125090.fb2 My?liwski r?g czasu - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 2

My?liwski r?g czasu - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 2

Jong zatrzymał się w pół kroku. Jego krzyk odbił się echem od skał.

— Co to? Kto wołał? Coś się stało?

Pytania wylatywały z jego bransolety niczym podenerwowane pszczoły.

Pochylił się nad małą kupką kamieni i dotknął jej palcami, które nie chciały się uspokoić.

— To ociosany krzemień — wydyszał. — Łuski, złamane groty włóczni… obrobione drewno… coś…

Rozgrzebał piasek. Słońce padło na kawałek metalu, któremu w prymitywny sposób nadano kształt sztyletu. Z pewnością uformowano go z jakiegoś odpornego na starzenie stopu, który pochodził z miasta. Dawno temu, ponieważ sztylet był tak zużyty, że w końcu się złamał. Jong przykucnął nad pozostałościami, gadając coś od rzeczy.

Wkrótce przez jego słowa przebił się niższy głos Monsa:

— Mam następne znalezisko! Zwierzęca czaszka, z pewnością rozszczepiona ostrym kamieniem, rzemień… chwileczkę, chwileczkę, widzę coś, co wyrzeźbiono w tym bloku, być może symbol…

Nagle jego głos przeszedł w ryk bólu, a potem w dziwny, zdławiony bulgot, który po chwili umilkł.

Jong wyprostował się gwałtownie. Z komunikatora dobiegały pytania Neriego i Regora, zignorował je jednak. Nie było czasu na trwogę. Włączył kompas energetyczny. Każda z bransolet emitowała poza falą nośną również charakterystyczną częstotliwość, która umożliwiała lokalizację, i… Igła zawirowała gwałtownie. Jong wolną dłonią wyciągnął fulgurator i pobiegł we wskazanym kierunku, przeskakując skały.

Gdy wydostał się na wolną przestrzeń, wiatr uderzył go z całą siłą w twarz. Przez chwilę słyszał przebijający się przez jego świst ton rogu, głośniejszy niż kiedykolwiek dotąd. Dobiegał zza klifów. Przypomniał sobie mimochodem, że pewnego dnia na jednym z pogranicznych światów widział, jak grupa myśliwych ścigała zwierzę, które płakało podczas ucieczki. Wódz uniósł wówczas do ust zakrzywioną trąbkę i zagrał na niej taki właśnie ton.

Dźwięk wybrzmiał. Jong omiótł wzrokiem plażę. W oddali ujrzał kilka postaci, które wyłoniły się ze skupiska głazów. Dwie z nich dźwigały ludzkie ciało. Wrzasnął głośno i popędził sprintem w tamtą stronę, żeby przeciąć im drogę. Kompas wypadł mu z dłoni.

Obcy zatrzymali się na jego widok. Gdy Jong się zbliżył, zauważył, że niesione przez nich ciało jest ciałem Monsa Rainarta. Zwisał z ich rąk, makabrycznie bezwładny. Z pleców i piersi kapała mu krew.

Jong przeniósł spojrzenie na sześciu morderców. Byli przerażająco podobni do ludzi, jakieś pół metra wyżsi od niego. Potężne mięśnie uwydatniały się pod nagą, białą skórą, która była całkowicie pozbawiona włosów. Palce długich stóp i dłoni łączyły błony pławne. Mieli wielkie płetwy na plecach, a mniejsze na piętach, łokciach oraz kopulastych czaszkach. Ich twarze były kościste, oczy wielkie i głęboko osadzone, a zewnętrznych uszu nie mieli. Ze ściągniętego nosa do ust opadał płatek skóry. Dwaj nieśli drewniane włócznie z krzemiennymi grotami, dwaj wykute z metalu trójzęby — ostrza jednego z nich lśniły wilgotną czerwienią — a u pasów tych, którzy taszczyli ciało, wisiały noże.

— Stać! — wrzasnął Jong. — Zostawcie go!

Zatrzymał się w niewielkiej odległości i zagroził Obcym bronią. Największy z nich wydał z siebie basowe szczeknięcie, po czym ruszył ku Jongowi, unosząc trójząb. Młodzieniec cofnął się o krok. Cokolwiek uczynili, nie chciał…

Nagle zalśniła wiązka energetyczna, której towarzyszył grom. Obcy dźwigający Monsa za ramiona zgiął się wpół, osunął na kolana i runął na piasek. Krew płynąca z dziury wypalonej w jego piersi zmieszała się z krwią astronauty, tak samo karmazynową jak ona.

Wszyscy odwrócili się błyskawicznie. Na drugim końcu plaży pojawił się Neri Avelair. Jego fulgurator przemówił po raz drugi. Migotliwy blask wiązki odbijał się w mokrym piasku. Strzał chybił, lecz wiązka stopiła kwarc u stóp istot, opryskując je rozpalonymi kropelkami.

Wódz zamachał trójzębem i krzyknął coś. Obcy poczłapali w stronę wody. Ten z nich, który trzymał Monsa za kostki, nie zamierzał go puścić. Głowa i ramiona ciągniętego po plaży ciała podskakiwały groteskowo. Neri strzelił po raz trzeci, lecz biegł zbyt szybko i znowu chybił. Palec Jonga nadal spoczywał nieruchomo na spuście.

Pięciu olbrzymów weszło w wody zatoki. Jej dno szybko opadało i już po minucie mogli zanurkować pod powierzchnię. Neri dobiegł do Jonga, strzelając raz za razem, aż z wiatrem popłynął obłok pary. Po policzkach mężczyzny spływały łzy.

— Dlaczego ich nie zabiłeś, ty sukinsynu?! — krzyczał. — Mogłeś z łatwością załatwić wszystkich!

— No, nie wiem.

Jong przyjrzał się broni, która nagle wydała mu się dziwnie ciężka.

— Utopili Monsa!

— Nie… on już nie żył. Widziałem to. Na pewno przebili mu serce. Pewnie zastawili na niego zasadzkę między tymi skałami…

— M… m… może i tak. Ale jego ciało, niech cię diabli, mogliśmy uratować chociaż ciało! Neri przeszył płetwiastego trupa wiązką energii w geście bezmyślnej złości.

— Przestań — rozkazał Regor. Opadł na ziemię, dysząc ciężko.

Jong zauważył, że we włosach dowódcy pojawiły się pasemka siwizny. Myśl, że nawet nieugiętego Regora Lannisa porwała fala lat, wzbudziła w nim litość i grozę.

O czym ja myślę? Zabili Monsa. Brata Soryi.

Neri schował fulgurator do kabury, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się.

Po dłuższej chwili Regor otrząsnął się, wstał i ponownie ukląkł nad martwym pły-waczem, by mu się lepiej przyjrzeć.

— A więc są tutaj tubylcy — mruknął. — Koloniści na pewno nic o nich nie wiedzieli. Albo może nie docenili możliwości dzikusów. Przesunął dłońmi po bezwłosej skórze.

— Jest jeszcze ciepły — stwierdził, mówiąc właściwie do siebie. — Oddycha powietrzem. To z pewnością prawdziwy ssak, aczkolwiek u tego samca nie widzimy szczątkowych sutków. Na palcach ma paznokcie, nawet jeśli zrobiły się grube i ostre jak pazury. — Odsunął wargi trupa, by przyjrzeć się zębom. — To zapewne wszystko-żerca przekształcający się w drapieżnika. Trzonowce nadal ma stosunkowo płaskie, ale pozostałe zęby są większe od naszych i do tego dość ostre. — Spojrzał w martwe oczy. — Wzrok typu ludzkiego, choć zapewne mniej wyostrzony. Pod wodą nie widzi się na zbyt dużą odległość. Będą potrzebne szczegółowe badania, by określić krzywą wrażliwości na kolory, jeżeli tubylcy w ogóle je rozróżniają. Nie wspominając już o innych przystosowaniach. Przypuszczam, że wytrzymują pod wodą wiele minut, choć z pewnością nie tak długo jak walenie. Nie oddalili się jeszcze tak bardzo od swych lądowych przodków. Świadczą o tym płetwy. Z pewnością ułatwiają pływanie, ale nie osiągnęły jeszcze rozmiarów ani kształtu, które zapewniłyby im wysoką wydajność.

— Jak możesz bawić się w takie spekulacje, kiedy oni uciekają z ciałem Monsa? -wykrztusił Neri. Regor wstał i spróbował roztargnionym gestem strzepać piasek z ubrania.

— No tak — mruknął. Wykrzywił twarz i zamrugał kilka razy. — Oczywiście, musimy coś w tej sprawie zrobić. — Spojrzał na niebo. Przesłaniały je niezliczone skrzydła. Morskie ptactwo zobaczyło mięso i krążyło bezczelnie blisko. Chór ptasich pisków zagłuszał szum wiatru. — Wracajmy do promu. Zabierzemy to ścierwo, żeby zbadali je uczeni.

Neri przeklinał w myślach, podniósł jednak trupa za jeden koniec. Jong złapał za drugi. Ciężar wydawał się monstrualny i rósł w miarę, jak zbliżali się do urwiska. Oddychali chrapliwie. Pot przylepiał im koszule do ciał.

Jong przyjrzał się brzydkiej fizjonomii zabitego. Bez względu na śmierć Monsa — och, nigdy już nie usłyszy jego głośnego śmiechu, nie zagra z nim w szachy, nie wychyli kielicha ani nie stanie obok niego na wibrującym pokładzie! — zadawał sobie pytanie, czy gdzieś w oceanie mieszka kobieta, która uważała tę twarz za piękną.

— Nie zrobiliśmy im nic złego — wysapał Neri w przerwie między wysilonymi oddechami.

— Nie możesz… oskarżać jadowitego węża… ani drapieżnika… jeśli podejdziesz do nich zbyt blisko — sprzeciwił się Jong.

— Ale to nie są bezrozumne zwierzęta! Spójrz na puszkę mózgową. I na nóż. — Neri przerwał, by zaczerpnąć tchu, i kontynuował wściekłą tyradę: — Często już mieliśmy do czynienia z nieludźmi. Nieraz nawet z nimi walczyliśmy. Wszyscy oni mieli jednak powód do walki. Może i niesłuszny, ale zawsze powód. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś bez żadnej prowokacji zaatakował zupełnie obce istoty.

— Być może wcale nie byliśmy obcy — zasugerował Regor.

— Co takiego?

Neri odwrócił głowę i spojrzał na starszego mężczyznę.

Regor wzruszył ramionami.

— Umieszczono tu ludzką kolonię. Wygląda na to, że tubylcy zniszczyli ją doszczętnie. Przypuszczam, że mieli wówczas jakiś powód. A tradycja mogła przetrwać.

Przez dziesięć tysięcy lat albo i dłużej? — zadał sobie pytanie wstrząśnięty Jong. Jakich okropności dopuścił się wobec nich nasz gatunek, jeśli nie potrafili o nich zapomnieć przez tak wiele tysiącleci?

Spróbował sobie wyobrazić, co mogło się zdarzyć, nie znalazł jednak w tej wizji rzeczywistości, ale jedynie suchą i raczej wątłą logikę. Tę kolonię zapewne założyła cywilizacja, która była spadkobierczynią Imperium Gwiezdnego. Prawdopodobnie ona również z czasem upadła. Osadnicy przypuszczalnie nie posiadali własnych gwiazdolotów. Dalej położonym światom łatwiej było polegać na Familii, która zapewniała zaopatrzenie w nieliczne towary. W ich bibliotekach często brakowało danych potrzebnych do budowy statku, nie wypracowywali też ekonomicznej nadwyżki, która pozwoliłaby na ponowne przeprowadzenie niezbędnych badań.

Kolonię pozostawiono więc samej sobie. Później, jeżeli nastąpił tu epizod szczególnie gwałtownego antyfamilizmu, kupcy mogli przestać ją odwiedzać. Niewykluczone nawet, że wszelkie wzmianki o jej istnieniu przepadły. Albo Familia wymarła, ale tej możliwości wolimy nie rozważać, pomyślał. Planeta popadła w izolację.

Powierzchnia lądu była tu mała, nie istniała więc możliwość utrzymania wielkiej populacji, nawet jeśli większość żywności i surowców czerpano z morza. Mimo to mieszkańcom powinno było się udać zachować maszynową kulturę. Ich społeczeństwo z pewnością skostniało, ale statyczne cywilizacje mogą trwać bez końca.

Chyba że zetrą się z pełnymi wigoru barbarzyńcami, zorganizowanymi w milionowe hordy… Czy jednak była to prawdziwa odpowiedź? Jak miasto władające energią atomową mogło zostać podbite przez neolitycznych łowców?