony twarzą do okna. Niebo za oknem było złotoróżowe, młody księżyc niczym na minarecie trwał dokładnie nad dachem wieżowca. Malanow wziął swój fotel, również odwrócił go do okna i również usiadł. Teraz rozdzielało ich biurko, na którym Filip starannie posprzątał — książki leżały równiutko jedna na drugiej, z odwiecznego kurzu nie zostało nawet śladu, wszystkie trzy ołówki i pióro spoczywały w szeregu obok kalendarza. W ogóle, w czasie kiedy Malanow mył naczynia, Wieczerowski sprzątnął pokój na wysoki połysk — tyle że nie użył odkurzacza — a sam nadal pozostał elegancki, wykwintny, bez jednej plamki na swoim kremowym garniturze. Nawet się nie spocił, co zakrawało już na kompletną fantastykę. A za to Malanow, chociaż był w fartuchu Irki, miał cały brzuch mokry. Jeśli żona ma mokry brzuch po myciu naczyń, znaczy, że mąż jest pijakiem. A jeśli mąż?…

Milcząc patrzyli, jak w wieżowcu gasną okna, jedno po drugim. Zjawił się Kalam, miauknął cichutko, wskoczył Wieczerowskiemu na kolana, zwinął się w kłębek i zamruczał. Wieczerowski delikatnie gładził go smukłą, wąską dłonią, nie odrywając oczu od świateł za oknem.

— On linieje — uprzedził Malanow.

— Nieważne — powiedział cicho Wieczerowski.

Znowu zamilkli. Teraz kiedy obok nie było spoconego, czerwonego Weingartena, kompletnie załamanego Zachara z jego straszliwym synem i takiego zwyczajnego, a zarazem zagadkowego Głuchowa, kiedy obok był tylko Wieczerowski, bezgranicznie spokojny, bezgranicznie pewny siebie, nie oczekujący od nikogo żadnych nadnaturalnych decyzji — teraz wszystko, co się zdarzyło, wydawało się może nie snem nawet, a raczej ekscentryczną powieścią i jeśli nawet to stało się naprawdę, to przecież dawno temu, a właściwie tylko zaczynało się dziać i nie miało oczywiście dalszego ciągu. Malanow odczuł nawet pewne mgliste zainteresowanie tą na wpół literacką postacią — czy facet dostał w końcu swoje piętnaście lat, czy też wszystko…

16…przypomniał sobie Sniegowoja i pistolet w kieszeni piżamy, i pieczęć na drzwiach.

— Słuchaj — powiedział Malanow — czy oni naprawdę zabili Sniegowoja?

— Kto? — nie od razu zapytał Wieczerowski.

— No… — zaczął Malanow i umilkł.

— Wszystko wskazuje na to, że Śniegowej się zastrzelił — powiedział Wieczerowski. — Nie wytrzymał.

— Czego nie wytrzymał?

— Presji. Dokonał wyboru.

To nie była fantastyczna powieść. Znowu poczułem ten znajomy już ucisk wewnątrz, wlazłem na fotel z nogami, objąłem kolana i skurczyłem się tak, że aż kości zachrzęściły. To przecież jestem ja, to wszystko dzieje się ze mną. Wieczerowskiemu to dobrze…

— Słuchaj — powiedziałem przez zęby. — Co zaszło między tobą a Głuchowem? Jakoś dziwnie z nim rozmawiałeś…

— On mnie rozgniewał — powiedział Wieczerowski.

— Czym?

Wieczerowski przez chwilę milczał.

— Nie ma odwagi zostać sam — powiedział.

— Nie rozumiem — oświadczyłem po chwili namysłu.

— Złości mnie nie to, jakiego dokonał wyboru — powiedział Wieczerowski powoli, jakby rozmyślając na głos. — Ale po co wciąż się usprawiedliwiać? A on się nie tylko usprawiedliwia, jeszcze stara się zwerbować innych. Wstyd mu być słabym wśród silnych, chce, żeby i inni byli słabi. Myśli, że wtedy będzie mu lżej. Być może ma rację, ale mnie to rozwściecza…

Słuchałem go z otwartymi ustami, a kiedy umilkł, zapytałem ostrożnie:

— Chcesz powiedzieć, że Głuchow… też jest pod presją?

— On był pod presją. I nie wytrzymał.

— Poczekaj… Jesteś pewien? Powoli odwrócił do mnie twarz.

— A ty nie zrozumiałeś? — zapytał.

— Skąd? Przecież on mówił… Słyszałem na własne uszy… Zresztą widać gołym okiem, że ten facet nawet w najśmielszych snach…To jasne!

Zresztą teraz już nie wydawało mi się takie jasne. Być może nawet wręcz przeciwnie.

— A więc nie zrozumiałeś — powiedział Wieczerowski, patrząc na mnie z ciekawością. — Hm… A Zachar zrozumiał. — Po raz pierwszy tego wieczoru wyciągnął kapciuch i niespiesznie zaczął nabijać fajkę. — Dziwne, że nie zrozumiałeś… Zresztą byłeś wyraźnie nieswój. A tymczasem zastanów się sam. Facet uwielbia kryminały, facet lubi siedzieć przed telewizorem, dziś właśnie nadają kolejny odcinek tego żałosnego filmu, a on nagle zrywa się z ulubionego fotela, pędzi do zupełnie nie znanych sobie ludzi — po co? Żeby się poskarżyć na swoje bóle głowy? — potarł zapałkę i zaczai rozpalać fajkę. Czerwonożółty ogieniek zatańczył w jego skupionych oczach. Zapachniało wonnym dymem. — A oprócz tego od razu go poznałem. Ściśle — nie od razu… Bardzo się zmienił. Kiedyś był taki wesolutki, energiczny, krzykliwy, pełen jadu… żadnego rousseauizmu, żadnych tam kieliszeczków. W pierwszej chwili nawet mi się go żal zrobiło, ale kiedy zaczął reklamować swój nowy światopogląd, rozwścieczył mnie.

Umilkł i zajął się swoją fajką.

Skuliłem się. Oto jak to wygląda. Jakby walec przejechał po człowieku. Uszedł z życiem, ale już nie jest sobą. Zdegenerowana materia… Zdegenerowany duch. Co oni z nim zrobili? Nie wytrzymał… Boże drogi, przecież można sobie wyobrazić takie ciśnienie, którego nikt nie wytrzyma…

— To znaczy, że Sniegowoja również potępiasz? — zapytałem.

— Ja nie potępiam nikogo — powiedział Wieczerowski.

— No nie, przecież wściekłeś się… na Głuchowa…

— Nie zrozumiałeś mnie — powiedział z lekkim zniecierpliwieniem Wieczerowski. — Wcale mnie nie złości wybór Głuchowa. Jakie ja mam prawo osądzać człowieka, który dokonał wyboru zostawiony sam na sam ze sobą, bez pomocy, bez nadziei… Irytuje mnie zachowanie Głuchowa już potem, kiedy wybór został dokonany. Powtarzam: Głuchow wstydzi się swojej decyzji i dlatego — tylko dlatego — stara się nawrócić innych na swoją wiarę. To znaczy, w istocie rzeczy wzmacnia i bez tego przemożną siłę. Rozumiesz mnie?

— Umysłem rozumiem — powiedziałem.

Chciałem dodać jeszcze, że Głuchowa można w pełni zrozumieć, a zrozumiawszy — wybaczyć mu, że w ogóle Głuchow znajduje się poza sferą analizy, w sferze miłosierdzia, ale nagle poczułem, że nie mogę dłużej rozmawiać. Trzęsło mnie. Bez pomocy, bez nadziei… Dlaczego właśnie ja? Co ja im zrobiłem?… Trzeba było podtrzymywać rozmowę i powiedziałem, zaciskając zęby po każdym słowie…

— W końcu istnieje takie ciśnienie, którego żaden człowiek nie wytrzyma…

Wieczerowski coś odpowiedział, ale nie usłyszałem go albo nie zrozumiałem. Nagle do mnie dotarło, że jeszcze wczoraj byłem człowiekiem, członkiem społeczności, miałem swoje troski i kłopoty, ale póki nie łamałem praw ustanowionych przez społeczność, co w końcu nie było takie trudne, zdążyło nawet wejść w krew — póki przestrzegałem tych praw, przed wszelkimi możliwymi niebezpieczeństwami chroniła mnie milicja, armia, związki zawodowe, opinia społeczna, przyjaciele, rodzina wreszcie, i teraz oto coś się przemieściło w otaczającym mnie świecie i zamieniłem się w samotnego piskorza ukrytego w norze, a wokół krążą potworne, niewyraźne cienie, którym nawet nie są potrzebne zębate pyski — wystarczy lekkie poruszenie płetwą, żeby mnie zetrzeć w pył, zmiażdżyć, obrócić w nicość… I dano mi do zrozumienia, że dopóki siedzę w swojej norze, nikt mnie nie ruszy. Gorzej — oddzielono mnie od ludzkości, jak oddziela się owcę od stada, ciągną mnie dokądś, nie wiadomo dokąd, nie wiadomo po co, a stado nie podejrzewając niczego idzie swoją drogą i odchodzi coraz dalej i dalej… Gdyby to byli wojowniczo nastrojeni Przybysze, gdyby to była straszna niszczycielska agresja z Kosmosu, z głębin oceanu, z czwartego wymiaru — o ileż byłoby mi lżej! Byłbym jednym z wielu, znalazłoby się dla mnie miejsce, znalazłaby się dla mnie robota, byłbym w szeregu obok innych! A tak, na oczach wszystkich dosięgnie mnie zagłada i nikt nic nie zauważy, a kiedy zginę, kiedy mnie zetrą w pył, wszyscy zdziwią się niepomiernie i wzruszą ramionami. Bogu dzięki, że chociaż Irki tu nie ma. Bogu dzięki, że to jej przynajmniej nie dotyczy… Bzdura! Bzdura! Obłędna bzdura! Potrząsnąłem głową z całej siły i szarpnąłem się za włosy. I cały ten koszmar tylko dlatego, że zajmuję się materią dyfuzyjną?!

— Najprawdopodobniej — powiedział Wieczerowski.

Spojrzałem na niego ze zgrozą i dopiero po chwili zrozumiałem, że mój własny krzyk jeszcze stoi mi w uszach.

— Filipie, posłuchaj, przecież w tym wszystkim nie ma ani odrobiny sensu! — powiedziałem z rozpaczą.

— Z punktu widzenia człowieka: żadnego — powiedział Wie-czerowski. — Ale przecież właśnie ludzie nie mają nic przeciwko twoim zajęciom.

— A kto ma?

— Przestań nawijać w kółko to samo! — powiedział Wieczerow-ski, i było to tak do niego niepodobne, że się roześmiałem. Nerwowo. Histerycznie. I usłyszałem w odpowiedzi zadowolony marsjański śmiech.

— Słuchaj — powiedziałem — niech ich wszystkich diabli wezmą. Lepiej napijmy się herbaty.

Bardzo się bałem, że Wieczerowski zaraz powie, że mu się spieszy, że jutro ma egzaminy studentów, że powinien skończyć rozdział, albo coś w tym rodzaju, więc dodałem pospiesznie:

— Co ty na to? Zachomikowałem jeszcze jakąś tam bombonierkę. Co tam, myślę, będę karmić Weingartena cukierkami… No?

— Z przyjemnością — powiedział Wieczerowski i wstał skwapliwie.

— Wiesz — mówiłem, kiedy szliśmy do kuchni, kiedy nalewałem wodę i stawiałem czajnik na gazie — wciąż myślę i myślę, i robi mi się ciemno przed oczami. Tak nie wolno, nie wolno. To właśnie zgubiło Sniegowoja, teraz rozumiem to świetnie. Siedział w mieszkaniu sam jak palec, zapalił wszystkie lampy, no i co mu z tego przyszło? Tej ciemności żadna lampa nie rozjaśni. Myślał, pewnie, myślał, a potem coś go popchnęło i koniec… Nie wolno tracić poczucia humoru, tyle ci powiem. To przecież jest naprawdę zabawne: taka moc, taka potęga, tyle energii — i wszystko po to, żeby przeszkodzić człowiekowi zrozumieć, co się dzieje, kiedy gwiazda trafia na obłok rozproszonej materii… Naprawdę, zastanów się nad tym! Prawda, że to zabawne?

Wieczerowski patrzył na mnie z jakimś niezwykłym wyrazem twarzy.

— Wiesz, Dima — powiedział — humorystyczny aspekt tego, tej sytuacji, jakoś mi nie przyszedł do głowy.

— No bo naprawdę… Tylko sobie wyobraź… Oni się tam zbierają i zaczynają obliczać: na etologię pierścienic dajemy sto megawatów, na forsowanie takiego a takiego projektu siedemdziesiąt pięć gigawatów, na powstrzymanie Malanowa wystarczy dziesięć… któryś się sprzeciwia — dziesięć to za mało. Trzeba mu przecież zatruć życie telefonami — to po pierwsze. Podesłać koniak i babę — to dwa… — usiadłem, ścisnąłem dłonie między kolanami. — Jak tam sobie uważasz, ale mnie to śmieszy.

— Tak — zgodził się Wieczerowski — to dosyć zabawne. Nie za bardzo. Jednak masz dosyć ubogą wyobraźnię, Dima. Nawet dziwne, że wymyśliłeś te swoje kawerny.

— Jakie znowu kawerny! — powiedziałem. — Nie było żadnych kawern. I nie będzie. Nasi chłopcy nie pękają, obywatelu prokuratorze. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, dziobata Ninka potwierdzi, że mnie tam nie było… A w ogóle mój planowy temat to IK-spektometr, a cała reszta to inteligenckie tęsknoty, kompleks Galileusza…

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Cichutko zachrypiał czajnik, gotowy zakipieć, zaczai robić "pf-pf-pf".

— No, niech ci będzie — powiedziałem — mam ubogą wyobraźnię. Proszę bardzo. Ale musisz przyznać, że jeśli odrzucić te wszystkie niemiłe szczegóły, całość wygląda niezmiernie interesująco. Wychodzi jednak na to, że oni rzeczywiście istnieją. Hę było gadania, ile przypuszczeń, ile kłamstw… wymyślili jakieś kretyńskie talerze, baalbeskie werandy, a oni pomimo wszystko istnieją. Tylko oczywiście zupełnie inaczej, niż przypuszczaliśmy… Nawiasem mówiąc zawsze byłem przekonany, że kiedy oni nareszcie się ujawnią, będą absolutnie niepodobni do wszelkich naszych wyobrażeń na ich temat…

— Jacy znowu oni? — z roztargnieniem zapytał Wieczerowski. Zapalał właśnie zgasłą fajkę.

— Przybysze — odpowiedziałem. — Albo też, wyrażając się naukowo — supercywilizacja.

— A — powiedział Wieczerowski. — Rozumiem. Rzeczywiście nikt jeszcze nie wymyślił, że będą podobni do śledczego z zaburzeniami zachowania.

— Dobra, dobra — powiedziałem. Wstałem i zacząłem ustawiać na stole wszystko potrzebne do picia herbaty. — Ja mam może ubogą wyobraźnię, ale ty widocznie nie masz jej wcale.

— Zapewne tak jest — zgodził się Wieczerowski. — Absolutnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie czegoś, co moim zdaniem nie istnieje. Na przykład flogiston, czyli gaz cieplny… albo, powiedzmy, eter kosmiczny… Nie, nie, zaparz świeżą, proszę cię… i nie żałuj herbaty.

— Sam wiem — osadziłem go. -Więc co mówiłeś o flogistonie?

— Nigdy nie wierzyłem w jego istnienie. I nigdy nie wierzyłem w supercywilizację. I flogiston, i supercywilizacje — to wszystko jest zbyt ludzkie. Jak u Baudelaire'a. Zbyt ludzkie, a więc — zwierzęce. Nie idzie od rozumu. Od niezrozumienia.

— Przepraszam bardzo! — powiedziałem, stojąc z czajniczkiem do zaparzania w jednej ręce i z paczką cejlońskiej w drugiej. — Sam przecież przyznałeś, że mamy do czynienia z supercywilizacją…

— W żadnym razie — powiedział Wieczerowski niewzruszenie — a mówiąc ściśle: w żadnym razie nie przyznałem niczego takiego. To wy uznaliście, że macie do czynienia z supercywilizacją. A ja wykorzystałem tę okoliczność, żeby wskazać wam właściwą drogę…

W dużym pokoju zadzwonił telefon. Wzdrygnąłem się i upuściłem pokrywkę od czajniczka.

— D-do diabła… — wymamrotałem, patrząc to na Wieczerowskiego, to na drzwi.

— Idź, idź — spokojnie powiedział Wieczerowski. — Ja zaparzę.

Nie od razu podniosłem słuchawkę. Ogarnęło mnie przerażenie. Kto mógł do mnie dzwonić, szczególnie o tej porze? Może pijany Weingarten? Siedzi tam sam jeden… Podniosłem słuchawkę.

— Tak?

Głos pijanego Weingartena powiedział:

— No, oczywiście, że nie śpi… Witaj, ofiaro superrozumu! Co tam u ciebie?

— Okay — odpowiedziałem z ogromną ulgą. — No, a jak ty?

— U nas wszystko w porządku… — oznajmił Weingarten. — P-pojechaliśmy do "Aus…Astorii"… Do "Austerii", zrozumiałeś?… Wzięliśmy pół litra — jakoś niepoważnie. Wtedy wzięliśmy jeszcze pół… Zabraliśmy te dwie połówki… inaczej mówiąc jednego całego litra… i teraz już się czujemy znakomicie. Może byś przyjechał?

— Nie mam ochoty — powiedziałem. — Siedzę z Wieczerowskim i pijemy sobie herbatę.

— Porzućcie wszelką nadzieję, którzy pijecie herbatę — powiedział Weingarten. — No dobra. Jakby coś — zadzwoń…

— Nie rozumiem — jesteś sam czy z Zacharem?

— Jesteśmy we trójkę — powiedział Weingarten. — To bardzo miłe. A więc w razie czego przyjeżdżaj. Cz… czekamy… — i odłożył słuchawkę.

Wróciłem do kuchni. Wieczerowski nalewał herbatę.

— Weingarten? — zapytał.

— Tak. To jednak przyjemnie, że w tym szaleństwie chociaż jedno zostało po dawnemu. Inwariantność wobec szaleństwa. Nigdy przedtem nie myślałem, że pijany Weingarten ma jakieś dobre strony.

— Co on ci powiedział? — zainteresował się Wieczerowski.

— Powiedział: porzućcie wszelką nadzieję, którzy pijecie herbatę.

Wieczerowski zaśmiał się z zadowoleniem. Lubił Weingartena, bardzo po swojemu, ale lubił. Uważał Weingartena za enfant terrible — ogromne, spocone enfant terrible.

— Chwileczkę — powiedziałem. — A gdzie cukierki? Aha!

Otworzyłem lodówkę i wyciągnąłem wspaniałą bombonierkę "Dama Pikowa".

— Widzisz?

— O! — z szacunkiem powiedział Wieczerowski.

— Pozdrowienia od supercywilizacji — powiedziałem. — Aha! Więc co ty mówiłeś? Całkiem mnie zbiłeś z tropu… Już wiem! Więc ty nadal twierdzisz…

— Aha… — powiedział Wieczerowski — twierdzę. Zawsze wiedziałem, że żadne supercywilizacje nie istnieją. A teraz, po tym wszystkim, co się stało — domyślam się, dlaczego nie istnieją.

— Poczekaj, poczekaj… — odstawiłem filiżankę. — Dlaczego i tak dalej — to wszystko teoria, ale ty mi powiedz… Jeśli to nie supercywilizacja… jeśli to nie są przybysze w najszerszym znaczeniu tego słowa, to kto to jest w takim razie? — ogarnął mnie gniew. — Czy ty wiesz coś, czy po prostu mielesz ozorem, zabawiasz się paradoksami? Jeden już się zastrzelił, drugiego przerobili na meduzę… Czego nam mącisz w głowach?

Nie, nawet gołym okiem było widać, że Wieczerowski nie zabawia się paradoksami, nie mąci nam w głowach. Jego twarz nagle poszarzała, pojawił się na niej wyraz znużenia i jakieś ogromne, do tej chwili starannie ukrywane, a teraz nagle ujawnione napięcie… albo może raczej upór — wściekły, niezłomny upór. Wieczerowski nawet przestał być podobny do siebie. Jego twarz, zwykle raczej nieco ospała, z takim niedbałym arystokratycznym wyrazem znudzenia, teraz jakby skamieniała. I znowu ogarnęło mnie przerażenie. W tym momencie po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że Wieczerowski siedzi tu wcale nie po to, żeby mnie podtrzymać moralnie. I wcale nie dlatego zapraszał mnie do siebie na nocleg, a jeszcze wcześniej, żebym u niego posiedział i popracował. I chociaż bałem się straszliwie, poczułem nagle przypływ ogromnej litości, niczym właściwie nie uzasadnionej litości — opartej tylko na bardzo niejasnych odczuciach, a może dlatego, że tak nagle zmienił się na twarzy.

I przypomniałem sobie ni z tego, ni z owego, że mniej więcej trzy lata temu Wieczerowski leżał w szpitalu, ale niedługo, szybko go wypisano…

17… nie znany do tej pory rodzaj dobrotliwego nowotworu. Dopiero po roku. A ja o tym wszystkim w ogóle dowiedziałem się zaledwie ubiegłej jesieni, a przecież widywaliśmy się codziennie, pijałem u niego kawę, słuchałem jego marsjańskiego śmiechu, skarżyłem się na swoją furunkulozę. I nic, ale to absolutnie nic nie podejrzewałem…

I teraz, ogarnięty tą niespodziewaną litością, nie wytrzymałem i powiedziałem, chociaż wiedziałem z góry, że mówienie o tym nie ma sensu i że nic rozsądnego z tego nie wyniknie.

— Filipie — powiedziałem — Filipie, czy ty też jesteś pod presją?

Oczywiście Wieczerowski nie zwrócił najmniejszej uwagi na moje pytanie. Po prostu nie usłyszał mnie. Napięcie znikło z jego twarzy, utonęło w arystokratycznym znudzeniu, rude powieki zasłoniły oczy i zaczął energicznie ssać wygasłą fajkę.

— Wcale nie mam zamiaru mącić wam w głowach — powiedział. Sami sobie mącicie. Przecież to wy wymyśliliście swoją supercywilizację i w żaden sposób nie chcecie zrozumieć, że to jest za proste — współczesna mitologia i nic ponadto.

Dreszcz mi przeszedł po grzbiecie. To jest za proste? A więc jeszcze gorzej? Jeszcze?

— Przecież jesteś astronomem — ciągnął Wieczerowski z wyrzutem. Powinieneś znać podstawowy paradoks ksenologii…

— Znam — powiedziałem. — Każda cywilizacja w swoim rozwoju z wysokim prawdopodobieństwem…

— I tak dalej — przerwał mi Wieczerowski. — Nieuchronnie powinniśmy dostrzegać ślady ich działalności, ale tych śladów nie dostrzegamy. Dlaczego? Dlatego że supercywilizacje nie istnieją. Dlatego że nie wiadomo, z jakiego powodu nie następuje przekształcenie się cywilizacji w supercywilizacje.

— No oczywiście — powiedziałem. — Cywilizacje popełniają samobójstwa za pomocą wojen nuklearnych. Brednie.

— Oczywiście, że brednie — spokojnie zgodził się Wieczerowski. Również zbyt proste, zbyt prymitywne — wszystko w sferze naszych zwykłych wyobrażeń…

— Poczekaj — powiedziałem. — Co ty tak bez końca powtarzasz jak papuga — prymitywne, prymitywne… Oczywiście, wojna nuklearna to bardzo prymitywne. Tak naprawdę, wszystko z pewnością nie jest takie proste… Schorzenia genetyczne… zmęczenie istnieniem… ukierunkowana indoktrynacja… Istnieje cała literatura na ten temat. Ja na przykład uważam, że przejawy działalności supercywilizacji noszą charakter kosmiczny, a my po prostu nie umiemy ich odróżnić od naturalnych zjawisk zachodzących w Kosmosie. Albo proszę, weźmy nasz przypadek — nie satysfakcjonuje cię?

— Ludzkie, zbyt ludzkie — powiedział Wieczerowski. — Zauważyli, że Ziemianie są na progu Kosmosu i w obawie przed rywalizacją postanowili nam przeszkodzić. Tak?

— A czemu nie?

— A dlatego, że to powieść. A właściwie cały gatunek literacki w krzykliwych kolorowych okładkach. Próba naciągnięcia fraka na ośmiornicę. I do tego nawet nie na zwyczajną ośmiornicę, ale ośmiornicę, która tak naprawdę w ogóle nie istnieje…

Wieczerowski odsunął filiżankę, oparł łokieć na stole, podparł pięścią podbródek, uniósł w górę rude brwi i patrzył teraz gdzieś daleko ponad moją głową.

— Spójrz, jakie to zabawne — powiedział. — Wszystko wskazywało na to, że dwie godziny temu doszliśmy do porozumienia — nie jest ważne, jaka siła stosuje presję, najważniejsze, jak się zachować pod tą presją. A teraz widzę, że absolutnie o tym nie myślisz, tylko z uporem wciąż od nowa próbujesz zidentyfikować tę siłę. I równie uparcie powracasz do hipotezy o supercywilizacji. Jesteś nawet gotów zapomnieć i już zapomniałeś o swoich niewielkich zastrzeżeniach wobec tej hipotezy. Ja zresztą właściwie rozumiem, czemu tak się z tobą dzieje. Gdzieś w twojej podświadomości głęboko tkwi przekonanie, że każda cywilizacja to jednak cywilizacja, a dwie cywilizacje zawsze jakoś się między sobą dogadają, znajdą kompromis, że w końcu nakarmimy wilki i ocalimy owce… No, a w najgorszym wypadku miło jest ulec wrogiej, ale imponującej sile, szlachetnie jest wycofać się, jeśli przeciwnik godzien jest zwycięstwa. A później — różnie w życiu bywa! — może gdzieś oczekuje nagroda za rozumną pokorę… Bardzo proszę, nie wytrzeszczaj na mnie oczu. Przecież mówię — to wszystko siedzi w twojej podświadomości. I czy tylko w twojej? To przecież bardzo, bardzo ludzkie. Wyrzekliśmy się Boga, ale na swoich własnych nogach, bez jakiegoś tam mitu-podpory nie umiemy jeszcze stać. A trzeba będzie! Trzeba będzie się nauczyć. Dlatego że wy, w waszej sytuacji, nie tylko nie macie przyjaciół. Jesteście osamotnieni do takiego stopnia, że nie macie nawet wrogów! I tego właśnie w żaden sposób nie chcecie zrozumieć.

Wieczerowski zamilkł. Próbowałem przetrawić to nieoczekiwane przemówienie, szukałem kontrargumentów, żeby rozbić, zdezawuować, udowodnić z pianą na ustach… co? Nie wiem. Miał rację — nie jest hańbą ustąpić przed godnym przeciwnikiem. To znaczy, to nie Wieczerowski tak myśli. To ja tak myślę. To znaczy, nie myślę, a dopiero teraz pomyślałem — kiedy on to powiedział na głos. Ale przecież naprawdę miałem uczucie, że jestem generałem rozbitej armii i wędruję pod gradem kuł w poszukiwaniu generała zwycięzcy, żeby mu oddać swoją szpadę. I nie tyle już doskwiera mi moja klęska, ile ta przeklęta okoliczność, że w żaden sposób nie mogę znaleźć nieprzyjacielskiego dowódcy.

— Jak to — nie mamy wroga? — powiedziałem wreszcie. — Komuś przecież, jak widać, zależy na tym, żeby nam przeszkodzić!

— A komu zależy na tym — tak jakoś leniwie zapytał Wieczerowski — żeby w pobliżu powierzchni Ziemi kamień spadał z przyspieszeniem dziewięć i osiemdziesiąt jeden?

— Nie rozumiem — powiedziałem.

— Ale przecież przyśpieszenie jest właśnie takie?

— Tak…

— I nie wzywasz na pomoc supercywilizacji? Żeby wyjaśnić ten fakt?

— Poczekaj… Co ma do tego…

— Komuś jednak zależy, żeby kamień spadał właśnie z takim przyspieszeniem? Komu?

Nalałem sobie herbaty. Wyglądało na to, że pozostało mi tylko dodać dwa do dwóch, ale nadal nic nie rozumiałem.

— Chcesz powiedzieć, że mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju klęski żywiołowej? Ze zjawiskiem przyrodniczym?

— Jeśli tak sobie życzysz — powiedział Wieczerowski.

— No wiesz, mój kochany!… — rozłożyłem ręce, potrąciłem szklankę i zalałem cały stół. — O, do diabła…

Kiedy wycierałem stół, Wieczerowski leniwie ciągnął dalej:

— A jednak postaraj się zapomnieć o epicyklach, spróbuj postawić w centrum nie Ziemię, tylko Słońce. Od razu poczujesz, jak bardzo wszystko się uprości.

Wrzuciłem mokrą szmatę do zlewozmywaka.

— To znaczy, że masz własną hipotezę — stwierdziłem.

— Owszem, mam.

— To ją zreferuj. A właściwie dlaczego nie zreferowałeś jej od razu? Kiedy tu był Weingarten?

Wieczerowski uniósł brwi.

— Widzisz… Wszelka nowa hipoteza ma tę ujemną stronę, że wywołuje mnóstwo sprzeciwów. A ja nie miałem ochoty na dyskusję. Chciałem tylko przekonać was, że musicie dokonać pewnego wyboru, i to dokonać go w pojedynkę, każdy sam z sobą. Jak widać, przekonać was mi się nie udało. A tymczasem moja hipoteza mogłaby okazać się dodatkowym argumentem, dlatego że jej sens… a ściśle mówiąc jedyny praktyczny wniosek, jaki z niej wynika, polega na stwierdzeniu, że nie macie teraz nie tylko przyjaciół, ale nawet przeciwnika. A więc może nie miałem racji, może należało przystać na uciążliwą dyskusję, ponieważ niewykluczone, że wówczas jaśniej zdalibyście sobie sprawę ze swojej sytuacji. A cała sprawa, moim zdaniem, wygląda, jak następuje…

Nie mogę powiedzieć, że nie zrozumiałem jego hipotezy, ale nie mogę też powiedzieć, że uświadomiłem ją sobie do końca. Nie mogę powiedzieć, że mnie przekonała, ale z drugiej strony objaśniła wszystko, co się z nami działo. Więcej, wyjaśniała w ogóle wszystko, co się działo, dzieje i dziać będzie we Wszechświecie, i na tym, jeśli chcecie, polegała również jej słabość. Było w niej coś ze stwierdzenia, że postronek jest rodzajem sznurka.

Wieczerowski wprowadzał pojęcie Homeostatycznego Wszechświata. "Wszechświat zachowuje swoją strukturę" — to było jego podstawowe założenie. Według Wieczerowskiego prawo zachowania energii i prawo zachowania materii były po prostu szczególnymi przejawami prawa zachowania struktury. Prawo nie malejącej entropii, jest sprzeczne z Homeostazą Wszechświata i dlatego jest prawem cząstkowym, a nie ogólnym. Dopełnieniem tego prawa jest prawo nieprzerwanej reprodukcji rozumu. Jedność i sprzeczność tych dwóch praw cząstkowych zabezpiecza prawo zachowania struktury.

Gdyby istniało wyłącznie prawo niemalejącej entropii, struktura wszechświata uległaby zniszczeniu, zapanowałby chaos. Ale z drugiej strony, gdyby istniał, albo przynajmniej przeważał, wyłącznie doskonalący się nieprzerwanie wszechpotężny rozum, określona przez homeostazę struktura wszechświata również zostałaby naruszona. To oczywiście nie oznaczałoby, że wszechświat stałby się gorszy albo lepszy, po prostu byłby inny — wbrew zasadzie homeostatyczności, ponieważ nieprzerwanie rozwijający się rozum może mieć tylko jeden cel — zmianę natury Natury. Dlatego sama istota Homeostazy Wszechświata polega na podtrzymaniu równowagi między wzrastaniem entropii i rozwojem rozumu. Dlatego nie mogą powstawać supercywilizacje, ponieważ pod tym pojęciem rozumiemy właśnie rozum rozwinięty do takiego stopnia, że może już przezwyciężyć prawo niemalejącej entropii w skali kosmicznej. I to, co dzieje się teraz z nami, nie jest niczym innym jak tylko pierwszą reakcją Homeostatycznego Wszechświata na groźbę przekształcenia ludzkości w supercywilizacje. Wszechświat się broni.

Nie pytaj mnie, mówił Wieczerowski, dlaczego właśnie Malanow i Głuchow stali się pierwszymi jaskółkami nadciągających kataklizmów. Nie pytaj mnie, jaka jest fizyczna natura sygnałów, które zatrwożyły homeostazę na tym skrawku wszechświata, w którym Głuchow i Malanow prowadzili swoje sakramentalne badania. W ogóle nie pytaj mnie o mechanizmy działania Homeostatycznego Wszechświata — nic o tym nie wiem, podobnie jak nikt nic nie wie o mechanizmach działania prawa zachowania energii. Po prostu wszystkie procesy przebiegają tak, że energia zostaje zachowana. Po prostu wszystkie procesy przebiegają tak, żeby za miliard lat prace Malanowa i Głuchowa razem z milionami innych nie doprowadziły do końca świata. Mam na myśli oczywiście nie koniec świata jako takiego, a koniec określonego świata, istniejącego w tej właśnie chwili, tego, który istniał już miliard lat temu i któremu Malanow i Głuchow, wcale tego nie podejrzewając, zagrażają swoimi mikroskopijnymi próbami przezwyciężenia entropii…

Mniej więcej właśnie tak — nie wiem, czy właściwie czy niezupełnie właściwie, a może absolutnie niewłaściwie — zrozumiałem Wieczerowskiego. I nawet nie zacząłem się z nim spierać. I bez tego sprawa wyglądała paskudnie, a w tej interpretacji stała się tak beznadziejna, że nie wiedziałem po prostu, co mam powiedzieć i po co w ogóle żyć! Boże! Dymitr Malanow versus Homeostatyczny Wszechświat! To nawet nie pleśń pod cegłą. To nawet nie wirus w centrum Słońca.

— Słuchaj — powiedziałem. — Jeśli to tak, to o czym w ogóle gadać. Niech piekło pochłonie te moje M-kawerny… Wybór! Jaki tu może być wybór?

Wieczerowski powolnym ruchem zdjął okulary i zaczął wodzić małym palcem u nasady nosa. Bardzo długo, nie do zniesienia długo milczał. A ja czekałem. Czekałem, ponieważ instynktownie czułem, że nie może mnie Wieczerowski porzucić samego na pastwę swojej Homeostazy, nie zrobi tego nigdy w życiu, bo gdyby nie istniało jakieś wyjście, jakiś wariant, jakaś, u diabła, pomimo wszystko możność wyboru, za nic nie opowiedziałby mi tego wszystkiego. Wreszcie przestał znęcać się nad swoim nosem, ponownie włożył okulary i cichutko powiedział:

— Powiedziano mi, że ta droga zaprowadzi mnie do oceanu śmierci, zawróciłem zatem w pół drogi. I odtąd ciągle widzę przed sobą tylko ślepe, kręte ścieżki prowadzące donikąd…

— No? — zapytałem.

— Powtórzyć? — zapytał Wieczerowski.

— No, powtórz.

Powtórzył. Miałem ochotę zapłakać. Wstałem spiesznie, nalałem wody do czajnika i znowu postawiłem go na gazie.

— Jak to dobrze, że jest na świecie herbata — powiedziałem. -Inaczej od dawna leżałbym pijany pod stołem…

— Ja mimo wszystko wolę kawę — powiedział Wieczerowski.

I w tym momencie usłyszałem, jak w zamku drzwi wejściowych obraca się klucz. Zapewne zrobiłem się biały na twarzy, a może nawet siny, ponieważ Wieczerowski nagle pochylił się ku mnie z trwogą i powiedział cicho:

— Spokojnie, Dima, spokojnie… Jestem przy tobie.

Prawie go nie słyszałem.

Tam w przedpokoju otwarły się drugie drzwi, zaszeleściło ubranie, rozległy się szybkie kroki, rozpaczliwie wrzasnął Kalam i — ciągle jeszcze siedziałem jak skamieniały — zadyszany głos Irki powiedział "Kalam, głupi kocie…" i zaraz potem:

— Dimka!

Nie pamiętam, jak mnie wyniosło do przedpokoju. Złapałem Irkę w objęcia, przytuliłem się do niej (Irka, Irka!), poczułem zapach znajomych perfum, Irka miała mokre policzki i też mamrotała coś dziwnego: "Żyjesz, o Boże… A ja już myślałam! Dimka!". Potem oprzytomnieliśmy. Przynajmniej ja oprzytomniałem. To znaczy w końcu dotarło do mnie, że to jest ona, i zrozumiałem, co ona mamrocze. I moja amorficzna, skamieniała groza przemieniła się nagle w zupełnie konkretny ludzki strach. Postawiłem ją na podłodze, bacznie spojrzałem na jej zapłakaną twarz (nawet się nie umalowała) i zapytałem:

— Irka, co się stało? Skąd się tu wzięłaś? Bobek?

Moim zdaniem ona w ogóle nie słuchała. Łapała mnie za ręce, gorączkowo wodziła mokrymi oczami po mojej twarzy i powtarzała bez przerwy:

— Mało nie zwariowałam… Myślałam, że już nie zdążę… Co to wszystko znaczy…

Tak jak staliśmy, objęci, przecisnęliśmy się do kuchni. Posadziłem Irkę na swoim taborecie, a Wieczerowski w milczeniu nalał jej mocnej herbaty prosto z fajansowego czajniczka. Chciwie wypiła, wychlapując połowę na prochowiec. Była straszliwie zmieniona, tak zmizerowana, że prawie jej nie poznawałem. Oczy miała zaczerwienione, nie uczesane włosy opadały w strąkach. Wstrząsnął mną dreszcz i oparłem się o zlewozmywak.

— Coś złego z Bobkiem? — zapytałem, ledwie obracając językiem.

— Z Bobkiem? — powtórzyła bezmyślnie Irka. — Dlaczego z Bobkiem? Mało nie zwariowałam przez ciebie… Co tu się stało?! — krzyknęła nagle. — Chorowałeś? — znowu omiotła mnie spojrzeniem. — Przecież jesteś zdrowy jak byk!

Poczułem, jak opada mi dolna szczęka, i zamknąłem usta. Nic nie rozumiałem. Wieczerowski zapytał bardzo spokojnie:

— Dostałaś jakąś złą wiadomość o Dimie?

Irka przestała badać mnie oczami i spojrzała na Wieczerowskiego. Potem nagle zerwała się z miejsca, pobiegła do przedpokoju i natychmiast wróciła, pospiesznie grzebiąc w torebce.

— Spójrzcie… spójrzcie, co ja dostałam… — Grzebień, szminka w etui, jakieś karteczki, pudełka, banknoty — wszystko leciało na podłogę. — Boże, gdzie to jest… Aha! — Rzuciła torebkę na stół, wsunęła drżącą dłoń w kieszeń prochowca — nie od razu trafiła — i wyciągnęła zmiętą depeszę. — Macie!

Złapałem blankiet. Przebiegłem wzrokiem. Nic nie zrozumiałem… SPIESZYĆ SIĘ, ŻEBY ZDĄŻYĆ — SNIEGOWOJ… Przeczytałem jeszcze raz, następnie, z rozpaczą, na głos:

— Z DIMĄ BARDZO ŹLE, PROSZĘ SIĘ SPIESZYĆ, ŻEBY ZDĄŻYĆ — SNIEGOWOJ… Jak to, Sniegowoj? — zapytałem. — Dlaczego Sniegowoj?

Wieczerowski ostrożnie odebrał mi depeszę.

— Nadana dziś rano — powiedział.

— Kiedy nadana? — zapytałem głośno jak głuchy.

— Dziś rano. O dziewiątej dwadzieścia dwie.

— Boże! Co mu do głowy przyszło, czy to miał być taki żart? — zapytała…