125132.fb2
— Hm — zafrasował się Gladstone Jimm, gdy Blake skończył.
— Powiem im to, Blake. Przynajmniej to wyjaśnienie mnie satysfakcjonuje. — I odłożył słuchawkę. Blake cały dygotał.
— Co za dziwaki — wymamrotał wściekle. — Dziwaki, zdecydowanie. Na pewno nie porządni najemcy.
Gdy następnego dnia przyszedł do biura, okazało się, że panowie Tohu i Bohu już na niego czekają. Wysoki podał mu klucz.
— Zgodnie z warunkami umowy, panie Blake, klucz do naszego biura musi być w posiadaniu stałego agenta urzędującego w tym budynku. Właśnie nasz ślusarz dorobił ten klucz. Ufam, że to pana zadowala?
Sydney Blake oparł się o ścianą i odczekał chwilę, chcąc ochłonąć.
— Umowy? — wyszeptał. — Biuro główne podpisało z wami umowę?
— Tak — powiedział wysoki. — Bez kłopotu udało nam się osiągnąć… jak wy to nazywacie?
— Porozumienie — mały wtrącił z okolic kolan swego towarzysza. — Święto rozumu. Serce na dłoni. W waszym głównym biurze nie ma pedantów od subtelności matematycznych, młody człowieku.
— Czy mógłbym zobaczyć tę umowę? — Blake’owi udało się oderwać od ściany.
Wysoki sięgnął do prawej kieszeni płaszcza i wyciągnął złożoną kartkę o znajomym wyglądzie.
To była umowa najmu. Trzynastego piętra w budynku McGowana. Ale była jedna mała różnica.
Gladstone Jimm dołączył klauzulę: „… właściciel wynajmuje piętro, o którym zarówno najemca, jak i właściciel wiedzą, iż nie istnieje, ale którego tytuł własności ma dla najemcy szczególne znaczenie, które to znaczenie równe jest wysokości czynszu, jaki zapłaci…”
Blake odetchnął.
— A, to co innego. Dlaczego panowie mi nie powiedzieli, że chcą jedynie tytułu własności tego piętra? Odniosłem wrażenie, że panowie mają zamiar zająć tę nieruchomość.
— Istotnie chcemy zająć tę nieruchomość — Wysoki schował umowę do kieszeni. — Zapłaciliśmy za nią czynsz za miesiąc z góry…
— Oraz — uzupełnił mały — miesięczne ubezpieczenie.
— A także — zakończył wysoki — dodatkowy miesięczny czynsz jako procent dla agenta. Jak najbardziej chcemy zająć tę nieruchomość.
— Ale jak… — Blake zachichotał nieco histerycznie — … macie zamiar zajmować nieruchomość, której nawet…
— Do widzenia, młody człowieku — przerwali mu unisono i skierowali w stronę windy. Widział, jak wchodzą do niej.
— Proszę na trzynaste — polecili windziarzowi. Drzwi zamknęły się. Panna Kerstenberg przeszła obok niego, szczebiocząc obowiązkowe „Dzień dobry, panie Blake” i weszła do biura. Blake ledwie skinął jej głową. Wpatrywał się w drzwi windy. Po chwili otwarły się, mały gruby windziarz wyszedł z niej i zaczął rozmawiać z portierem.
Blake nie wytrzymał. Pobiegł w stronę windy, zajrzał do środka. Była pusta.
— Słuchaj — zawołał, łapiąc grubego windziarza za rękaw przybrudzonego uniformu. — Ci dwaj, których przed chwilą zabrałeś, na którym piętrze wysiedli?
— Tam, gdzie prosili. Na trzynastym. A bo co?
— Na jakim trzynastym piętrze? Tu nie ma żadnego trzynastego piętra!
— Panie Blake — gruby windziarz wzruszył ramionami. — Ja robię, co mi każą. Jak ktoś mówi „trzynaste”, to go biorę na trzynaste. Jak mówi „na dwudzieste pierwsze”, to go biorę…
Blake wszedł do windy.
— Zawieź mnie tam — rozkazał.
— Na dwudzieste pierwsze? Już się robi.
— Nie, ty… ty… — Blake zauważył, że portier z windziarzem wymieniają porozumiewawcze uśmiechy. — Nie na dwudzieste pierwsze — ciągnął już spokojniej. — Zawieź mnie na trzynaste piętro.
Windziarz przesunął dźwignię i drzwi zasunęły się z jękiem. Pojechali do góry. Wszystkie windy u McGowana były bardzo wolne i Blake bez trudności odczytywał numery pięter przez okienko w drzwiach windy.
…dziesiąte…jedenaste…dwunaste…czternaste…piętnaste…szesnaste…
Zatrzymali się. Windziarz podrapał się w głowę, nie zdejmując czapki z daszkiem. Blake spojrzał na niego triumfująco. Pojechali w dół…
…piętnaste…czternaste…dwunaste…jedenaste…dziesiąte…dziewiąte…
— No i co? — zapytał go Blake. Windziarz wzruszył ramionami.
— Wygląda na to, że teraz go nie ma.
— Teraz? Co za teraz? Nigdy go nie było! Więc gdzie zawiozłeś tamtych dwóch?
— A, tamtych. Powiedziałem panu. Na trzynaste.
— Ale przed chwilą udowodniłem ci, że nie ma trzynastego piętra!!!
— To co? To pan skończył szkołę, panie Blake, nie ja. Ja mam taką pracę. Jak się panu nie podoba, to trudno, ale taką mam pracę. Jak ktoś wchodzi do windy i mówi „na trzynaste”, to go…
— Wiem! To bierzesz go na trzynaste piętro. Ale nie ma żadnego trzynastego piętra, ty idioto! Mogę ci pokazać plany tego budynku i spróbuj, tylko spróbuj, pokazać mi trzynaste piętro. Jeśli pokażesz mi trzynaste piętro…
Urwał, bo spostrzegł, że znów są na dole, a wokół nich zebrał się spory tłumek.
— Panie Blake — wystąpił windziarz z propozycją — jeżeli pan nie jest zadowolony, to może zadzwonię po przedstawiciela związku i sobie pogadacie. Co pan na to?
Blake machnął bezradnie ręką i powlókł się do swego biura. Za plecami słyszał, jak portier pyta windziarza:
— O co on się wściekał, Barney?
— Aaa, ten facet? — odkrzyknął mu windziarz. — Mówił, że coś sknociłem z planami budynku. Po mojemu, to za długo się w szkole uczył. Niby co ja miałem wspólnego z planami?
— Nie mam pojęcia. — westchnął portier. — Diabli go tam wiedzą.
— A ja cię o coś jeszcze spytam — ciągnął windziarz z większą pewnością siebie, uwierzywszy w swój talent oratorski. — A co ja mam wspólnego z jakimiś planami budynku?
Blake zamknął drzwi od biura i oparł się o nie. Przejechał ręką po swoich rzedniejących włosach.