125389.fb2
Do chwili obecnej dochodzenie opierało się na fakcie, że w pracowni zmarł lub został zabity Kriwoszein. Tymczasem… Onisimow uważnie przyjrzał się zatrzymanemu: wysokie czoło z zatokami, wypukłe łuki brwiowe, czerwonosina blizna nad prawą brwią, piegowata, twarz z pełnymi policzkami, szeroki zadarty nos, krótko ostrzyżone rudawe włosy — bez wątpienia siedział przed nim Kriwoszein. „No, to mi się udało!… Ale kogo oni tam, do diabła, załatwili? No, teraz wreszcie wyjaśnię wszystko do końca!”
— A to co? Aluzja? — Kriwoszein pokazał na zakratowane okna.
— Żeby się szybciej przyznawali?
— Nie, hurtownia tu kiedyś była — oficer przypomniał sobie, że tą samą odpowiedzią rozpoczął wczorajsze przesłuchanie laboranta i uśmiechnął się. ~— Od tego czasu kraty pozostały… No, jak samopoczucie, Walentinie Wasiliewiczu?
— Dziękuję… przepraszam, nie znam waszego nazwiska… nie skarżę się. A wasze?
— Tak samo — skinął głową Onisimow. — Z tym, że moje samopoczucie nie ma bezpośredniego związku ze sprawą.
Uśmiechali się do siebie szeroko i z napięciem, jak bokserzy przed mordobiciem.
— A moje niby ma? Już sobie pomyślałem, że to taki zwyczaj: pytać o samopoczucie pasażerów, których ni z tego, ni z owego łapiecie na lotnisku. No więc, jaki właściwie związek ma moje zdrowie z waszą sprawą?
— My nie łapiemy, obywatelu Kriwoszein, ale zatrzymujemy — ostro poprawił go Onisimow. — A moje zainteresowanie waszym zdrowiem jest całkowicie uzasadnione, ponieważ posiadam świadectwo lekarskie oraz zeznania świadków, stwierdzające wasz zgon.
— Mój zgon?! — Kriwoszein z odrobiną kokieterii obejrzał samego siebie. — No cóż, jeśli macie takie informacje, to proszę mnie przewieźć do sali sekcyjnej… — Nagle coś sobie uświadomił: uśmiech znikł. Spojrzał na Onisimowa chmurnie i niespokojnie: — Posłuchajcie, towarzyszu, jeśli żartujecie, to bardzo głupio. Co to za historia?
— Na miłość boską, jakie znów żarty! — Onisimow szeroko rozłożył ręce. — Przedwczoraj wasze zwłoki zostały znalezione w pracowni, sam widziałem… to znaczy, oczywiście, nie wasze, ponieważ widzę, że cieszycie się dobrym zdrowiem, tylko bardzo podobnego do was osobnika. Zwłoki zostały przez wszystkich zidentyfikowane jako wasze.
— O, cholera! — Kriwoszein zgarbił się, potarł dłońmi policzki. — Możecie pokazać mi te zwłoki?
— No… przecież sami dobrze wiecie, że nie. Przecież pozostał tylko szkielet. Bardzo nieładny kawał, paskudny… Bardzo różnie można to tłumaczyć.
— Szkielet?! — Kriwoszein podniósł głowę, w jego zielonych, rudo nakrapianych oczach pojawił się niepokój. — Jak to? Gdzie?
— To stało się tam. na miejscu przestępstwa, jeśli rzeczywiście wam są potrzebne wyjaśnienia ode mnie na ten temat — odpowiedział z naciskiem Onisimow. — Może jednak s a m i lepiej byście to wyjaśnili?
— Były zwłoki, został szkielet… — mruknął marszcząc w zamyśleniu czoło Kriwoszein. — Ale… aha, wobec tego to nie wygląda tak strasznie! On tutaj czasu darmo nie tracił… widocznie coś mu nie wyszło. Uff, cholera, a ja już… — uspokoił się, ostrożnie spojrzał na Onisimowa. — Kręcicie wy tu coś, towarzyszu, nie wiadomo po co.
Zwłoki tak ni z tego, ni z owego w szkielety się nie, zmieniają, trochę się na tym znam. A poza tym w jaki sposób udowodnicie, że to są moje zwłoki… a właściwie podobnego do mnie człowieka, skoro znikły? Coś tu nie gra.
— Być może. Dlatego właśnie chcę, żebyście sami wyjaśnili.
Tym bardziej że zajście miało miejsce w powierzonej wam pracowni.
— W powierzonej mi?… Hm… — Kriwoszein uśmiechnął się, pokręcił głową. — Boję się, że z tego wyjaśnienia nic nie wyjdzie. Sam musiałbym się dopiero zorientować.
„Ten też zacznie się wypierać!” — westchnął ze smutkiem Onisimow, przysunął sobie arkusz papieru i otworzył wieczne pióro.
— Wobec tego zacznijmy od początku. Nazywacie się Kriwoszein Walentin Wasiliewicz?
— Tak.
— Wiek 35 lat? Rosjanin? Kawaler?
— Zgadza się.
— Mieszkacie w Dnieprowsku, jesteście kierownikiem pracowni nowych systemów w Instytucie Systemologii?
— Co to, to już nie. Mieszkam w Moskwie, jestem na studiach doktoranckich przy Wydziale Biologii Uniwersytetu Moskiewskiego. Proszę! — Kriwoszein wyciągnął przez stół dowód osobisty i legitymację służbową.
Dokumenty były dość sfatygowane. Wszystko, nawet czasowe zameldowanie w Moskwie na okres trzech lat, zgadzało się z oświadczeniem Kriwoszeina.
— Jasne — Onisimow schował je do szuflady. — Szybko to się w Moskwie robi, patrzcie no tylko! Jeden dzień!
— Co chcecie przez to powiedzieć? — Kriwoszein podrzucił głową, wojowniczo uniósł prawą brew.
— To chcę powiedzieć, że te wasze dokumenty to lipa. Taka sama lipa, jak u waszego wspólnika, któremu na lotnisku chcieliście przekazać pieniądze. Alibi sobie montujecie? Próżny trud. Sprawdzimy i co wtedy?
— Proszę bardzo, sprawdzajcie.
— Sprawdzimy, sprawdzimy. U kogo pracujecie na Uniwersytecie? Kto jest waszym kierownikiem?
— Profesor Wano Aleksandrowicz Androsjaszwili, kierownik katedry fizjologii, członek korespondent Akademii Nauk.
— Jasne — Onisimow wykręcił numer. — Dyżurny? Mówi Onisimow. Szybciutko połączcie się z Moskwą. Niech pilnie doprowadzą do operacyjnego wideotelefonu… zapiszcie: Wano Aleksandrowicz Androsjaszwili, profesor, kieruje katedrą fizjologii na Uniwersytecie.
Szybko! — triumfalnie spojrzał na Kriwoszeina.
— Wideotelefon operacyjny, ależ to pełny komfort! — cmoknął Kriwoszein. — Widzę, że techniką śledztwa sięga granic fantastyki. A czy to będzie prędko?
— Kiedy będzie, to będzie, nie spieszcie się. Mamy jeszcze o czym porozmawiać. — Jednak pewność siebie Kriwoszeina wywarła na Onisimowie wrażenie. Zaczął mieć wątpliwości. „A może rzeczywiście jakiś głupi zbieg okoliczności? Sprawdzę jeszcze”. — Czy znacie Helenę Iwanownę Kołomyjec?
Twarz Kriwoszeina utraciła wyraz spokoju — napiął się, spoglądając ponuro i wyczekująco na Onisimowa.
— Tak. A co takiego?
— Blisko?
— A co?
— Z jakiego powodu rozstaliście się z nią?
— Bardzo was przepraszam, towarzyszu, ale to już zupełnie nie wasza sprawa! — W głosie Kriwoszeina zabrzmiała wściekłość. — Do moich prywatnych spraw nie pozwolę się mieszać ani Bogu, ani diabłu, ani milicji!
— Jasne — skinął głową Onisimow zachowując zimną krew. „On!
Nie ma co: o n! Tylko po co ciągle kręci, na co liczy?” — Dobrze, zadam łatwiejsze pytanie: kto to jest Adam?
— Adam? Pierwszy człowiek na Ziemi. A co takiego?
— Dzwonił wczoraj do Instytutu… ten pierwszy człowiek, interesował się, gdzie jesteście, chciał się z wami zobaczyć.
Kriwoszein obojętnie wzruszył ramionami.