124946.fb2 Miliard lat przed koncem swiata - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 9

Miliard lat przed koncem swiata - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 9

ROZDZIAŁ 9

18…niż ze inną. Biletu na lotnisku oczywiście nie dostała. Przebiła się, wymachując depeszą, do komendanta, który dał jej jakiś papierek, ale pożytek z tego papierka był żaden, na lotnisku nie było samolotów, a kiedy wreszcie się zjawiły, wszystkie leciały nie tam, gdzie trzeba. W końcu, absolutnie zrozpaczona, wsiadła do samolotu, który lądował w Charkowie. Tam wszystko zaczęło się od początku, na domiar złego nastąpiło oberwanie chmury i dopiero wieczorem dotarła do Moskwy samolotem transportowym, który wiózł właśnie lodówki i trumny. W Moskwie już poszło łatwiej. Z Domodiedowa pojechała na Szeremietiewo i w końcu jakoś doleciała do Leningradu w kabinie pilota. Przez cały ten czas nie miała dosłownie nic w ustach i połowę czasu przepłakała. Nawet zasypiając ciągle groziła żałośnie, że jutro rano pójdzie na pocztę, zażąda pomocy milicji i na pewno się dowie, czyja to robota i co za bydlę tak się zabawiło. Ja, naturalnie, potakiwałem jej, że jasne, oczywiście, nie zostawimy tak tego, za takie dowcipy należy bić w mordę, a nawet nie tylko bić, ale sadzać do pudła, i oczywiście nie powiedziałem jej, że poczta nie przyjmuje takich depesz bez odpowiednich dokumentów, że dzięki Bogu w naszych czasach takie żarty są po prostu niemożliwe i że najprawdopodobniej tej depeszy w ogóle nikt nie nadawał, a teleks na poczcie w Odessie wydrukował ją absolutnie samodzielnie.

Ja zasnąć nie mogłem. Właściwie nadszedł już ranek. Na ulicy było już zupełnie jasno, a w pokoju pomimo zasuniętych zasłon także było widno. Czas jakiś leżałem nieruchomo, głaskałem rozciągniętego między nami Kalama i słuchałem równego oddechu Irki. Zawsze spała bardzo mocno i z wielkim smakiem. Nie istniały takie nieprzyjemności, które mogłyby ją wpędzić w bezsenność. W każdym razie do tej pory nie istniały…

Mdła, dokuczliwa drętwota, która mnie ogarnęła z chwilą, kiedy przeczytałem i zrozumiałem w końcu depeszę, nie ustępowała. Wszystkie mięśnie miałem sztywne, jakby złapał mnie totalny skurcz, a gdzieś w środku, w brzuchu i w klatce piersiowej, leżał zimny, bezkształtny ciężar. Chwilami ciężar poruszał się i wtedy zaczynałem dygotać.

W pierwszym momencie, kiedy Irka zamilkła w pół słowa i usłyszałem jej równy senny oddech, na mgnienie oka poczułem ulgę — nie byłem już sam i obok mnie był najbliższy mi chyba i najukochańszy na świecie człowiek. Ale zimna galareta w piersi drgnęła i przeraziło mnie to uczucie ulgi, pomyślałem — do czego mnie doprowadzili, jak nisko trzeba upaść, jeżeli jestem w stanie cieszyć się z obecności Irki, cieszyć się z tego, że Irka znalazła się w jednym okopie ze mną pod huraganowym ogniem. Nie, jutro, zaraz jutro po bilet! I wyprawiam ją z powrotem do Odessy… poza wszelkimi kolejkami, wszystkich rozpędzę, zębami wygryzę drogę do kasy…

Moja nieszczęsna dziewczyna, ile przyszło jej wycierpieć przez tych bydlaków, przeze mnie, przez tę trzykroć przeklętą materię dyfuzyjną, która w całości, do ostatniego atomu, nie jest warta jednej zmarszczki na twarzy mojej Irki. Dobrali się już i do niej. Ja im nie wystarczyłem, musieli się dobrać do Irki… Po co? Po co im Irka? Ścierwa ślepomorde, walą salwami po placu, w kogo trafi, to i dobrze. Zresztą chyba się mylę, nic jej nie zrobią. To tylko mnie próbują zastraszyć. Nawijają moje biedne nerwy na szpulkę, jeśli nie takim sposobem, to innym. Nie kijem go, to pałką…

Ni stąd, ni zowąd stanął mi przed oczami martwy Sniegowoj — jak idzie po Moskiewskiej w olbrzymiej pasiastej piżamie, ciężki, zimny, z zaschniętą raną w ogromnej czaszce; jak wchodzi na pocztę i staje w kolejce przed okienkiem; w prawej ręce — pistolet, w lewej — telegram, i nikt niczego nie zauważa, urzędniczka bierze z jego martwych palców blankiet, wypisuje kwit, nie wspominając o zapłacie i mówi: "Następny, proszę"…

Potrząsnąłem głową, żeby odpędzić od siebie koszmar, ostrożnie zlazłem z tapczanu i tak jak stałem, w samych kąpielówkach, poczłapałem do kuchni. W kuchni było już zupełnie jasno, na podwórzu ze wszystkich sił jazgotały wróble, szurała miotła dozorcy. Otworzyłem torebkę Irki, znalazłem pomiętą paczkę z dwoma połamanymi papierosami, usiadłem przy stole i zapaliłem. Dawno już nie paliłem. Chyba ze dwa lata, a może i trzy… Udowadniałem swoją silną wolę. Tak, bracie. Teraz przyda ci się twoja silna wola. Do diabła, jestem takim marnym aktorem, nawet przyzwoicie skłamać nie potrafię. A Irka o niczym nie powinna wiedzieć. Nie ma żadnego powodu, żeby wiedziała. To wszystko będę musiał przeżyć sam, sam sobie muszę z tym poradzić. Tym razem nikt mi nie pomoże, ani Irka, ani nikt inny.

A zresztą, właściwie o jakiej pomocy może tu być mowa? — pomyślałem nagle. Czy o pomoc chodzi? Po prostu nigdy nie mówiłem Irce o swoich kłopotach, jeśli tylko mogłem tego uniknąć. Nie lubię jej martwić. Strasznie lubię sprawiać jej radość i nie cierpię jej martwić. Gdyby nie to całe zamieszanie, z jaką radością opowiedziałbym jej o M-kawernach, od razu by zrozumiała, ma otwartą głowę, chociaż teoria to nie jej specjalność, i wciąż skarży się na swoją tępotę… A teraz, co jej mam powiedzieć? Beznadziejne…

W ogóle nieprzyjemność a nieprzyjemność to wielka różnica. Nieprzyjemności trafiają się na różnych poziomach. Bywają całkiem drobne, na które nie wstyd się poskarżyć, a nawet miło. Irka powie: e tam, takie głupstwo — i od razu robi się lżej. Jeśli zaś nieprzyjemności są poważniejsze, to mówić o nich po prostu nie wypada, to nie po męsku. Ja nigdy o nich nie opowiadałem ani mamie, ani Irce. Ale są też nieprzyjemności w takim wymiarze, że właściwie nie wiadomo, jak je traktować. Po pierwsze chcę tego czy nie, Irka dostała się pod obstrzał razem ze mną. To jest zwyczajnie nie w porządku, niesprawiedliwie. Biją we mnie jak w bęben, ale ja chociaż wiem za co, domyślam się kto i w ogóle wiem, że mnie biją. Mierzą we mnie. Że to nie są głupie żarty ani kaprysy losu. Moim zdaniem takie rzeczy lepiej jest wiedzieć. Lepiej wiedzieć, że celują właśnie w ciebie. Co prawda, ludzie bywają rozmaici i większość wolałaby jednak nie wiedzieć. Ale, moim zdaniem, Irka nie jest taka. Jest odważna do szaleństwa, ja ją znam. Kiedy się czegoś boi, to nieomal na oślep rzuca się na spotkanie swego strachu. Właściwie to nieuczciwie z mojej strony — nie opowiedzieć jej. I w ogóle. Muszę dokonać wyboru. (Nawiasem mówiąc, jeszcze nie próbowałem o tym myśleć, a będzie trzeba. A może już wybrałem? Sam jeszcze nic o tym nie wiem, a już wybrałem…). No więc, jeśli mam wybierać… No, powiedzmy, sam wybór jest tylko moją sprawą. Zrobię, co zechcę. No, a konsekwencje? Wybiorę jedno — zaczną rzucać już nie konwencjonalne bomby, tylko atomowe. Wybiorę drugie… Ciekawe, czy Irce spodobałby się Głuchow? Właściwie to w gruncie rzeczy miły, sympatyczny człowiek, cichy, spokojny… Wreszcie można by kupić telewizor ku radości Bobka, co sobotę chodzilibyśmy na narty, do kina… No więc tak czy inaczej, okazuje się, że to nie tylko moja sprawa. I pod bombami siedzieć źle, i po dziesięciu latach małżeństwa okazać się żoną meduzy też żadna przyjemność… A może to w końcu nic takiego? Skąd mogę wiedzieć, za co Irka mnie kocha? O to właśnie chodzi, że nie wiem. Zapewne zresztą ona sama też tego nie wie…

Skończyłem papierosa, uniosłem się z taboretu i wrzuciłem niedopałek do wiadra. Obok wiadra leżał dowód osobisty. Brawo. Zebraliśmy wszystko do ostatniego papierka, do ostatniego grosza, a dowód leży na podłodze. Podniosłem czarnozieloną książeczkę i z roztargnieniem spojrzałem na pierwszą stronę. Sam nie wiem po co. Oblał mnie zimny pot. Siergiejenko Inna Fiodorowna. Rok urodzenia 1939… Co to takiego? Na zdjęciu była Irka… Nie, nie Irka, jakaś kobieta podobna do Irki, ale nie Irka. Jakaś Inna Fiodorowna Siergiejenko.

Ostrożnie położyłem dowód na brzegu stołu, wstałem i na palcach zakradłem się do pokoju. Powtórnie spłynąłem lodowatym potem. Twarz leżącej pod prześcieradłem kobiety była ciasno obciągnięta suchą napiętą skórą, a uśmiech czy raczej bolesny grymas obnażał górne zęby białe i ostre. Tam, na tapczanie, pod prześcieradłem, leżała wiedźma. Nie wiedząc, co robię, złapałem ją za nagie ramię i potrząsnąłem. Irka obudziła się natychmiast, otworzyła swoje ogromne oczy, powiedziała niewyraźnie: "Dimka, o co chodzi? Czy cię coś boli…". O Boże, Irka! Oczywiście, że Irka. Co za obłęd? "Chrapałam, tak?" — zapytała Irka sennym głosem i znowu zasnęła.

Na palcach wróciłem do kuchni, odsunąłem od siebie ten dowód możliwie jak najdalej, wyciągnąłem z paczki ostatniego papierosa i znowu zapaliłem. Tak. Oto jak my teraz żyjemy. Takie teraz będzie nasze życie. Od dzisiaj.

To lodowate zwierzę chwilę jeszcze drżało wewnątrz i ucichło. Otarłem z twarzy obrzydliwy pot, oprzytomniałem i ponownie zajrzałem do torebki. Dowód osobisty Irki leżał w środku. Malanowa Irina Jermołajewna. Rok urodzenia 1933. Do diabła… No dobrze, a to komu na co potrzebne? Przecież to wszystko nie przypadek. I ten dowód, i depesza, i to, że Irka z takim trudem dotarła do domu, i nawet to, że leciała samolotem z trumnami — jasne, że nie przypadek… A może przypadek? Matka Natura przecież jest ślepa, bezrozumny żywioł… I to właśnie, nawiasem mówiąc, wyraźnie świadczy na korzyść hipotezy Wieczerowskiego. Dlatego, że jeśli naprawdę Homeostatyczny Wszechświat unicestwia mikro-herezję, to tak właśnie, a nie inaczej powinno to wyglądać. Jak człowiek, który biega za muchą z ręcznikiem w ręku — straszne uderzenia ze świstem przecinają powietrze, z półek spadają roztrzaskane wazony, przewraca się lampa, giną niewinne kudłate ćmy, z zadartym ogonem ucieka pod tapczan kot, któremu przydeptano łapę… Zmasowany i niecelny atak. Przecież w ogóle nic nie wiem. Możliwe, że gdzieś za Strumieniem Murińskim zawalił się dom — celowali we mnie, trafili w dom, a ja o niczym nie mam pojęcia, mnie tylko ten dowód przypadł w udziale. I czy to doprawdy tylko dlatego, że przed chwilą pomyślałem o M-kawernach? Zaledwie wyobraziłem sobie, jak opowiadam o nich Irce…

Słuchaj, ja pewnie nie będę umiał żyć w ten sposób. Nigdy nie uważałem się za tchórza, ale żyć bez jednej minuty spokoju, wzdrygać się na widok własnej żony, myśląc, że to wiedźma… A Wieczerowski patrzy teraz na Głuchowa jak na powietrze… To znaczy, że i na mnie będzie tak patrzył… Przestanie mnie dostrzegać. Wszystko trzeba będzie zmienić. Wszystko będzie inaczej. Inni przyjaciele, inna praca, inne życie… Odtąd wciąż widzę przed sobą kręte, ślepe ścieżki, prowadzące donikąd. I będzie mi wstyd co dzień rano przy goleniu oglądać siebie w lustrze. W lustrze będzie bardzo mały i bardzo spokojny Malanow.

Pewnie koniec końców i do tego będzie można przywyknąć, do wszystkiego na świecie można przywyknąć. Pogodzić się z każdą stratą. A to będzie wcale nie taka mała strata! Przecież dziesięć lat szedłem do tego. Nawet nie dziesięć lat — całe życie. Od dzieciństwa, od szkolnego kółka naukowego, od własnoręcznie zmajstrowanych teleskopów, od obliczeń liczb Wolfa według czyichś tam obserwacji… Te moje M-kawerny… Przecież właściwie nic o nich nie wiem — co by się okazało później, do czego by doszli ci, którzy by się nimi zainteresowali po moim odkryciu, poprowadzili dalej badania, rozwinęli, dodali coś od siebie i przekazali innym, w następny wiek… Na pewno coś ważnego mogłoby z tego wyniknąć, więc tracę coś bardzo ważnego, jeśli stało się to przyczyną wstrząsów, przeciwko którym protestuje sam Wszechświat. Miliard lat to bardzo wiele czasu. W ciągu miliarda lat z kłębka śluzu wyrasta cywilizacja…

Ale przecież mnie zgniotą. Zadepczą. Najpierw zatrują życie, zamęczą, doprowadzą do szaleństwa, a jeśli to nie pomoże, zwyczajnie zadepczą… O mamo kochana! Szósta godzina. Słońce już grzeje jak głupie.

I w tym momencie, sam nie wiem dlaczego, znikło zimne zwierzę z mojej piersi. Wstałem, spokojnie poszedłem do pokoju, otworzyłem swoją szufladę, wyciągnąłem swoje papiery, wziąłem pióro. A potem wróciłem do kuchni, rozłożyłem wszystko i zabrałem się do roboty.

Normalnie myśleć oczywiście nie mogłem — w głowie miałem watę, powieki paliły — ale dokładnie i starannie posegregowałem brudnopisy, wyrzuciłem wszystko, co już nie było mi potrzebne, resztę ułożyłem według kolejności, wziąłem brulion i zacząłem całość przepisywać na czysto, bez pośpiechu, ze smakiem, precyzyjnie dobierając słowa — tak jakbym pisał ostateczny wariant artykułu albo sprawozdanie.

Wielu uczonych nie lubi tego etapu pracy, a ja lubię. Sprawia mi przyjemność uściślanie terminologii, spokojne obmyślanie najelegantszych i oszczędnych oznaczeń, wyłapywanie pcheł-omyłek ukrytych w brudnopisach, robienie wykresów, sporządzanie tablic. To szlachetna rzemieślnicza praca uczonego, wyciąganie ostatecznych wniosków, okres delektowania się dziełem własnych rąk.

Więc delektowałem się sobą i dziełem swoich rąk do momentu, kiedy obok mnie pojawiła się Irka — objęła mnie za szyję nagim ramieniem i przytuliła ciepły policzek do mojego policzka.

— To ty? — zapytałem i wyprostowałem grzbiet.

To była moja zwyczajna Irka, a nie ten nieszczęsny strach na wróble, który pojawił się wczoraj. Świeża, różowa, jasnooka i wesoła. Skowronek. Irka jest skowronkiem. Ja jestem sową, a ona skowronkiem. Gdzieś słyszałem o takiej klasyfikacji. Skowronki wcześnie idą spać, łatwo i radośnie zasypiają, równie łatwo i z przyjemnością wstają, natychmiast zaczynają śpiewać i żadna ludzka siła nie nakłoni ich, aby wylegiwały się, powiedzmy, do południa.

— Co z tobą, znowu w ogóle się nie kładłeś? — zapytała i nie czekając na odpowiedź, podeszła do drzwi balkonu. — Co to za wrzaski?

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że na podwórzu panuje niezwykły zgiełk — taki, jaki słychać na miejscu nieszczęśliwego wypadku, kiedy milicja już przyjechała, a pogotowie jeszcze jest w drodze.

— Dimka! — krzyknęła Irka. -Tylko popatrz! Cuda się dzieją!

Tchu mi zabrakło. Znam te cuda. Wybiegłem…

19…pić kawę. Wtedy Irka oświadczyła mi kategorycznie, że właściwie znakomicie się stało. W końcu wszystko na świecie układa się wspaniale. Przez te dziesięć dni Odessa zdążyła jej już ostatecznie zbrzydnąć, ponieważ tego lata zjechały tam takie tłumy, jakich najstarsi ludzie nie pamiętają, a w ogóle stęskniła się za domem i nie ma zamiaru wracać do Odessy, tym bardziej że o bilecie nawet nie ma co marzyć, a mama i tak wybiera się do Leningradu w końcu sierpnia, więc przy okazji odwiezie Bobka. A ona, Irka, pójdzie do pracy — zaraz dzisiaj, tylko wypije kawę i pójdzie — a na urlop wybierzemy się razem, tak jak kiedyś zamierzaliśmy, w marcu albo w kwietniu — pojedziemy do Kirowska, w góry na narty.

Potem zjedliśmy jajecznicę z pomidorami. Smażyłem jajecznicę z pomidorami, a Irka spenetrowała całe mieszkanie w poszukiwaniu papierosów, nie znalazła, nagle posmutniała, spochmurniała, zaparzyła następną porcję kawy i zapytała o Sniegowoja. Opowiedziałem jej wszystko, o czym wiedziałem od Igora Pietrowicza, uważnie omijając niebezpieczne zakręty i dokładając wszelkich starań, żeby sprawa wyglądała jak typowy nieszczęśliwy wypadek. Kiedy jej to wszystko opowiadałem, przypomniałem sobie śliczną Lidkę i nawet już otworzyłem usta, żeby o nią zapytać, ale w porę ugryzłem się w język.

Irka coś tam mówiła o Sniegowoju, coś wspominała, kąciki jej ust smutnie opadły ("…nawet nie ma od kogo pożyczyć papierosa"), a ja piłem kawę malutkimi łykami i myślałem, że zupełnie nie wiem, jak mam postąpić, że póki nie zdecydowałem, czy opowiedzieć Irce o wszystkim, czy nie, nie warto chyba zaczynać rozmowy ani o Lidce, ani o dziale zamówień w "Delikatesach", dlatego że zarówno z Lidką, jak i z "Delikatesami" sprawa wygląda wysoce niejasno, a mówiąc szczerze właściwie bardzo jasno, ponieważ minęło już tyle czasu, a Irka ani słowem nie wspomniała ani o swojej przyjaciółce, ani o swoim zamówieniu. Oczywiście, Irka mogła zapomnieć. Po pierwsze była straszliwie zdenerwowana, a po drugie ona zawsze o wszystkim zapomina, ale lepiej jednak nie drażnić licha i nie zaczynać rozmów na śliskie tematy. Zresztą maleńki próbny balonik może i warto wypuścić.

Wybrałem odpowiedni moment, kiedy Irka przestała mówić o Sniegowoju i przeszła na weselszy temat, jak Bobek wpadł do rowu, a w ślad za nim teściowa, i zapytałem niedbałym tonem:

— No, a co słychać u twojej Lidki?

Mój maleńki próbny balonik w praktyce okazał się trochę przyciężki i toporny. Irka wytrzeszczyła oczy:

— Jaka znowu Lidka?

— No, ta twoja… ze szkoły…

— Ponomariowa? A skąd ci nagle przyszła do głowy?

— Tak… wymamrotałem. — Przypomniałem sobie… — nie pomyślałem o takim kontrpytaniu. — Odessa, "Pancernik Potiom-kin"… Po prostu przypomniałem sobie i koniec! Czego się czepiasz?

Irka kilkakrotnie mrugnęła, patrząc na mnie, a potem powiedziała:

— Spotkałam ją. Wyładniała, chłopy jej przejść nie dają… Powstała pauza. O do diabła, jak ja nie lubię kłamać! Dobrze mi tak! Pod badawczym spojrzeniem Irki postawiłem na talerzyku pustą filiżankę, zapytałem fałszywym głosem: "Ciekawe, jak tam nasze drzewo?", podszedłem do drzwi balkonowych i wyjrzałem. Dobrze, tak czy inaczej, z Lidką wszystko jest jasne, teraz już ostatecznie. No więc, jak tam nasze drzewo?

Drzewo było na miejscu. Tłum się rozszedł. Właśnie pod drzewem stało teraz trzech dozorców, dwaj milicjanci, hydraulik i Kefir. Obok żółty samochód patrolowy. Wszyscy (oprócz samochodu, oczywiście) patrzyli na drzewo i najwidoczniej wymieniali poglądy na temat, co teraz robić i co to wszystko znaczy. Jeden z milicjantów zdjął czapkę i ocierał ogoloną głowę chustką do nosa. Na podwórku było już upalnie i do powszedniego zapachu rozpalonego asfaltu, kurzu i benzyny dołączył się inny zapach — leśny, dziwaczny. Ogolony milicjant nagle włożył czapkę, schował chustkę, przykucnął i zaczął grzebać palcami w poszarpanej ziemi. Pośpiesznie odszedłem od balkonu.

Irka była już w łazience. Szybko sprzątnąłem ze stołu i zmyłem naczynia. Strasznie chciało mi się spać, ale wiedziałem, że nie zasnę. Teraz już chyba nigdy nie zasnę, może dopiero wtedy, kiedy skończy się ta historia. Zadzwoniłem do Wieczerowskiego. Już słuchając sygnałów przypomniałem sobie, że Wieczerowskiego nie powinno być w domu, że ma dziś egzaminy aspirantów, ale zanim zdążyłem to domyśleć do końca, ktoś podniósł słuchawkę.

— Jesteś w domu? — zapytałem głupio.

— Jak by ci tu powiedzieć… — odparł Wieczerowski.

— Dobra, dobra — powiedziałem. — Widziałeś drzewo?

— Tak.

— Jak sądzisz?

— Przypuszczam, że tak — powiedział Wieczerowski. Spojrzałem w stronę łazienki i zniżywszy głos wyszeptałem:

— Mam wrażenie, że to moja zasługa.

— Tak?

— Aha. Zamierzałem uporządkować brudnopisy.

— Uporządkowałeś?

— Nie do końca. Zaraz usiądę i spróbuję skończyć. Wieczerowski przez chwilę milczał.

— A po co? — zapytał po jakimś czasie.

Zawahałem się.

— N-nie wiem… Nagle przyszła mi ochota przepisać wszystko na czysto… Nie wiem. Chyba z rozpaczy. Strasznie mi żal. A ty co, nigdzie dziś nie wychodzisz?

— Zdaje się, że nie. Jak Irka?

— Szczebiocze — powiedziałem. Wargi mimo woli rozciągnęły mi się w uśmiechu. — Przecież znasz Irkę. Jak woda z gęsi.

— Opowiedziałeś jej?

— Coś ty! Oczywiście, że nie.

— A właściwie dlaczego "oczywiście"?

Chrząknąłem.

— Rozumiesz, Filipie, sam ciągle się zastanawiam: opowiedzieć jej czy nie. I nie wiem. Nie mogę nic wymyślić.

— Jeśli nie wiesz, co robić — oznajmił Wieczerowski — nie rób nic.

Chciałem mu powiedzieć, że co jak co, ale to wiem i bez niego, ale wtedy Irka zakręciła prysznic, więc powiedziałem spiesznie:

— No dobra, biorę się do roboty. Dzwoń, jeśli coś, będę w domu.

Irka ubrała się, podmalowała, cmoknęła mnie w nos i pobiegła. Położyłem się na kozetce na brzuchu, głowę złożyłem na rękach i zacząłem myśleć. Niezwłocznie przybył Kalam, wlazł mi na plecy i wyciągnął się wzdłuż kręgosłupa. Był miękki, gorący i wilgotny. I wtedy zasnąłem. To było jak zapaść. Świadomość znikła, a potem znowu się pojawiła. Na moich plecach nie było już Kala-ma i ktoś dzwonił do drzwi. Naszym umówionym sygnałem — ta-ta-ta, ta-ta. Sturlałem się z kozetki. Głowę miałem jasną i czułem się jakoś niebywale bojowo. Byłem gotów na powitanie śmierci, pośmiertnej sławy. Wiedziałem, że to początek nowego cyklu, ale strachu już nie było — tylko zła, rozpaczliwa determinacja.

A za drzwiami stał tylko Weingarten. Zupełnie nieprawdopodobna historia — był jeszcze bardziej spocony, wytrzeszczony i rozchełstany niż wczoraj.

— Co to za drzewo? — zapytał mnie wprost od progu. Też nie do uwierzenia; te słowa wymówił szeptem.

— Możesz głośno — powiedziałem. — Wejdź.

Wszedł, ostrożnie stąpając i rozglądając się na wszystkie strony, wsunął pod wieszak dwie ciężkie siatki z wielkimi papierowymi teczkami i wytarł mokrą dłonią mokrą szyję. Za ogon wciągnąłem Kalama do przedpokoju i zatrzasnąłem drzwi.

— No? — zapytał Weingarten.

— Jak widzisz — odpowiedziałem. — Chodź do pokoju.

— Drzewo to twoja robota?

— Moja.

Usiedliśmy — ja przy biurku, on w fotelu obok. Z rozpiętej u dołu nylonowej kurtki wystawał wielki włochaty brzuch, niedbale osłonięty siatkowym podkoszulkiem. Weingarten sapał, dyszał, wycierał pot, następnie zaczął wić się w fotelu, żeby wyciągnąć papierosy z tylnej kieszeni. Przy tym klął półgłosem najgorszymi wyrazami, nie adresowanymi konkretnie do nikogo.

— A więc walka jednak trwa… — powiedział w końcu, wydmuchując potężne strumienie dymu z włochatych nozdrzy. — Lepiej wobec tego umrzeć stojąc, niż żyć tram-tararam, na kolanach… Idiota! — wrzasnął. — Czy ty chociaż zszedłeś na dół? Łomie nieszczęsny! Chociaż widziałeś, jak wywaliło? Przecież to był wybuch! A gdyby tak pod twoją dupą? Tram-tararam, i tram, i tara-ram!

— Czego się wydzierasz! — zapytałem. — Chcesz waleriany?

— Masz wódkę? — zapytał Weingarten.

— Nie.

— Może być wino.

— Niczego nie mam. Coś ty do mnie przywlókł?

— Swojego Nobla! — wrzasnął Weingarten. — Przyniosłem Nobla, tylko nie tobie, idioto!… Starczy ci własnych kłopotów! — zaczął wściekle rozpinać kurtkę od góry, oderwał guzik i zaklął. — Ostatnio jakaś posucha na idiotów — oznajmił. — W naszych czasach, stary, większość całkiem słusznie uważa, że lepiej być zdrowym i bogatym niż biednym i chorym. Dużo nam nie trzeba — wagonik chleba, wagonik kawioru, może być nawet czarny kawior na białym chlebie… To nie dziewiętnasty wiek, mój stary — powiedział serdecznie. — Dziewiętnasty wiek już dawno umarł i został pogrzebany, a wszystko, co z niego zostało, to tylko miazmaty i nic więcej. Całą noc nie spałem. Zachar chrapie, ten jego upiorny synek także, a ja nie śpię, żegnam się z przeżytkami dziewiętnastego wieku w swojej świadomości. Dwudziesty wiek, mój stary, to ścisłe wyliczenia i żadnych emocji! Emocje, jak wiadomo, to tylko niedobór informacji, i nic ponadto. Duma, honor, potomkowie — to wszystko szlacheckie zabobony. Atos, Portos i Aramis. Ja tak nie mogę. Ja tak nie umiem, tram-tararam! Problem hierarchii wartości? Proszę bardzo. Najcenniejsze na świecie — to moja osobowość, moja rodzina i moi przyjaciele. Całą resztę niechaj piekło pochłonie. Reszta jest poza granicami mojej odpowiedzialności. Walczyć? Z przyjemnością. O siebie. O rodzinę, o przyjaciół. Do ostatniej kropli, bez litości. Ale o ludzkość? O godność Ziemianina? O prestiż galaktyczny? Za nic! Ja się nie biję o słowa! Mam ważniejsze zmartwienia! A ty — jak tam sobie chcesz. Ale nie radzę ci być idiotą.

Zerwał się z miejsca ogromny jak helikopter i popędził do kuchni. Z kranu nad zlewozmywakiem z rykiem popłynęła woda.

— Całe nasze pracowite życie jest konsekwentnym ciągiem transakcji wynikających jedna z drugiej. Trzeba być kompletnym idiotą, żeby zawierać niekorzystne transakcje! O tym wiedziano nawet w dziewiętnastym wieku… — zamilkł teraz i było słychać, jak głośno łyka wodę. Potem kran umilkł i Weingarten znowu zjawił się w pokoju, wycierając pot. — Wieczerowski ni cholery ci nie pomoże — zawiadomił mnie. — To nie człowiek, tylko robot. I to robot nie z dwudziestego pierwszego wieku, tylko z dziewiętnastego. Gdyby w dziewiętnastym wieku umiano konstruować roboty, robiono by właśnie takich Wieczerowskich… Proszę bardzo, możesz uważać, że jestem nikczemny. Nie przeczę. Ale nie dam się wykończyć! Nikomu. Za nic. Żywy pies jest lepszy od martwego lwa, a tym bardziej żywy Weingarten jest znacznie lepszy od martwego Weingartena. Taki jest punkt widzenia Weingartena, jak również jego rodziny oraz, mam nadzieję, jego przyjaciół…

Nie przerywałem mu. Znam go, grubego łobuza, ćwierć wieku, i to nie byle jakiego wieku, a dwudziestego. Mordę drze dlatego, że już wszystko rozłożył po szufladach. Przerywanie mu nie ma sensu — nie usłyszy. Póki Weingarten nie rozłoży wszystkiego po szufladach, można z nim dyskutować na równych prawach jak z najzwyklejszym człowiekiem i nawet często udaje się go przekonać. Ale Weingarten, który wszystko posegregował, zamienia się w magnetofon. Wtedy wrzeszczy i robi się ohydnie cyniczny — to zapewne wpływ ciężkiego dzieciństwa.

Dlatego słuchałem go w milczeniu, czekałem, kiedy skończy się taśma, i dziwiło mnie tylko jedno — zbyt często wspominał o żywych i martwych Weingartenach. Przecież się chyba nie przestraszył — on to nie ja. Najróżniejszego Weingartena już widziałem — Weingartena zakochanego, Weingartena na polowaniu, Weingartena ordynarnego chama, Weingartena stłuczonego na kwaśne jabłko. I tylko jednego Weingartena nie widziałem nigdy — Weingartena przestraszonego. Wyczekałem momentu, kiedy się wyłączył, żeby wyciągnąć papierosa, i na wszelki wypadek zapytałem:

— Ty co, nastraszyli cię?

Niezwłocznie rzucił papierosy i poprzez stół wyciągnął do mnie wielką wilgotną figę. Jakby czekał na moje pytanie. Odpowiedź z góry miał zapisaną na taśmie, nie tylko w gestach, ale i w słowach.

— Tak, właśnie mnie nastraszyli — powiedział, manewrując figą pod moim nosem. — To, bracie, nie dziewiętnasty wiek. Może w dziewiętnastym wieku straszyli. W dwudziestym dobry towar się kupuje. Nie nastraszyli mnie, tylko kupili, zrozumiałeś? Ładny mi wybór! Albo zrobią z ciebie naleśnik, albo dadzą ci nowiutki instytut, o który już dwóch członków-korespondentów zagryzło się na śmierć. Ja w tym instytucie dziesięć Nobli zrobię, rozumiesz? Co prawda towar też jest nie najgorszy. Prawo, jeśli można tak powiedzieć, pierworództwa. Prawo Weingartena do swobody naukowych zainteresowań. Niezły towar, niezły, sam musisz przyznać, stary. Ale zleżały! Z dziewiętnastego wieku! W dwudziestym i tak tej swobody nie ma nikt. Z tą swoją swobodą możesz całe życie myć probówki na stanowisku młodszego laboranta. Instytut to nie miska soczewicy! Ja tam dokonam dziesięciu odkryć, dwudziestu odkryć, no, a jeśli jedno czy drugie znowu im się nie spodoba — no cóż, będziemy się targować! Ja się nie porywam z motyką na słońce! Lepiej nie pluć pod wiatr, mój stary. Kiedy sunie na ciebie czołg, a ty nie masz nic, żadnej broni oprócz głowy na karku, trzeba umieć w porę uskoczyć…

Czas jakiś jeszcze wrzeszczał, palił, ochryple kasłał, podbiegał do pustego barku, zaglądał do środka, odskakiwał rozczarowany, znowu wrzeszczał, potem ucichł, uspokoił się, padł w fotel, odrzucił pyzatą mordę na oparcie i zaczął robić miny do sufitu.

— No dobrze — powiedziałem. — A swojego Nobla po cholerę tu przytargałeś? Zamiast do kotłowni wlazłeś do mnie na czwarte piętro…

— Nie do ciebie, tylko do Wieczerowskiego — powiedział.

Zdziwiłem się.

— Na kiego twój Nobel Wieczerowskiemu?

— Nie wiem. Zapytaj go.

— Chwileczkę — powiedziałem. — Filip dzwonił do ciebie?

— Nie. Ja do niego.

— No?

— Co no? Co no? — Weingarten wyprostował się w fotelu i zaczął zapinać kurtkę. — Zadzwoniłem do niego dzisiaj rano i powiedziałem, że wybieram wróbla w garści.

— No?

— Co no? No… wtedy on mówi, przynieś, mówi, wszystkie materiały do mnie.

Chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

— Nie rozumiem, po co mu twoje materiały — powiedziałem.

— Dlatego, że jest Don Kichotem! — ryknął Weingarten. — Dlatego, że mu nigdy nie dopiekło! Dlatego, że nie wie, co go czeka!

Nagle zrozumiałem.

— Słuchaj — powiedziałem. — Nie rób tego. Nie trzeba. Do diabła, on chyba zwariował! Przecież nawet mokra plama z niego nie zostanie. Po co to komu?

— A co? — zapytał żywo Weingarten. — A jak inaczej?

— Spal ją w cholerę, tę twoją rewertazę! Chcesz, zaraz teraz spalimy ją… w wannie… No?

— Szkoda — powiedział Weingarten, patrząc w bok. — Tak szkoda, że nie masz pojęcia… Robótka pierwsza klasa. Ekstra. Lux.

Zamknąłem się. A Weingartena znowu wyrzuciło z fotela, zaczął biegać po pokoju, do korytarza i z powrotem, i znowu zawirowała szpula magnetofonu. Wstyd — owszem. Uszczerbek na honorze — zgadza się. Zadraśnięta duma — owszem. Szczególnie jeśli nie można o tym nikomu opowiedzieć. Ale jeśli się dobrze zastanowić — duma to idiotyzm i nic więcej. Rzygać się chce. Przecież ogromna większość ludzi w naszej sytuacji nie zastanawiałaby się nawet przez sekundę. A o nas powiedzą — idioci! I będą mieli rację! Możeśmy się nigdy nie cofali? Tysiące razy! I jeszcze tysiąc będziemy musieli! I to nie przed bogami — przed parszywym urzędasem, przed gnidą, którą nawet wstyd wziąć pod paznokieć…

Tu i ja się rozgniewałem, czego on biega przede mną, poci się i usprawiedliwia, i powiedziałem mu, że cofać się — to jedno, a on nie cofa się, tylko kapituluje, wieje, gdzie pieprz rośnie. Och, jak Weingarten eksplodował! Zdrowo mu dopiekłem. Ale ani trochę nie było mi go żal. To przecież nie jego przypalałem żywym ogniem, tylko siebie. Jednym słowem pokłóciliśmy się i Weingarten poszedł sobie. Zabrał swoje siatki i poszedł do Wieczerowskiego. W progu powiedział, że jeszcze wróci, tylko trochę później, ale uraczyłem go wiadomością o powrocie Irki i wtedy zwiądł ostatecznie. Bardzo nie lubi, kiedy za nim nie przepadają.

Usiadłem przy biurku, znowu wyciągnąłem swoje papiery i zabrałem się do roboty. To znaczy nie do roboty oczywiście, tylko do porządkowania. Na początku wciąż oczekiwałem, że pod moim biurkiem wybuchnie jakaś bomba albo w oknie pojawi się posiniała twarz ze stryczkiem na szyi. Ale nić podobnego się nie stało, wlazłem w robotę po uszy i wtedy znowu ktoś zadzwonił do drzwi.

Nie od razu poszedłem otworzyć. Najpierw wstąpiłem do kuchni i zabrałem stamtąd tłuczek do mięsa — potworny przedmiot, z jednej strony ostre metalowe zęby, z drugiej toporek. Gdyby co — przysunę między oczy — i koniec… Jestem człowiekiem spokojnym, nie lubię kłótni ani bijatyk, nie to co Weingarten, ale starczy tego dobrego. Ja mam dosyć.

Otworzyłem drzwi. To był Zachar.

— Dzień dobry, Dima, przepraszam, na miłość boską — powitał mnie z jakąś sztuczną nonszalancją.

Mimo woli spojrzałem w dół. Ale nie było tam nikogo. Zachar przyszedł sam.

— Proszę, proszę — powiedziałem. — Bardzo się cieszę.

— Wiesz, postanowiłem zajrzeć do ciebie… — wciąż tym sztucznym tonem, który zupełnie nie pasował do nieśmiałego uśmiechu i kulturalnego wyglądu, mówił Zachar. — Weingarten gdzieś przepadł, żeby go diabli wzięli… Dzwonię do niego przez cały dzień — nie ma. A ja właśnie szedłem do Filipa… e… Pawłowicza, więc myślę sobie, wstąpię, może on tu jest…

— Filip Pawłowicz?

— Nie, skądże, Walentin… Weingarten.

— On również poszedł do Filipa Pawłowicza — powiedziałem.

— Ach tak! — z ogromną radością powiedział Zachar. — Dawno?

— Chyba z godzinę temu…

Twarz Zachara na moment zastygła — zauważył tłuczek w moim ręku.

— Gotujesz obiad? — zapytał i nie czekając na odpowiedź, dodał pospiesznie: — Nie będę dłużej przeszkadzać, pójdę… — ruszył do drzwi, ale przystanął. — Zupełnie zapomniałem… To znaczy, nie zapomniałem właściwie, tylko nie wiem… Filip Pawłowicz… Pod którym on mieszka?

Powiedziałem.

— Aha, aha… Bo to wiesz, on do mnie zadzwonił, a ja… jakoś zapomniałem… w czasie rozmowy…

Zrobił jeszcze kilka kroków do tyłu i otworzył drzwi.

— Rozumiem, rozumiem — powiedziałem. — A gdzie synek?

— Wszystko się skończyło! — zawołał radośnie, zrobił krok na klatkę schodową i…