125253.fb2
Z daleka rakieta wyglądała jak krzywa wieża. Wrażenie to powiększało ukształtowanie otaczających ją piasków: zachodnie obwałowanie było znacznie wyższe od wschodniego, ze względu na kierunek stałych wiatrów. Kilka ciągników w pobliżu było zasypanych prawie zupełnie, nawet i znieruchomiały miotacz energii z uniesioną pokrywą zaniosło wydmami do połowy kadłuba. Ale sama rufa ukazywała wyloty dysz, bo znajdowała się wewnątrz nie zawianej wklęsłości. Dzięki temu wystarczyło odgarnąć cienką warstwę piasku, aby dotrzeć do rozsypanych wokół pochylni przedmiotów.
Ludzie „Niezwyciężonego” zatrzymali się na brzegu obwałowania. Pojazdy, które ich przywiozły, otoczyły już wielkim kręgiem cały teren i wyrzucone z emitorów pęki siłowe połączyły się w osłaniające pole. Transportery i inforoboty pozostawili kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym kolisko piachu opasywało podstawę „Kondora”, i patrzyli ze szczytu na wydmy w dół.
Pochylnię statku dzieliła od gruntu pięciometrowa przestrzeń, jakby coś zatrzymało ją znienacka w ruchu, kiedy była opuszczana. Rusztowanie osobowego dźwigu stało jednak pewnie, a pusta klatka windy z otwartym wejściem zdawała się zapraszać do środka. Obok niej wystawało z piasku kilka tlenowych butelek. Aluminiowe ich ścianki lśniły, jakby porzucono je zaledwie kilka minut temu. Nieco dalej wystawał z wydmy błękitny fragment jakiegoś przedmiotu, który okazał się plastykowym pojemnikiem. Zresztą chaotycznie porozrzucanych przedmiotów było we wklęsłości u podnóża statku mnóstwo: bańki konserwowe, pełne i opróżnione, teodolity, aparaty fotograficzne, lunety, statywy i manierki — jedne całe, inne noszące ślady uszkodzeń.
Zupełnie jakby je ktoś wyrzucał całymi stosami z rakiety! — pomyślał Rohan, zadzierając głowę tam, gdzie w postaci ciemnego otworu widniało wejście osobowe: jego klapa była nie domknięta.
Mały zwiad lotny de Vriesa natknął się zupełnie przypadkowo na martwy statek. De Vries nie próbował dostać się do jego wnętrza, lecz od razu zawiadomił bazę. Dopiero grupa Rohana miała zbadać tajemnicę sobowtóra „Niezwyciężonego”. Technicy biegli już, prosto od swych maszyn, niosąc skrzynki narzędziowe.
Zauważywszy coś wypukłego, co pokrywała cienka warstwa piasku, Rohan odrzucił ją czubkiem buta, sądząc, że to jakiś mały globus, i wciąż jeszcze nie zdając sobie sprawy, co to jest, wydźwignął ową bladożółtawą kulę z ziemi. Prawie krzyknął: wszyscy zwrócili się ku niemu. Trzymał ludzką czaszkę.
Potem znaleźli inne kości i więcej szczątków, a także jeden cały szkielet, odziany w kombinezon. Między odpadłą dolną szczęką a zębami górnej spoczywał jeszcze ustnik tlenowego aparatu, a wskaźnik ciśnienia zatrzymał się na czterdziestu sześciu atmosferach. Klęcząc, Jarg odkręcił zawór butli i gaz trysnął z przeciągłym sykiem. W doskonale suchym powietrzu pustyni nawet ślad rdzy nie tknął żadnej ze stalowych części reduktora i gwinty obracały się zupełnie lekko.
Mechanizm dźwigu można było uruchomić z klatkowej platformy, ale widocznie sieć była bez prądu, bo naciskanie guzików okazało się daremne. Wspięcie się po czterdziestometrowej konstrukcji windy przedstawiało niemałą trudność i Rohan wahał się, czy nie wysłać raczej w górę kilku ludzi na latającym talerzu, ale tymczasem dwóch techników, związawszy się liną, polazło po zewnętrznym dźwigarze. Pozostali, milcząc, przyglądali się postępom ich wspinaczki.
„Kondor”, statek dokładnie tej samej klasy co „Niezwyciężony”, o kilka zaledwie lat wcześniej opuścił stocznię i nie można było odróżnić ich sylwetek. Ludzie milczeli. Chociaż właściwie nie mówiono o tym nigdy, woleliby chyba ujrzeć roztrzaskane wskutek wypadku — bodaj i eksplozji reaktora — szczątki. To, że stał tutaj, wkopany w piasek pustyni, martwo przechylony na jedną stronę, jakby grunt poddał się pod ciśnieniem podpór rufowych, tak otoczony chaosem przedmiotów i kości ludzkich, a równocześnie tak z pozoru nietknięty, ogłuszyło wszystkich. Wspinający się dosięgli osobowej klapy, uchylili ją bez wysiłku i znikli patrzącym z oczu. Nie było ich tak długo, że Rohan zaczął się już niepokoić, lecz niespodziewanie winda drgnęła, uniosła się o metr, a potem na powrót wylądowała na piasku. Równocześnie w otwartym wejściu ukazała się sylwetka jednego z techników; dawał ręką znaki, że można jechać.
Rohan, Ballmin, biolog Hagerup i jeden z techników, Kralik, we czterech pojechali na górę. Ze starego nawyku Rohan patrzał na potężną wypukłość kadłuba, sunącą za balustradą dźwigu, i pierwszy, ale nie ostatni raz tego dnia osłupiał. Tytanowo-molibdenowe płyty pancerza były raz koło razu nawiercone czy też podziobane jakimś przeraźliwie twardym narzędziem; ślady te były niezbyt głębokie, ale tak gęste, że całą powłokę zewnętrzną statku pokryła jakby ospa. Rohan szarpnął za ramię Ballmina, ale ów zauważył już tę rzecz niezwykłą. Obaj usiłowali przyjrzeć się wykutym w pancerzu nierównościom. Wszystkie były drobne, jakby wyżłobione ostrym końcem dłuta, ale Rohan wiedział, że nie ma takiego dłuta, które naruszyłoby cementowaną powierzchnię. Mógł to być wynik tylko jakiegoś trawienia chemicznego. Niewiele jednak dowiedział się, gdyż winda ukończyła krótką podróż i trzeba było wejść do komory ciśnień.
Wnętrze statku było oświetlone: technicy uruchomili już awaryjny generator, poruszany sprężonym powietrzem. Piasek, nadzwyczaj miałki i drobny, zaścielał grubszą warstwą tylko pobliże wysokiego progu. Wiatr wdmuchał go tu przez szczelinę uchylonej klapy. W korytarzach nie było go wcale. Wnętrza trzeciego poziomu otwierały się przed idącymi czyste, schludne, jasno oświetlone, tu i ówdzie leżał jakiś porzucony przedmiot — maska tlenowa, plastykowy talerz, książka, część kombinezonu — ale tak było właśnie tylko na trzecim poziomie. Niżej, w kajutach kartograficznych i gwiazdowych, w mesach, w kabinach załogi, w pomieszczeniach radarów, w głównym rozrządzie pędni, w korytarzach pokładowych i łącznikowych panował niewytłumaczalny chaos.
Jeszcze przeraźliwszy obraz ukazał się im w sterowni. Nie było tam bodaj jednej ocalałej szybki w ekranach czy zegarach. Przy tym, ponieważ szkła wszystkich przyrządów były z masy nie dającej odłamków, jakieś zdumiewająco potężne ciosy obróciły je w srebrzysty proszek, który pokrywał pulpity, fotele, nawet przewody i kontakty. W przyległej bibliotece jak wysypana z worka kasza leżały mikrofilmy, częściowo rozwinięte i splątane wielkimi śliskimi kłębami, podarte książki, połamane cyrkle, logarytmiczne suwaki, taśmy spektralne i analityczne, razem ze stertami wielkich gwiazdowych katalogów Camerona, nad którymi ktoś szczególnie się znęcał, z pasją, ale i niepojętą cierpliwością wyrywając plik po pliku ich grube, sztywne karty plastykowe. W pomieszczeniu klubowym i przylegającej doń sali projekcyjnej przejścia barykadowały stosy zmiętej odzieży i kawały skóry, pozdzieranej z rozprutego obicia foteli. Wyglądało tam, jednym słowem, tak, jakby, według słów bosmana Ternera, rakietę napadło stado wściekłych pawianów. Ludzie, tracąc wprost mowę na widok tego zniszczenia, przechodzili z jednego pokładu na drugi. W małej kajucie nawigacyjnej spoczywały pod ścianą zwinięte w kłębek, wyschłe zwłoki człowieka, odzianego w płócienne spodnie i poplamioną koszulę. Okrywał go teraz brezent, narzucony przez któregoś z techników, który wszedł tam jako pierwszy. Była to właściwie mumia o zbrunatniałej skórze przyschniętej do kości.
Rohan opuścił „Kondora” jako jeden z ostatnich. Kręciło mu się w głowie; doznawał fizycznych mdłości i ponawiające się ich przystępy powściągał całą siłą woli. Miał wrażenie, że przeżył koszmarny, niewiarygodny sen. Twarze otaczających ludzi upewniały go jednak o prawdziwości wszystkiego, co widział. Nadano krótkie radiogramy do „Niezwyciężonego”. Część załogi została przy opuszczonym „Kondorze”, by zaprowadzić w jego wnętrzu jaki taki ład. Przedtem jednak kazał Rohan sfotografować dokładnie wszystkie pomieszczenia statku i sporządzić dokładne opisy stanu, w jakim go znaleziono.
Wracali z Ballminem i Gaarbem, jednym z biofizyków; kierowcą transportera był Jarg. Jego szeroka, zwykle uśmiechnięta twarz jakby zmniejszyła się i pociemniała. Wielotonowa maszyna, targana zrywami, które tak obce były płynnej zwykle jeździe opanowanego kierowcy, zawijała pomiędzy wydmami, wyrzucając na boki olbrzymie fontanny piasku. Przed nimi sunął bezludny energobot, dając im osłonę siłową. Milczeli przez cały czas; każdy myślał swoje. Rohan bał się prawie spotkania z astrogatorem, bo nie wiedział, co właściwie mu powie. Jedno z najokropniejszych przez to, że najbardziej bezsensownych szalonych odkryć — zachował dla siebie. W łazience ósmego poziomu znalazł kawałki mydła noszące wyraźne ślady ludzkich zębów. A przecież nie mogło być tam głodu; magazyny wypełniały prawie nienaruszone zapasy żywności; nawet mleko w chłodniach doskonale się zachowało. W połowie drogi otrzymali sygnały radiowe od jakiegoś małego pojazdu samobieżnego, który mknął ku nim, zostawiając za sobą ścianę kurzu. Zwolnili, wtedy i tamta maszyna się zatrzymała. Jechało w niej dwu ludzi, niemłody już technik Magdow i neurofizjolog Sax. Rohan wyłączył pole i mogli się porozumieć głosem. Już po jego odjeździe odkryto w hibernatorze „Kondora” zamrożone ciało ludzkie. Człowiek ów mógł jeszcze, być może, zostać ożywiony; Sax wiózł więc całą potrzebną aparaturę z „Niezwyciężonego”. Rohan zdecydował się jechać za Saxem, motywując to tym, że pojazd uczonego nie miał osłony siłowej. W rzeczywistości jednak był rad, że odwlecze się rozmowa z Horpachem. Zakręcili więc na miejscu i burząc piaski, pognali z powrotem.
Wokół „Kondora” panował ożywiony ruch. Wciąż wydobywano z wydm najróżniejsze przedmioty. Osobno, pod białymi płachtami, leżały układane rzędem zwłoki, było ich już ponad dwadzieścia. Pochylnia działała, nawet reaktor postojowy „Kondora” dawał już prąd. Zauważono ich z daleka po wznoszącej się kurzawie i otwarto przejście przez pole siłowe. Na miejscu był już lekarz, mały doktor Nygren, ale nie chciał bez asysty nawet zbadać dokładnie znalezionego w hibernatorze. Rohan, korzystając ze swego przywileju — zastępował tu bowiem samego dowódcę — udał się z obu lekarzami na pokład; porozbijane sprzęty, które, za jego poprzednią bytnością, uniemożliwiły zbliżenie się choćby do drzwi hibernatora, tymczasem usunięto. Wskaźniki stały na siedemnastu stopniach zimna. Obaj lekarze porozumieli się na ten widok oczami, bez słów, ale Rohan tyle wiedział o hibernacji, by zrozumieć, że temperatura jak na pełną śmierć odwracalną jest zbyt wysoka, a znów na sen hipotermiczny — za niska. Nie wyglądało na to, że człowiek w hibernatorze został specjalnie przygotowany do przetrwania w odpowiednio utworzonych warunkach, ale raczej dostał się tam przypadkowo, w sposób równie niezrozumiały i bezsensowny, jaki cechował wszystko inne w „Kondorze”. Istotnie, kiedy odziali się już w termostatyczne skafandry i odkręciwszy koła śrubowe, uchylili ciężką klapę, ujrzeli rozpostarte na podłodze, tylko w bieliznę przyodziane ciało leżącego na twarzy człowieka. Rohan pomógł lekarzom przenieść go na mały, wyściełany stół pod trzema bezcieniowymi lampami. Nie był to właściwie stół operacyjny, ale leżanka do drobnych zabiegów, jakich trzeba czasem dokonać w hibernatorze. Rohan obawiał się twarzy tego człowieka, znał bowiem znaczną ilość ludzi „Kondora”. Ale ten był mu obcy. Gdyby nie lodowate zimno i twardość jego członków, można by sądzić, że odnaleziony śpi. Powieki miał zamknięte, w suchej i hermetycznej kajucie skóra nie utraciła nawet naturalnej barwy, tyle że była blada. Ale tkanki pod nią pełne były mikroskopijnych kryształków lodowych. Obaj lekarze, nic nie mówiąc, po raz drugi porozumieli się oczami. Potem zaczęli przygotowywać swoje narzędzia. Rohan usiadł na jednej z pustych koi. Ich dwa długie szeregi stały porządnie zasłane; w hibernatorze panował doskonały, normalny ład. Kilka razy zadźwięczały instrumenty, lekarze poszeptali, nareszcie Sax powiedział, odchodząc od stołu:
— Nic się nie da zrobić.
— Nie żyje — raczej wyciągając z jego słów jedyną możliwą konkluzję, aniżeli pytając jeszcze, rzucił Rohan.
Nygren podszedł tymczasem do tablicy klimatyzatora. Po chwili powietrze poruszył ciepły podmuch. Rohan wstał, aby wyjść, kiedy zobaczył, że Sax wraca do stołu. Podniósł z podłogi niewielką czarną torbę, otworzył ją, i ukazał się ów aparat, o którym Rohan nieraz już słyszał, ale którego nigdy dotąd przy nim nie używano. Sax, ruchami nadzwyczaj spokojnymi, pedantycznie rozwijał kłębki przewodów, zakończonych płaskimi elektrodami. Przyłożywszy ich sześć do czaszki umarłego, umocował je elastyczną taśmą. Przykucnąwszy, wyjął z torby trzy pary słuchawek. Nałożył sobie słuchawki na uszy i, wciąż pochylony, poruszał gałkami aparatu, znajdującego się wewnątrz pokrowca. Jego twarz o zamkniętych oczach przybrała wyraz doskonałego skupienia. Nagle ściągnął brwi, nachylił się jeszcze niżej, przytrzymał ręką gałkę, po czym gwałtownie zdjął słuchawki.
— Kolego Nygren — powiedział jakimś dziwnym głosem.
Mały doktor wziął od niego słuchawki.
— Co?… — prawie bez tchu, drżącymi wargami wyszeptał Rohan. Aparat nazywał się „opukiwaczem grobów”, przynajmniej w pokładowym żargonie. U zmarłego, którego śmierć zabrała niedawno, albo gdy nie doszło do rozkładu ciała, jak w tym wypadku na skutek niskiej temperatury ciała, można było „podsłuchać mózg”, a właściwie to, co stanowiło ostatnią treść świadomości.
Aparat wprowadzał impulsy elektryczne w głąb czaszki; płynęły one drogą najmniejszego oporu — to jest po tych włóknach nerwowych, które tworzyły całość funkcjonalną w okresie przedagonalnym. Wyniki nie były nigdy pewne, ale chodziły słuchy, że kilka razy udało się w ten sposób zdobyć informacje niezwykłej wagi. W okolicznościach takich jak ta właśnie, gdy tak wiele zależało od uchylenia rąbka tajemnicy okrywającej tragedię „Kondora”, zastosowanie „opukiwacza grobów” było koniecznością. Rohan domyślał się już, że neurolog nie liczył wcale na ożywienie zamarzłego człowieka i właściwie przyjechał tylko po to, aby usłyszeć, co przekaże mu jego mózg. Stał nieruchomo, czując dziwną suchość ust i ciężkie bicie serca, gdy Sax podał mu drugą parę słuchawek. Gdyby nie prostota i naturalność owego gestu, nie odważyłby się ich nałożyć. Ale uczynił to pod spokojnym, ciemnym wzrokiem Saxa, który klęczał na jednym kolanie przy aparacie, poruszając drobnymi ruchami gałką wzmacniacza.
Początkowo nie słyszał nic, prócz szumu prądów, i odczuł to właściwie jako ulgę, ponieważ nie chciał nic usłyszeć. Wolałby, nie zdając sobie z tego nawet sprawy, by mózg tego nie znanego mu człowieka był niemy jak kamień. Sax, unosząc się z podłogi, poprawił mu słuchawki na głowie. Wtedy Rohan zobaczył coś poprzez światło oblewające białą ścianę kajuty, obraz szary, jak usypany z popiołu, zamglony i zawieszony w nieokreślonej odległości. Zamknął mimo woli powieki, i to, co spostrzegł przed chwilą, stało się prawie wyraźne. Było to jakby przejście jakieś wewnątrz statku, z idącymi stropem rurami; całą jego szerokość tarasowały ludzkie ciała. Pozornie poruszały się, ale to drgał i falował cały obraz. Ludzie byli półnadzy, resztki ubrań wisiały w strzępach, a ich nadnaturalnej białości skóra pokryta była ni to ciemnymi cętkami, ni to jakąś wysypką. Być może i to zjawisko było tylko przypadkowym efektem ubocznym, bo od takich samych czarnych przecinków aż się roiło na podłodze i na ścianach. Cały ów obraz, jak niewyraźna fotografia, zrobiona przez grubą warstwę płynącej wody, chwiał się, rozciągał, kurczył i falował. Przejęty zgrozą, Rohan otworzył gwałtownie oczy; obraz poszarzał i prawie znikł, cieniem tylko jeszcze przesłaniając mocne światła otaczającej rzeczywistości. Ale Sax znowu dotknął gałki aparatu i Rohan usłyszał — jakby wewnątrz głowy — słabe poszeptywanie: … ala… ama… lala… ala ma… mama…
I nic więcej. Prąd wzmocnienia miauknął nagle, zabuczał i wypełnił słuchawki powtarzającym się jak szalona czkawka pianiem, jakby dzikim śmiechem, szydzącym i okropnym. Ale to był już tylko prąd, po prostu heterodyna zaczęła generować zbyt mocne drgania…
Sax zwijał przewody, składał je, upychał w torbie, Nygren zaś podniósł skraj prześcieradła i zarzucił na ciało i twarz zmarłego, którego zamknięte dotąd usta, może pod wpływem ciepła (było już prawie gorąco w hibernatorze — przynajmniej Rohanowi pot spływał po grzbiecie), lekko się rozemknęły, przybierając wyraz nadzwyczajnego zdumienia. I takie znikły pod białym całunem.
— Mówcie coś… Dlaczego nic nie mówicie?! — wykrzyknął Rohan.
Sax zaciągnął paski futerału, wstał i podszedł do niego na krok.
— Proszę się opanować, nawigatorze…
Rohan zmrużył oczy, zacisnął pięści, jego wysiłek był tyleż ogromny, co daremny. Jak zwykle w takich chwilach budziła się w nim pasja. Tę najtrudniej przychodziło powściągać.
— Przepraszam… — wybełkotał. — Więc co to właściwie znaczy?
Sax rozpinał obszerny skafander, który osunął się na podłogę, i pozorna wielkość opuściła go. Był znowu chudym, przygarbionym człowiekiem o wąskiej piersi, z cienkimi, nerwowymi rękami.
— Wiem nie więcej od pana — powiedział. — A może i mniej.
Rohan nic nie rozumiał, ale uczepił się jego ostatnich słów.
— Jak to… ? Dlaczego mniej?
— Bo mnie tu nie było — nie widziałem nic, oprócz tego trupa. Pan tu był od rana. Czy ten obraz nic panu nie mówi?
— Nie. Oni — oni się ruszali. Czyli żyli jeszcze wtedy? Co mieli na sobie? Te plamki…
— Nie ruszali się. To złudzenie. Engramy utrwalają się jak fotografia. Czasem jest zbitka złożona z kilku obrazów; w tym wypadku jej nie było.
— A te plamki? To także złudzenie?
— Nie wiem. Wszystko jest możliwe. Ale wydaje mi się, że nie. Co pan sądzi o tym, Nygren?
Mały lekarz wyswobodził się już ze skafandra.
— Nie wiem — powiedział. — Może to i nie był artefakt. Na stropie ich nie było, prawda?
— Tych plamek? Nie. Tylko na nich… i na podłodze. I kilka na ścianach…
— Gdyby to była druga projekcja, pokrywałyby raczej cały obraz — powiedział Nygren. — Ale to nie jest pewne. Zbyt wiele przypadkowości w takich utrwaleniach…
— A głos? Ten — ten bełkot? — dopytywał się rozpaczliwie Rohan.
— Jedno słowo było wyraźne: „mama”. Słyszał je pan?
— Tak. Ale tam było jeszcze coś. „Ala”… „lala”… — to się powtarzało…
— Powtarzało się, bo przeszukałem całą korę ciemieniową — mruknął Sax. — To znaczy całą okolicę pamięci słuchowej — wyjaśnił Rohanowi. — To było najniezwyklejsze…
— Te słowa?
— Nie. Nie te słowa. Konający może myśleć o czymkolwiek; gdyby myślał o matce, byłoby to nawet zupełnie normalne. Ale jego kora słuchowa jest pusta. Zupełnie pusta, rozumie pan?
— Nie. Nic nie rozumiem. Jak to pusta?
— Zazwyczaj skanowanie płatów ciemieniowych nie daje wyników — wyjaśnił Nygren. — Jest tam zbyt wiele engramów, zbyt wiele utrwalonych słów. To jest tak, jakby pan próbował czytać sto książek naraz. Wynika z tego chaos. A on — patrzał na podłużny kształt pod białym płótnem — nie miał tam nic. Żadnych słów oprócz tych kilku sylab.
— Tak. Przechodziłem od sensorycznego ośrodka mowy aż po sulcus Rolandi — powiedział Sax. — Dlatego te sylaby powtarzały się, to były ostatnie struktury fonetyczne, które ocalały.
— A reszta? A inne?
— Nie ma ich. — Sax, jakby tracąc cierpliwość, podniósł ciężki aparat, aż zaskrzypiała skóra rękojeści. — Po prostu nie ma ich i koniec. Proszę mnie nie pytać, co się z nimi stało. Ten człowiek stracił całą słuchową pamięć.
— A ten obraz?
— To coś innego. Widział go. Mógł nawet nie rozumieć, co widzi, ale fotoaparat także nic nie rozumie, a jednak utrwala to, na co go skierować. Zresztą nie wiem, czy rozumiał, czy nie.
— Pomoże mi pan, kolego?
Obaj lekarze, niosąc aparaty, wyszli. Drzwi zamknęły się. Rohan został sam. Ogarnęła go wtedy taka rozpacz, że podszedł do stołu, uniósł płótno, odrzucił je i rozpiąwszy koszulę zmarłego, która odtajała i była już całkiem miękka, uważnie zbadał jego pierś. Drgnął od jej dotyku, bo nawet skóra stała się elastyczna; w miarę jak tkanki tajały, przychodziło do wiotczenia mięśni, głowa dotąd nienaturalnie uniesiona, opadła biernie, jakby ten człowiek naprawdę spał.
Rohan szukał na jego ciele jakiś śladów zagadkowej epidemii, zatrucia, ukąszeń, ale nie znalazł nic. Dwa palce lewej ręki odemknęły się, ukazując drobną rankę. Jej brzegi były lekko rozwarte; ranka zaczęła krwawić. Czerwone krople spadały na białą powłokę pianową stołu. Tego było już za wiele dla Rohana. Nie zasłoniwszy nawet całunem umarłego, wybiegł z kajuty i zmierzał, roztrącając skupionych przed nią ludzi, do głównego wyjścia, jakby go coś goniło.
Jarg zatrzymał go u komory ciśnień, pomógł założyć aparat tlenowy, nawet ustnik wetknął mu między wargi.
— Nic nie wiadomo, nawigatorze?
— Nie, Jarg. Nic. Nic!
Nie wiedział, z kim jedzie na dół windą. Silniki maszyn wyły na obrotach. Wiatr wzmógł się i fale piasku przelatywały, siekąc powierzchnię kadłuba, chropawą i nierówną. Rohan zapomniał zupełnie o tym zjawisku. Podszedł do rufy i wspiąwszy się na palce, dotknął końcami palców grubego metalu. Pancerz był jak skała, właśnie jak bardzo stara, wypróchniała powierzchnia skały, najeżona twardymi gruzełkami nierówności. Widział między transporterami wysoką sylwetkę inżyniera Ganonga, ale nawet nie próbował pytać go, co sądzi o tym fenomenie. Inżynier wiedział tyle co on. To znaczy nic. Nic.
Wracał z kilkunastoma ludźmi, siedząc w kącie kabiny największego transportera. Jak z wielkiego oddalenia słyszał ich głosy. Bosman Terner mówił coś o zatruciu, ale zakrzyczano go.
— Zatrucie? Czym? Wszystkie filtry są w doskonałym stanie! Zbiorniki pełne tlenu. Zapasy wody nienaruszone… żywności w bród…
— Widzieliście, jak wyglądał ten, któregośmy znaleźli w małej nawigacyjnej? — spytał Blank. — Znałem go… Nie byłbym go poznał, ale miał taki sygnet…
Nikt mu nie odpowiedział. Powróciwszy do bazy, Rohan udał się prosto do Horpacha. Ten orientował się już w sytuacji, dzięki transmisji telewizyjnej i raportom grupy, która wróciła wcześniej, przywożąc także kilkaset wykonanych zdjęć. Rohan poczuł mimo woli ulgę, że nie musi relacjonować dowódcy tego, co widział.
Astrogator przyjrzał mu się uważnie, wstając od stołu, na którym mapę okolicy zalegały odbitki fotograficzne. Byli we dwóch, w dużej kajucie nawigacyjnej.
— Niech się pan weźmie w garść, Rohan — powiedział. — Rozumiem, co pan czuje, ale potrzebny jest nam przede wszystkim rozsądek. I opanowanie. Musimy dojść sedna tej obłąkanej historii.
— Mieli wszystkie środki zabezpieczenia: energoboty, lasery, miotacze. Główny antymat stoi tuż przy statku. Mieli to samo, co my — bezbarwnym głosem powiedział Rohan. Usiadł nagle. — Przepraszam… — powiedział.
Astrogator wyjął z szafki ściennej butelkę koniaku.
— Stary środek, czasem się przydaje. Niech pan to wypije, Rohan. Używano tego dawniej, na polach bitew…
Rohan przełknął w milczeniu palący płyn.
— Sprawdzałem liczniki zbiorcze wszystkich agregatów mocy — powiedział takim tonem, jakby się skarżył. — Nie zaatakowało ich nic. Nawet nie dali jednego strzału. Po prostu — po prostu…
— Zwariowali? — poddał spokojnie astrogator.
— Chciałbym chociaż tego być pewnym. Ale jak to możliwe?
— Widział pan księgę pokładową?
— Nie. Gaarb zabrał ją. Pan ją ma?
— Tak. Po dacie lądowania są tylko cztery zapisy. Dotyczą tych ruin, które pan badał — i… „muszek”.
— Nie rozumiem. Jakich muszek?
— Tego nie wiem. Dosłownie brzmi to tak…
Podniósł ze stołu otwartą księgę.
— „Żadnych oznak życia na lądzie. Skład atmosfery”… to są dane analiz… o, tutaj… „O 18.40 drugi powracający z ruin patrol gąsienicowy dostał się w lokalną burzę piaskową, o znacznej aktywności wyładowań atmosferycznych. Kontakt radiowy nawiązany, mimo zakłóceń. Patrol donosi o odkryciu znacznej ilości muszek, zalegających…”
Astrogator urwał i odłożył książkę.
— A dalej? Czemu pan nie kończy?
— To jest właśnie koniec. Na tym urywa się ostatni zapis.
— I więcej nie ma nic?
— Resztę może pan zobaczyć.
Podsunął mu otwartą stronę. Pokryta była nieczytelnymi gryzmołami. Rohan rozszerzonymi oczyma wpatrywał się w chaos przecinających się linii.
— Tu jest jakby litera „b”… — powiedział cicho.
— Tak. A tu „G”. Duże „G”. Zupełnie jakby pisało małe dziecko… Nie uważa pan?
Rohan milczał z pustą szklanką w ręku. Zapomniał ją odstawić. Pomyślał o niedawnych swoich ambicjach: marzył o tym, by samemu poprowadzić „Niezwyciężonego”. Teraz wdzięczny był losowi, że nie on musi rozstrzygać o dalszych losach wyprawy.
— Proszę wezwać kierowników grup specjalistycznych. Rohan! Zbudź się pan!
— Przepraszam. Narada, panie astrogatorze?
— Tak. Niech wszyscy przyjdą do biblioteki.
Po kwadransie wszyscy siedzieli już w wielkiej, kwadratowej sali, o ścianach powleczonych barwną emalią; kryły w sobie książki i mikrofilmy. Najwstrętniejsze chyba było niesamowite podobieństwo pomieszczeń „Kondora” i „Niezwyciężonego”. Zrozumiałe, były to statki bliźniacze — ale Rohan, patrząc w byle kąt, nie mógł odeprzeć obrazów szaleństwa, które wżarły mu się w pamięć.
Każdy człowiek miał tu ustalone swoje miejsce. Biolog, lekarz, planetolog, inżynierowie elektronicy i łącznościowcy, cybernetycy i fizycy siedzieli w ustawionych półkręgiem fotelach. Tych dziewiętnastu ludzi stanowiło mózg strategiczny statku. Astrogator stał samotny, pod opuszczonym do połowy białym ekranem.
— Czy wszyscy obecni zaznajomili się z sytuacją wykrytą na pokładzie „Kondora”?
Odpowiedzią był wielogłosy pomruk przytaknięć.
— Do tej chwili — powiedział Horpach — ekipy pracujące w perymetrze „Kondora” odnalazły dwadzieścia dziewięć ciał. Na samym statku znaleziono ich trzydzieści cztery, w tym jedno zachowane doskonale dzięki zamrożeniu w hibernatorze. Doktor Nygren, który właśnie wrócił stamtąd, zda nam relację ogólną…
— Nie mam wiele do powiedzenia — rzekł, wstając, mały doktor. Powoli podszedł do astrogatora. Był od niego niższy o głowę. — Znaleźliśmy tylko dziewięć ciał zmumifikowanych. Poza tym, o którym wspomniał dowódca, a które będzie badane osobno. Są to właściwie szkielety lub części szkieletów, wydobyte z piasku. Mumifikacja zachodziła wewnątrz statku, gdzie były sprzyjające ku temu warunki: bardzo mała wilgotność powietrza, praktyczny brak bakterii gnilnych i niezbyt wysoka temperatura. Ciała, które znajdowały się na wolnej przestrzeni, ulegały rozkładowi, wzmagającemu się w okresach deszczów, bo piasek zawiera tu znaczny procent tlenków i siarczków żelaza, reagujących ze słabymi kwasami. Zresztą myślę, że te szczegóły nie są istotne. Gdyby dokładne przedstawienie zachodzących reakcji było wskazane, sprawę tę można przekazać kolegom chemikom. W każdym razie w warunkach przestrzeni zewnętrznej mumifikacja tym bardziej nie mogła zachodzić, że dołączało się tu działanie wody i rozpuszczonych w niej substancji, a także działanie piasku, trwające przez szereg lat. Tym ostatnim tłumaczy się też wypolerowanie powierzchni kostnych.
— Przepraszam — przerwał mu astrogator. — Najważniejsza jest w tej chwili przyczyna zgonu tych ludzi, doktorze…
— Żadnych oznak gwałtownej śmierci, przynajmniej na ciałach najlepiej zachowanych — wyjaśnił natychmiast lekarz. Nie patrzał na nikogo, wyglądało, jakby obserwował coś niewidzialnego w uniesionej ku twarzy ręce. — Obraz jest taki, jakby zmarli w sposób naturalny.
— To znaczy?
— Bez zewnętrznych, gwałtownych działań. Niektóre kości, długie, znalezione oddzielnie, są połamane, ale uszkodzenia takie mogły nastąpić później. Ustalenie tego wymaga dłuższych badań. Ci, którzy mieli na sobie ubrania, mają zarówno powłoki skórne, jak i szkielety nie uszkodzone. Żadnych ran, jeśli nie liczyć drobnych zadraśnięć, które na pewno nie mogły być przyczyną śmierci.
— Więc w jaki sposób zginęli?
— Tego nie wiem. Można sądzić, że z głodu lub z pragnienia…
— Zapasy wody i żywności są tam nie zużyte — zauważył ze swojego miejsca Gaarb.
— Wiem o tym.
Przez chwilę panowało milczenie.
— Mumifikacja jest przede wszystkim pozbawieniem organizmu wody — wyjaśnił Nygren. Wciąż nie patrzał na nikogo z obecnych. — Tkanki tłuszczowe ulegają przemianom, ale można je wykryć. Otóż… ci ludzie praktycznie byli ich pozbawieni. Właśnie jak po długotrwałym głodowaniu.
— Ale ten zachowany w hibernatorze nie — rzucił stojący za ostatnim rzędem foteli Rohan.
— To prawda. Ale on zmarł prawdopodobnie wskutek zamrożenia. Musiał dostać się w niewiadomy sposób do hibernatora; być może usnął po prostu, podczas gdy temperatura spadała.
— Czy dopuszcza pan możliwość zbiorowego zatrucia? — spytał Horpach.
— Nie.
— Ależ, doktorze… nie może pan tak kategorycznie…
— Mogę to powiedzieć — odparł lekarz. — Zatrucie w warunkach planetarnych może nastąpić albo przez płuca, wdychanymi gazami, albo przez przewód pokarmowy, albo przez skórę. Jedne z najlepiej zachowanych zwłok miały nałożony aparat tlenowy. W butli był tlen. Starczyłoby go jeszcze na kilkanaście godzin…
To prawda — pomyślał Rohan.
Przypomniał sobie tego człowieka, obciągniętą skórę czaszki z resztkami zbrunatniałych plam na kościach policzkowych, oczodoły, z których wysypywał się piasek.
— Ludzie ci nie mogli zjeść nic zatrutego, bo tu w ogóle nie ma nic do jedzenia. To znaczy na lądzie. A żadnych połowów w oceanie nie podejmowali. Katastrofa nastąpiła zaraz po wylądowaniu. Wysłali zaledwie jeden patrol w głąb ruin. To było wszystko. Zresztą widzę właśnie McMinna. Kolego Minn, skończył pan?
— Tak — powiedział od drzwi biochemik.
Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. Przeszedł środkiem między siedzącymi i stanął obok Nygrena. Miał jeszcze na sobie długi fartuch laboratoryjny.
— Przeprowadził pan analizy?
— Tak.
— Doktor McMinn badał ciało człowieka, który został znaleziony w hibernatorze — wyjaśnił Nygren. — Może pan od razu powie, co pan znalazł?
— Nic — powiedział McMinn. Miał on włosy tak jasne, że nie wiadomo było, czy nie są po prostu siwe, i oczy tego samego koloru. Nawet jego powieki pokryte były dużymi piegami. Ale teraz ta długa, końska twarz nikogo nie śmieszyła. — Żadnych trucizn organicznych ani nieorganicznych. Wszystkie enzymatyczne zespoły tkanek w stanie prawidłowym. Krew w normie. W żołądku resztki strawionych sucharów i koncentratu.
— Więc jak on zginął? — spytał Horpach. Był wciąż tak samo spokojny.
— Po prostu zamarzł — odpowiedział McMinn, i teraz dopiero zauważył, że ma na sobie fartuch. Odpiął sprzączki i rzucił go na stojący obok pusty fotel. Śliska tkanina osunęła się i spadła na podłogę.
— Więc jakie jest zdanie panów? — podjął nieustępliwie astrogator.
— Nie mam żadnego — powiedział McMinn. — Mogę tylko powiedzieć, że ci ludzie nie ulegli zatruciu.
— Jakaś rozpadająca się szybko substancja radioaktywna? Albo twarde promieniowanie?
— Twarde promieniowanie w dawkach zabójczych pozostawia ślady: wynaczynienia, petechie, zmiany w obrazie krwi. Nie ma takich zmian. Nie ma też radioaktywnej substancji, która, zażyta w dawce śmiertelnej przed ośmiu laty, znikłaby bez śladu. Tutejszy poziom radioaktywności jest niższy od ziemskiego. Ci ludzie nie zetknęli się z żadną formą aktywności promienistej. Za to mogę ręczyć.
— Ale coś ich przecież zabiło! — podniesionym głosem powiedział planetolog Ballmin.
McMinn milczał. Nygren powiedział coś do niego po cichu. Biochemik skinął głową i wyszedł, mijając rzędy siedzących. Wtedy i Nygren zeszedł z podium i usiadł na swoim miejscu.
— Sprawa nie wygląda dobrze — powiedział astrogator. — W każdym razie od biologów nie możemy spodziewać się pomocy. Czy któryś z panów ma coś do powiedzenia?
— Tak.
Wstał Sarner, fizyk atomista.
— Wytłumaczenie końca „Kondora” tkwi w nim samym — powiedział. Popatrzył na wszystkich po kolei swymi oczami dalekowzrocznego ptaka. Przy czarnych włosach tęczówki miał prawie białe. — To znaczy ono tam jest, tylko nie umiemy go na razie odczytać. Chaos, panujący w kajutach — nienaruszone zapasy, układ i rozmieszczenie zwłok, uszkodzenia instalacji — wszystko to coś oznacza.
— Jeśli nie ma pan nic więcej do powiedzenia… — rzucił zniechęcony Gaarb.
— Powoli. Znajdujemy się w ciemności. Musimy szukać jakiejś drogi. Na razie wiemy bardzo niewiele. Mam wrażenie, że pewnych rzeczy, które widzieliśmy na pokładzie „Kondora”, nie mamy odwagi przypominać. Dlatego z taką uporczywością wracaliśmy do hipotezy zatrucia i wywołanego nim zbiorowego obłędu. W interesie nas samych — i przez wzgląd na tamtych — musimy jednak być wobec faktów bezwzględni. Proszę, a raczej zgłaszam kategoryczny wniosek, żeby każdy z was powiedział tu, zaraz, co było najbardziej szokujące na „Kondorze”. Czego, być może, nie powiedział nikomu. O czym pomyślał, że trzeba to zapomnieć.
Sarner usiadł. Rohan, po krótkiej walce wewnętrznej, powiedział o tych kawałkach mydła, które zauważył w łazience.
Potem wstał Gralew. Pod warstwą podartych map i książek pełno było na pokładzie zeschłych odchodów.
Ktoś inny powiedział o puszce konserw, która nosiła ślady zębów. Jakby usiłowano rozgryźć blachę. Gaarba najbardziej przeraziły bazgroty w książce pokładowej i wzmianka o „muszkach”. Nie poprzestał na tym.
— Powiedzmy, że z tego tektonicznego rowu w „mieście” wydostała się fala gazów trujących i wiatr przyniósł ją do rakiety. Jeśli, wskutek nieostrożności, klapa została nie domknięta…
— Nie domknięta była tylko klapa zewnętrzna, kolego Gaarb. Świadczy o tym piasek w komorze ciśnień. Wewnętrzna była zamknięta…
— Mogli ją zamknąć potem, gdy już zaczęli odczuwać trujące działanie gazu…
— Przecież to niemożliwe, Gaarb. Wewnętrznej klapy nie otworzy pan, kiedy otwarta jest zewnętrzna. Otwierają się na przemian, to wyklucza wszelką nieostrożność czy niedbalstwo…
— Ale jedno nie ulega dla mnie wątpliwości, że to się stało nagle. Zbiorowe szaleństwo — już nie mówię o tym, że w czasie lotu w próżni zdarzają się wypadki psychozy, ale nigdy na planetach, i to dosłownie w kilka godzin po lądowaniu. Zbiorowe szaleństwo, ogarniające całą załogę, mogło być tylko wynikiem zatrucia…
— Albo zdziecinnienia — zauważył Sarner.
— Jak? Co pan mówi? — osłupiał Gaarb. — Czy to ma być… żart?
— Nie żartuję w takiej sytuacji. Powiedziałem o zdziecinnieniu, bo nikt o tym nie powiedział. A jednak — te gryzmoły w książce pokładowej, te porozdzierane almanachy gwiazdowe, te z trudem rysowane litery… widzieliście je, prawda?
— Ale co to znaczy? — spytał Nygren. — Czy to ma być jednostka chorobowa?
— Nie. Chyba nie ma takiej, prawda, doktorze?
— Na pewno nie.
Znowu zapadło milczenie. Astrogator wahał się.
— To może nas popchnąć w fałszywym kierunku. Wyniki nasłuchów nekroptycznych są zawsze niepewne. Ale teraz nie wiem, co mogłoby nam jeszcze zaszkodzić. Doktorze Sax…
Neurofizjolog przedstawił obraz uzyskany z mózgu zamarzniętego w hibernatorze, jak również nie omieszkał powiedzieć o sylabach, które pozostały w słuchowej pamięci nieboszczyka. Wznieciło to istną burzę pytań; ich ogień krzyżowy dosięgnął także Rohana, bo i on brał udział w eksperymencie. Ale nie doszli niczego.
— Te plamki kojarzą się z „muszkami”… — powiedział Gaarb. — Zaraz. A może przyczyny śmierci były różne? Powiedzmy, że załogę opadły jakieś jadowite owady; w końcu, nie da się stwierdzić śladu drobnego ukłucia na zmumifikowanej skórze. A ten, znaleziony w hibernatorze, po prostu usiłował się ukryć przed tymi owadami, by ujść losu towarzyszy… i zamarzł.
— Ale dlaczego przed śmiercią zapadł na amnezję?
— To jest utrata pamięci, tak? Czy to zostało z całkowitą pewnością stwierdzone?
— O tyle, o ile pewne są wyniki badania nekroptycznego.
— Ale co powiecie o hipotezie tych owadów?
— Niech się wypowie w tej sprawie Lauda.
Był to główny paleobiolog statku; wstał, czekając, aż wszyscy się uciszą.
— Nieprzypadkowo nie mówiliśmy w ogóle o tak zwanych „muszkach”. Każdy, kto choć trochę orientuje się w biologii, wie, że żadne organizmy nie mogą żyć poza określonym biotopem, to jest jednostką nadrzędną, na którą składają się środowisko i wszystkie w nim żyjące gatunki. Tak jak w całym poznanym Kosmosie. Życie albo wytwarza olbrzymią rozmaitość form, albo nie powstaje wcale. Owady nie mogły powstać bez równoczesnego rozwoju roślin naziemnych, innych ustrojów symetrycznych, bezkręgowych i tak dalej. Nie będę wam wykładał ogólnej teorii ewolucji, myślę, że wystarczy, jeżeli zapewnię was, że to niemożliwe. Nie ma tutaj żadnych trujących much ani innych członkonogich stawonogów, czy pajęczaków. Nie ma też żadnych form z nimi spokrewnionych.
— Nie może pan być tak pewny swego! — zawołał Ballmin.
— Gdybyście byli moim uczniem, Ballmin, nie dostalibyście się na ten pokład, bo byście nie zdali u mnie egzaminu — powiedział niewzruszony paleobiolog, i obecni mimo woli uśmiechnęli się. — Nie wiem, jak tam z planetologia, ale z biologii ewolucyjnej niedostatecznie!
— Już się z tego robi typowy spór fachowców… nie szkoda na to czasu… ? — szepnął ktoś do Rohana z tyłu.
Rohan odwrócił się i zobaczył szeroką, opaloną twarz Jarga, który mrugnął doń porozumiewawczo.
— Więc to może nie są owady pochodzenia miejscowego — upierał się przy swoim Ballmin — może przywieziono je skądś.
— Skąd?
— Z planet Nowej…
Teraz wszyscy zaczęli mówić naraz. Trwało to dobrą chwilę, nim dało się uspokoić zgromadzonych.
— Koledzy! — powiedział Sarner. — Wiem, skąd wziął swój pomysł Ballmin. Od doktora Gralewa…
— Trudno, nie wypieram się autorstwa — rzucił fizyk.
— Doskonale. Powiedzmy, że na luksus prawdopodobnie brzmiących hipotez już nie możemy sobie pozwolić. Że potrzebujemy hipotez szalonych. Niech będzie i tak. Panowie biolodzy! Powiedzmy, że jakiś statek z planety Nowej przywiózł tu tamtejsze owady. Czy mogły się zaadaptować do miejscowych warunków?
— Jeśli hipoteza ma być szalona, to mogłyby — zgodził się ze swego miejsca Lauda. — Ale nawet szalona hipoteza musi tłumaczyć wszystko.
— To znaczy?
— To znaczy, że musi wyjaśnić, co pogryzło cały pancerz zewnętrzny „Kondora”, i to do tego stopnia, że jak mi mówią inżynierowie, statek w ogóle nie będzie zdolny do lotu, dopóki nie zostanie poddany bardzo gruntownemu remontowi. Czy sądzicie może, że jakieś owady przystosowały się do spożywania stopu molibdenowego? Jest to jedna z najtwardszych substancji w całym Kosmosie. Inżynierze Petersen, co może wziąć ten pancerz?
— Kiedy jest dobrze zacementowany, właściwie nic — powiedział zastępca głównego inżyniera. — Można to trochę nawiercić diamentami, ale na to trzeba tony wierteł i tysiąca godzin czasu. Już raczej kwasami. Ale to są kwasy nieorganiczne, muszą działać w temperaturze co najmniej dwu tysięcy stopni i w obecności odpowiednich katalizatorów.
— A co, według pana, zgryzło pancerz „Kondora”?
— Nie mam pojęcia. Wyglądałby tak, gdyby siedział w kąpieli kwasowej i w odpowiednim żarze. Ale jak to zostało zrobione — bez łuków plazmowych i bez katalizatorów — tego nie umiem sobie wyobrazić.
— Macie wasze „muszki”, kolego Ballmin — powiedział Lauda i usiadł.
— Myślę, że nie ma sensu kontynuować dyskusji — odezwał się milczący dotąd astrogator. — Może było na nią jeszcze za wcześnie. Nie pozostaje nam nic innego, jak prowadzić badania. Podzielimy się na trzy grupy. Jedna zajmie się ruinami. Druga „Kondorem”, a trzecia dokona kilku wypadów w głąb pustyni zachodniej. To jest maksimum naszych możliwości, bo nawet jeśli uruchomi się niektóre maszyny „Kondora”, nie mogę zdjąć z perymetru więcej aniżeli czternaście energobotów, a w dalszym ciągu będzie obowiązywał trzeci stopień…