125090.fb2
Podczas pobytu na planecie Jongowi Errifransowi od czasu do czasu wydawało się, że słyszy odległe granie rogu. Dźwięk zaczynał się cicho, a jego puls przyspieszał, gdy tony nabierały głośności. Na koniec przechodził w mosiężny huk i cichł łkając. Gdy zdarzyło się to po raz pierwszy, Jong znieruchomiał nagle i zapytał innych, czy też słyszeli. Dźwięk jednak nawet dla niego znajdował się na samej granicy słyszalności, choć był młody i słuch miał ostry, usłyszał więc w odpowiedzi „nie”.
— To wiatr dmie na tamtych klifach — zasugerował Mons Rainart, drżąc z zimna. — Cholerne wietrzysko co dzień wyrusza tu na łowy.
Jong nie wspominał już o tym więcej, lecz za każdym razem, gdy słyszał ów dźwięk, przeszywał go gwałtowny dreszcz.
Właściwie bez powodu. Miasto nie miało żadnych mieszkańców poza morskimi ptakami, których skrzydła łopotały w białym sztormie nad szczytami wież, a ich głosy mieszały się ze świstaniem wiatru i łoskotem fal. Nie zaobserwowali nic groźniejszego niż wielka, pasiasta jak tygrys ryba, która krążyła przy zewnętrznych rafach. Może właśnie dlatego Jong bał się dźwięku rogu. Był to głos pustki.
Nocą, zamiast włączać świecik, wszyscy czterej zbierali drewno i rozpalali ognisko, dające im pierwotną postać pocieszenia. Rozbili obóz w miejscu, które mogło ongiś służyć jako forum. Ponad piasek i krótką ostrą trawę, porastającą wszystkie ulice, wystawały tu gładzone kamienne bloki, a granice placu wyznaczały zwalone kolumnady. Lepsze schronienie oferowały nadal sięgające ku niebu wieżowce, które skupiły się w centrum miasta. W ich oknach zachowały się jeszcze glasytowe szyby. Okna te za bardzo jednak przypominały oczy umarłych, a w pokojach było zbyt cicho, ponieważ maszyny, które były życiem miasta, leżały skorodowane pod wydmami. Może jednak powinni byli rozbić namiot pod gwiazdami. One przynajmniej po dwudziestu tysiącach lat pozostały mniej więcej takie same.
Mężczyźni spożywali posiłek, po czym dowódca grupy, Regor Lannis, unosił do ust bransoletę komunikatora, by zameldować o wynikach dzisiejszych poszukiwań. Radio promu odbierało przekaz i przesyłało go na pokład „Złotego Lotnika”, który okrążał planetę po orbicie stacjonarnej, raz na dwadzieścia jeden godzin, dzięki czemu zawsze znajdował się bezpośrednio nad wyspą.
— Bardzo niewiele nowego — meldował zwykle Regor. — Pozostałości narzędzi i tak dalej. Nie znaleźliśmy żadnych kości, których wiek można by określić metodą izotopową. Nie sądzę, by miało się nam to udać. Zapewne palili zmarłych, aż do samego końca. Według oceny Monsa blok cylindrów, który znaleźliśmy, zaczął rdzewieć jakieś dziesięć tysięcy lat temu. To jednak zaledwie domysły. Z całego urządzenia nic by nie zostało, gdyby nie zasypał go piasek, a nie wiemy, kiedy to się stało.
— Przecież mówiliście, że meble w wieżowcach są niemal nietknięte, wykonane z odpornych na starzenie stopów i syntetyków -odpowiedział głos kapitana Ilmaraya. — Czy nie możecie czegoś wy-dedukować z ich, hm, ustawienia? Jeśli miasto splądrowano…
— Nie, sir, ślady są zbyt trudne do odczytania. Wiele pomieszczeń bez wątpienia ogołocono. Nie wiemy jednak, czy zrobiono to jednego dnia, czy raczej w ciągu stuleci. Ostatni z kolonistów mogli zabierać z domów przedmioty, których już nie umieli produkować. Możemy być pewni tylko jednego. Kurz świadczy, że nikt nie był w środku przez okres tak długi, że wolałbym o tym nawet nie myśleć.
Gdy Regor kończył rozmowę, Jong brał zwykle w ręce gitarę i akompaniował im przy śpiewie. Wykonywali wywodzące się z zapomnianych czasów pieśni Familii. Niektóre przetłumaczono z języków, którymi mówiono, nim jeszcze ludzie po raz pierwszy opuścili Ziemię. Muzykowanie pomagało zagłuszyć wiatr i łoskot fal, które tłukły o brzeg tam, gdzie kiedyś był port. Płomienie strzelały wysoko, oświetlając ich twarze pośród nocy i nadając prostym kombinezonom barwę niespokojnej czerwieni. Potem przygasały i ciała mężczyzn ponownie niknęły w cieniu. Wszyscy czterej wyglądali bardzo podobnie. Byli niewysocy, gibcy i mieli smagłe twarze o ostrych rysach. Familia stanowiła odrębny lud. Załogi jej statków, które jako niemal jedyne podróżowały między gwiazdami, zawierały związki małżeńskie między sobą. Ponieważ każdy z tych gwiazdolotów opuszczał Ziemię na stulecie albo dłużej, planetarne cywilizacje, które rozkwitały, umierały i rodziły się na nowo niczym ogrzewające ich teraz płomienie, znaczyły dla nich bardzo niewiele. Mężczyźni różnili się od siebie głównie wiekiem. Skórę Regora Lannisa pokryło głębokimi bruzdami sześćdziesiąt lat, natomiast Jong Errifrans dopiero niedawno skończył dwadzieścia.
Jong przypomniał sobie, że były to prawie bez wyjątku lata pokładowe. Spojrzał z drżeniem na Drogę Mleczną. Gdy statek leci z prędkością podświetlną, czas się kurczy. Podczas swego krótkiego życia był już świadkiem rozkwitu i upadku imperium. Do tej pory nie zaprzątał sobie zbytnio głowy tym faktem. Tak już po prostu było. Familia składała się z pseudonieśmiertelnych, a mieszkańcy planet byli czymś obcym, ulotnym, nie w pełni realnym. Trwająca dziesięć tysięcy lat podróż do centrum Galaktyki i z powrotem przerastała jednak wszystko, co do tej pory próbowano przedsięwziąć. Nikt z pewnością nie porwałby się na takie przedsięwzięcie, gdyby nie chodziło o odpokutowanie zbrodni nad zbrodniami. Czy Familia jeszcze istnieje? A Ziemia?
Po kilku dniach Regor podjął wreszcie decyzję:
— Trzeba się będzie zapuścić w głąb lądu. Może tam będziemy mieli więcej szczęścia.
— Nie znajdziemy nic poza puszczą i sawanną — sprzeciwił się Neri Avelair. — Wszystko to oglądaliśmy już z góry.
— Ale wędrując na piechotę można zobaczyć rzeczy, których z promu się nie zauważy. To niemożliwe, by koloniści mieszkali wyłącznie w tak dużych miastach. Potrzebowali farm, kopalń, zakładów ekstrakcyjnych, dalej położonych osad. Gdyby udało się nam zbadać którąś z nich, może znaleźlibyśmy tam więcej wskazówek niż w tym cholernym wielkim mrowisku.
— Jakie mamy szansę natrafić na cokolwiek, przerąbując się przez chaszcze? — argumentował Neri. — Lepiej zbadajmy parę miasteczek, które zauważyliśmy.
— Wszystkie są jeszcze bardziej zniszczone od tego miasta — przypomniał mu Mons Rainart. — W znacznej części zalało je morze.
Nie musiał o tym wspominać. Jak mogliby zapomnieć? Ziemia nie zapada się szybko. Fakt, że miasta pochłonęło morze, dawał pewne wyobrażenie o tym, jak dawno temu je porzucono.
— To prawda. — Regor skinął głową. — Nie proponuję wyprawy do lasu. Wymagałaby więcej ludzi. Nie mamy też tyle czasu. Jakieś sto kilometrów na północ stąd, nad zatoką o wąskim ujściu, znajduje się wyjątkowo rozległa plaża. Za nią leżą żyzne wzgórza. Wygląda również na to, że pod nimi powinny się kryć cenne kruszce. Zdziwiłbym się, gdyby koloniści nie próbowali zagospodarować tej okolicy.
Kąciki ust Neriego opadły.
— Jak długo będziemy musieli siedzieć na tej planecie duchów, zanim przyznamy, że nie zdołaliśmy się dowiedzieć, co się tu stało?! — zapytał nie do końca opanowanym głosem.
— Już niedługo — uspokoił go Regor. — Musimy jednak przed odlotem zrobić wszystko co w naszej mocy.
Wskazał kciukiem w kierunku miasta. Wieżowce górowały nad zwalonymi murami i ruchomymi wydmami, sięgając ku pełnemu ptaków niebu. Pastelowe kolory budowli wyblakły w promieniach jasnego, żółtego słońca i wieżowce były teraz białe jak kość. Za to rozciągający się za nimi widok był piękny. Rosnący w głębi lądu las falował niezliczonymi odcieniami zieleni, po przeciwnej zaś stronie grunt opadał łagodnie ku morzu, które lśniło niczym szmaragd przyprószony diamentowym pyłem, huczało i rozbijało się o rafy w fontannach białej piany. Jong pomyślał, że pierwsze pokolenia osadników z pewnością czuły się tu bardzo szczęśliwe.
— Coś ich zniszczyło i to nie była po prostu wojna — upierał się Regor. — Tego musimy się dowiedzieć. Może nic takiego nie wydarzyło się na żadnym innym świecie. A może wprost przeciwnie.
Być może Ziemia jest opustoszała, pomyślał Jong, nie pierwszy już raz.
„Złoty Lotnik” zatrzymał się tu, by dokonać remontów przed powrotem do starożytnej domeny ludzkości. Kapitan Ilmaray wybrał arbitralnie gwiazdę klasy F9, odległą o trzysta lat świetlnych od przewidywanej pozycji Soi. Nie wykryli nawet najmniejszego śladu energii używanych przez cywilizowane gatunki — energii, które mogłyby stanowić dla nich zagrożenie. Trzecia planeta przypominała raj. Dorównywała masą Ziemi, lecz jej lądy były rozsiane po globalnym oceanie w postaci wysp, a klimat od bieguna po biegun był ciepły. Mons Rainart dziwił się, że mimo tak niewielkiego obszaru odsłoniętych skał planeta zachowywała równowagę dwutlenku węgla. Potem zaobserwował unoszące się wszędzie w oceanie pola wodorostów, często pokrywające powierzchnię setek kilometrów kwadratowych, i doszedł do wniosku, że ich fotosynteza jest na tyle wydajna, by podtrzymywać atmosferę typu ziemskiego.
Widok ruin miast, które zaobserwowali z orbity, wstrząsnął nimi. Nie byli zdumieni tym, że kolonizacja sięgnęła w ciągu dwudziestu tysięcy lat tak daleko, lecz faktem, że przedsięwzięcie przerwano. Dlaczego?
Wieczorem przyszła kolej na Jonga, by odbyć osobistą rozmowę z ludźmi przebywającymi na statku-bazie. Wywołał rodziców przez interkom, by opowiedzieć im, co u niego słychać. Serce zabiło mu mocniej, gdy do ich głosu dołączył głos Soryi Rainart.
— Och, tak — odpowiedziała dziewczyna z niepewnym śmiechem. — Akurat wpadłam z przypadkową wizytą.
Za plecami Jonga zachichotał jej brat. Młodzieniec zaczerwienił się, gorzko żałując, że nie może mieć odrobiny prywatności. Sorya, rzecz jasna, wiedziała o jego dzisiejszej rozmowie z rodzicami… jeśli Familia jeszcze istniała, nie będzie mogło dojść między nimi do niczego. Żonę sprowadzało się do domu z innego statku. Tak stanowiło prawo astronautów. Egzogamia pomagała przetrwać, co zawsze było trudne. Jeśli jednak wszystkie statki Familii poza „Złotym Lotnikiem” dryfowały martwe między gwiazdami, a kilkuset ludzi na jego pokładzie oraz ich czwórka na planecie stanowiło wszystko, co zostało z ludzkości… była inteligentna, łagodna i chodząc, słodko kołysała biodrami.
— Cieszę… — Zapanował nad swym językiem. — Cieszę się, że to zrobiłaś. Co u ciebie słychać?
— Boję się i czuję się samotna — wyznała. Jej słowa zakłócała kosmiczna interferencja. Ogień strzelał głośno iskrami w ciemność na górze. — Jeśli nie dowiecie się, co się tu wydarzyło… Nie wiem, czy to wytrzymam, jeśli przez resztę życia będę sobie zadawać to pytanie.
— Przestań! — skarcił ją ostro. Rozkład morale zniszczył już niejeden statek. Aczkolwiek… — Nie, przepraszam cię.
Wiedział, że nie brak jej odwagi. Jego również dręczyła obawa, że całe życie będzie go prześladowało wspomnienie tego, co tu zobaczył. Śmierć była dla Familii starą znajomą, tym razem jednak wracali z przeszłości bardziej zamierzchłej niż lodowce i mamuty w chwili, gdy opuszczali Ziemię. Potrzebowali wiedzy równie gwałtownie jak powietrza, by zrozumieć otaczający ich wszechświat. A już podczas pierwszego postoju w spiralnym ramieniu Galaktyki, które ongiś było ich domem, stanęli w obliczu zagadki z pozoru niemożliwej do rozwiązania. Korzenie Familii tkwiły tak głęboko w dziejach, że Jong znał symbol Sfinksa. Nagle zdał sobie sprawę z jego makabrycznej wymowy.
— Poznamy odpowiedź — obiecał Soryi. — Jeśli nie tutaj, to po powrocie na Ziemię.
W duchu dręczyła go jednak niepewność. Wdał się w swobodną rozmowę i nawet zdobył się na parę żarcików, ale potem, gdy leżał już w śpiworze, wydawało mu się, że słyszy dobiegający z północy dźwięk rogu.
Wszyscy członkowie ekspedycji wstali o świcie, przełknęli śniadanie, załadowali sprzęt do promu, który wystartował na napędzie aerodynamicznym i wyrównał lot, lecąc z niewielką prędkością tuż nad powierzchnią. Z prawej mieli błyszczące, wzburzone morze, a z lewej wznoszący się stromo w górę ląd. Nigdzie nie zauważyli stad wielkich zwierząt. Zapewne w ogóle ich tu nie było z uwagi na brak miejsca. Za to ocean tętnił życiem. Spoglądając z góry na przezroczyste wody, Jong dostrzegał cienie ławic złożonych z setek tysięcy ryb. Dalej zauważył stado opasów, dorównujących wielkością wielorybom ryb, które torowały sobie powoli drogę przez pola wodorostów. Głównym źródłem żywności dla kolonistów z pewnością był ocean.
Regor posadził prom na szczycie klifu wznoszącego się nad zatoką, o której wspominał. Za urwiskiem ciągnął się łuk nieprawdopodobnie szerokiej i długiej plaży, usianej licznymi głazami. Wiele kilometrów stąd łuk prawie się zamykał i zatokę z oceanem łączyła tylko wąska cieśnina. Czyste, niebieskozielone wody lśniły w blasku wschodzącego słońca. Prawie nie widziało się tu fal, lecz zatoka nie była zupełnie spokojna, gdyż wywoływane przez wielki księżyc pływy z pewnością zmieniały poziom wody w ciągu doby o jakieś dwa, trzy metry. Ponadto do zatoki wpadała rzeka spływająca z południowych wyżyn. Jong widział z daleka muszelki zaścielające piasek pod znakiem wody wysokiej, dowód na to, że życie krzewi się tu bujnie. Wydawało mu się straszliwą niesprawiedliwością, że koloniści byli zmuszeni zamienić tak wiele piękna na ciemność.
Regor popatrzył kolejno na wszystkich towarzyszy.
— Sprawdźcie sprzęt — rozkazał, po czym przeszedł do listy: ful-gurator, bransoleta komunikatora, kompas energetyczny, pakiet medyczny…
— Mój Boże — odezwał się Neri — można by pomyśleć, że wybieramy się na roczną wyprawę, i to każdy z nas osobno.
— Rozdzielimy się w poszukiwaniu śladów — wyjaśnił Regor -a przez te skały często nie będziemy się widzieć.
Resztę zostawił niewypowiedzianą: to, co spowodowało zagładę kolonii, może nadal zagrażać — im.
Wyszli w chłodne, rześkie powietrze, które — jak nad morzami wszystkich podobnych do Ziemi światów — przesycała woń soli, jodu i czystego rozkładu. Zeszli z urwiska.
— Rozejdźmy się we wszystkie strony — zasugerował Regor. — Jeśli nikt nic nie znajdzie, za cztery godziny spotkamy się tu na obiedzie.
Jong zawędrował najdalej na północ. Z początku szedł szybko, radując się wysiłkiem mięśni, skrzypieniem piasku i grzechotem kamyków pod stopami oraz głosami licznych krążących w powietrzu ptaków. Potem jednak musiał brnąć przez kamienne osypiska oraz omijać potężne ciemne głazy. Niektóre z nich dorównywały wielkością domom. Dawały osłonę przed wiatrem, lecz również powodowały, że nie widział towarzyszy. Przypomniał sobie samotność Soryi.
O nie, tylko nie to. Czyż nie zapłaciliśmy już wystarczająco wysokiej ceny? — pomyślał. My tego nie zrobiliśmy, dodał w duchu podczas chwili buntu. Potępiliśmy zdrajców, a gdy tylko się o wszystkim dowiedzieliśmy, wyrzuciliśmy ich w przestrzeń. Dlaczego to nas miałaby spotkać kara?
Familia zbyt długo jednak żyła w izolacji, uważając, że toczy walkę z całym wszechświatem, by mogła zaprzeczyć temu, że grzech i smutek jednej osoby obciążają wszystkich. Ponadto Toma-kan i jego współspiskowcy nie dopuścili się owego czynu z egoistycznych pobudek. Chcieli ratować statek. W ostatnich straszliwych latach Imperium Gwiezdnego, gdy Ziemianie zrobili z Familii kozła ofiarnego, obciążając ją winą za własną nikczemność, wszystkie załogi uciekły, by zaczekać na lepsze czasy. Wziętych do niewoli ludzi z „Gwiezdnego Lotnika” czekałaby straszliwa śmierć, gdyby Tomakan nie kupił ich wolności, zdradzając prześladowcom, na której planetoidzie ukrywają się dwa inne statki Familii, przygotowujące się do opuszczenia Układu Słonecznego. Jak mogli później spojrzeć w oczy swym braciom i siostrom podczas spotkania Rady na Tau Ceti?
Wyrok był sprawiedliwy: wyprawa badawcza na pogranicze jądra Galaktyki. Być może znajdą tam Starsze Gatunki, które musiały przecież gdzieś mieszkać; być może przywiozą stamtąd wiedzę i mądrość, które wyleczą człowieka z wrodzonego szaleństwa. No cóż, nic takiego się nie wydarzyło, ale sama podróż była osiągnięciem wystarczającym, by „Złoty Lotnik” mógł odzyskać honor. Z pewnością wszyscy ówcześni członkowie Rady obrócili się już w proch. Niemniej ich potomkowie…