125389.fb2
Trzydzieści milionów lat — co to za wiek! Wszystko jest jeszcze przed nami.
— Niczego nie będzie przed nami, panie profesorze — zaperzył się Kriwoszein. — Obecne środowisko zmienia się z roku na rok, co tu można mówić o wkuwaniu przez miliony lat, gdzie powtórka materiału? Człowiek zszedł z naturalnej drogi ewolucji, dalej musi sam coś wymyślić.
— Toteż wymyślamy.
— Co? Pigułki, proszki, czopki, lewatywy i reżim łóżkowy! Jest pan pewien, że w ten sposób ulepszamy gatunek? A może go psujemy?
— Wcale nie namawiam pana, żeby się pan zajmował „pigułkami” i „proszkami”, jeśli życzy pan sobie w ten sposób nazwać opracowywane u nas nowe antybiotyki — twarz profesora stała się chłodna i nadęta. — Życzy pan sobie zajmować się tą koncepcją, cóż, niech się pan na to porywa. Ale wyjaśnienie nierealności i nieproduktywności takiego wyboru tematu pracy doktorskiej jest moim prawem i obowiązkiem.
Profesor wstał, wysypał niedopałki z popielniczki do kosza.
— Niech pan wybaczy, panie profesorze, nie chciałem pana urazić — Kriwoszein też wstał, rozumiejąc, że rozmowa skończona, i to skończona niezręcznie. — Ale… panie profesorze, są przecież interesujące fakty.
— Jakie fakty?
— No… na przykład w ubiegłym wieku w Indiach żył niejaki Ramakrishna, „człowiek-bóg”, jak go nazywano. Otóż kiedy w jego obecności kogoś bito, na ciele Ramakrishny pojawiały się blizny.
Albo.oparzenia sugestią”: odpowiednio wrażliwego człowieka można dotknąć ołówkiem i wmówić mu, że został dotknięty żarzącym się papierosem. Przecież w tych przypadkach sterowanie przemianą materii odbywa się bez wkuwania, prawda?
— Niech pan posłucha, uparty młody człowieku — zmrużył oczy profesor — ile pan może zjeść za jednym posiedzeniem zasuwek okiennych?
— Hmmm… — Kriwoszein, oszołomiony, wydął wargi — obawiam się, że ani jednej. A pan?
— Ja też. A jeden mój pacjent w bardzo odległych czasach, kiedy praktykowałem w klinice psychiatrycznej imienia Pawłowa, połknął bez specjalnej szkody dla siebie… — profesor, przypominając sobie, odrzucił głowę do tyłu — „zasuwek okiennych — pięć, łyżeczek do herbaty, aluminiowych — dwanaście, łyżek stołowych — trzy, szkła tłuczonego — dwieście czterdzieści gramów, nożyczek chirurgicznych małych — dwie pary, widelec — jeden, gwoździ różnych — czterysta gramów…” Niech pan zwróci uwagę, że cytuję nie protokół sekcji, ale historię choroby — sam robiłem resekcję żołądka. Pacjent wyleczył się z tendencji samobójczych, żyje prawdopodobnie po dziś dzień. A więc — profesor spojrzał na Kriwoszeina z wyżyn swej erudycji — w sprawach naukowych raczej nie należy przyjmować orientacji ani na fanatyków religijnych, ani na świeckich psychopatów… Nie, nie! — podniósł ręce ujrzawszy w oczach Kriwoszeina chęć zaprzeczenia. — Dość tej dyskusji. Niech pan się porywa, nie będę się sprzeciwiał. Nie wątpię, że zechce pan regulować przemianę materii jakimiś maszynowymi, elektronicznymi metodami…
Profesor w zamyśleniu spojrzał na doktoranta zmęczonym wzrokiem i uśmiechnął się.
— Chwytać żar-ptaka gołymi rękami — czy może być coś piękniejszego! A i cel święty: człowiek bez chorób, bez starości — starość to też skutek zaburzeń przemiany materii… Dwadzieścia lat temu na pewno dałbym się porwać takiej idei. Ale dziś… dziś muszę robić tylko to, co można zrobić na pewno. Choćby to nawet były pigułki…
Kriwoszein skręcił w przecznicę, prowadzącą do Instytutu Systemologii, i o mało nie zderzył się z rosłym mężczyzną w granatowym, niestosownym do pogody, ciepłym płaszczu. Zaskoczeni, próbowali się wyminąć, ale okazało się to niełatwe: Kriwoszein odstąpił w lewo, aby go przepuścić, a tamten zrobił krok w prawo.
Potem obaj zrobili krok w stronę przeciwną. Mężczyzna ze zdumieniem spojrzał na Kriwoszeina i znieruchomiał.
— Przepraszam — wybąkał wreszcie i poszedł dalej.
Ulica była cicha, pusta; po pewnym czasie Kriwoszein usłyszał kroki za plecami i obejrzał się: mężczyzna w płaszczu szedł w pewnym oddaleniu za nim. „Patrzcie go, tego Onisimowa — rozweselił się. — Śledzić mnie kazał, uparciuch!” Na próbę przyspieszył kroku i usłyszał przyspieszony krok tamtego. „E, niech go tam… Tego tylko brakowało, żebym ślady za sobą zacierał.” — Szedł więc spokojnie, kołysząc się z boku na bok. Czuł jednak za plecami obecność tamtego. Myśli powróciły do rzeczywistości.
„Widocznie Walka zrobił jeszcze jedno doświadczenie, a może i nie jedno? Nie wyszło: zwłoki, które zmieniły się w szkielet… Ale co ma do tego milicja? I gdzie on sam się podział? Czmychnął widocznie nasz Wala na motorze, byle dalej, póki nie ucichnie. A może jest w pracowni?”
Kriwoszein podszedł do monumentalnej, zdobionej żelaznymi wykrętasami bramy Instytutu. Kamienne pylony, na których zawieszona była brama, były tak obszerne, że w jednym mieściło się biuro przepustek, w drugim portiernia. Otworzył drzwi. Stary Wachtiorycz, odwieczny strażnik nauki, kiwał się za barierką.
— Dobry wieczór! — skinął głową Kriwoszein.
— Wieczór, panie inżynierze — odpowiedział stary, wyraźnie nie mając ochoty sprawdzać przepustki: w portierni przyzwyczajono się już do tego, że kierownik pracowni nowych systemów odwiedza Instytut o najróżniejszych porach dnia i nocy.
Kriwoszein wchodząc do parku obejrzał się: dryblas w płaszczu dreptał pod bramą. „Widzisz, kochany? — pomyślał sobie. — System przepustek ma jednak uzasadnienie.”
Okna w pawilonie były ciemne. Przed drzwiami w ciemności czerwieniał ogienek papierosa. Kriwoszein przykucnął pod drzewem i na jaśniejszym tle nieba zobaczył czapkę mundurową na głowie palącego. „Nie, na dziś mam dość milicji. Trzeba iść do domu… — uśmiechnął się i poprawił: — Do jego domu.” Skręcił w stronę bramy, ale przypomniał sobie o osobniku w płaszczu i zatrzymał się. „To byłoby niezgodne z regułami gry: śledzony nie wychodzi naprzeciw śledzącemu. Niech sobie popracuje.” Kriwoszein skierował się w przeciwległy koniec parku, gdzie gałęzie starego dębu zwisały nad żelaznymi ostrzami ogrodzenia.
Zeskoczył z gałęzi na chodnik i poszedł w stronę osiedla.
„Ale co się tam właściwie stało? I kto to jest ten chłopak, który czekał na mnie na lotnisku? Jakże zmylił mnie ten telegram: wziąłem go za Walę! Ale przecież podobny był, i to bardzo. Czyżby? Wala wyraźnie nie zasypiał gruszek w popiele. Szkoda, że nie pisywaliśmy do siebie. Swoją drogą, przesadziliśmy z ambicjami. Każdy chciał pokazać, że obejdzie się bez drugiego, a po roku zastrzeli go własnymi wynikami! Właśnie własnymi! Wyższa forma własności…
No i zastrzeliliśmy. Przez głupie drobiazgi psujemy wielką sprawę.
Przez drobiazgi, nieprzemyślanie, strach… Trzeba było nie rozjeżdżać się w różne strony, ale od początku przyciągać ludzi, którzy coś sobą reprezentują, takich jak Androsjaszwili na przykład. Tak, tylko że wtedy go nie znałem, a teraz, kiedy przechodzi, łypiąc na mnie złym okiem, nawet próbować nie warto…”
…Wszystko to stało się na wiosnę, pod koniec marca, kiedy Kriwoszein dopiero zaczął opanowywać sposób sterowania przemianą materii w swoim organizmie. Zajęty sobą, nie zauważał nadchodzącej wiosny, zanim nie został do tego zmuszony; z dachu czteropiętrowego budynku zakładu chemii spadł na niego kilkunastokilogramowy sopel. Gdyby spadł kilka centymetrów w lewo, nastąpiłby gwałtowny koniec doświadczeń nad przemianą materii w jego organizmie, podobnie zresztą jak i samego organizmu. Na szczęście sopel przeciął mu tylko prawe ucho, złamał obojczyk i zwalił z nóg.
— Oj, co za nieszczęście! Oj, jakie nieszczęście!… — usłyszał, kiedy wróciła mu przytomność. Był to Androsjaszwili, który klęcząc nad nim obmacywał mu głowę i rozpinał płaszcz. — Zabiję tego kierownika, śniegu nie sprzątają! — potrząsnął z wściekłością pięścią. — Może pan iść? — pomógł Kriwoszeinowi wstać. — Nic, głowa względnie cała, obojczyk zrośnie się w ciągu kilku tygodni, mogło być gorzej… Niech pan się trzyma, odprowadzę pana do ambulatorium.
— Dziękuję, panie profesorze, ja sam — odpowiedział Kriwoszein nadrabiając miną, chociaż w głowie mu huczało. Udało mu się nawet uśmiechnąć. — Dojdę, przecież to blisko…
Szybko, prawie biegiem ruszył przed siebie. Krwawienie z ucha udało mu się zatrzymać natychmiast. Jednak prawa ręka zwisała bezwładnie.
— Zadzwonię, żeby przygotowali elektrozszywacz! — zawołał za nim profesor. — Może zacerują panu to ucho!
W swoim pokoju przed lustrem Kriwoszein ściągnął taśmą obie połówki rozerwanej wraz z chrząstką małżowiny i starł tamponem zaschłą krew. Z tym poradził sobie szybko: w ciągu dziesięciu minut na miejscu rany pozostała tylko różowawa szrama z kropelkami wydzieliny, a po półgodzinie i to znikło. Jednak zrośnięcie złamanego obojczyka wymagało leżenia w łóżku przez cały wieczór i wytężonego wydawania poleceń naczyniom, gruczołom i mięśniom. Kość była znacznie mniej aktywna biologicznie niż tkanki miękkie.
Rano zdecydował, że pójdzie na wykład profesora. Przyszedł na salę jak najwcześniej, aby zająć dalekie, niewidoczne z katedry miejsce, i natknął się na profesora, który pokazywał studentom, gdzie rozwiesić tablice. Kriwoszein cofnął się, ale było za późno.
— Co pan tu robi? Dlaczego nie w klin… — profesor urwał, nie odrywając wytrzeszczonych oczu od ucha doktoranta i jego prawej ręki, w której Kriwoszein trzymał zeszyt. — Co to takiego?!
— A pan mówił: dziesiątki milionów lat, panie profesorze — nie wytrzymał Kriwoszein. — A jednak można nie tylko wkuwaniem.
Więc… wychodzi?! — wyrzucił z siebie Androsjaszwili. — Jak?!
Kriwoszein przygryzł wargę.
— Mmm… może później, panie profesorze — wybąkał niezręcznie. — Sam jeszcze muszę to wszystko zanalizować…
— Sam? — podniósł brwi profesor. — Nie chce pan mówić? — twarz jego stała się zimna i wyniosła. — No, jak pan chce… przepraszam bardzo! — i wrócił na katedrę.
Od tego dnia kłaniał się doktorantowi z lodowatą uprzejmością, ale sam nie zaczynał rozmowy. Kriwoszein zaś, aby przytłumić wyrzuty sumienia, zagłębił się w doświadczeniach nad sobą. Istotnie, wiele rzeczy jeszcze musiał się dowiedzieć.
„Przecież sam bardzo chciałem zademonstrować odkrycie: przeżyć zainteresowanie, zachwyty, sławę… — krocząc aleją kasztanową usprawiedliwiał się Kriwoszein przed sobą samym i przed nieobecnym profesorem. — Przecież w przeciwieństwie do psychopatów mogłem wszystko wyjaśnić… Wprawdzie metody na razie do innych zastosować nie można, bo są inaczej skonstruowani. A najważniejsze, że udowodniona została możliwość, jest informacja… Tak, ale żeby odkrycie ograniczało się tylko do możliwości szybkiego gojenia własnych ran, złamań czy likwidowania chorób! Całe nieszczęście, że przyroda nigdy nie daje akurat tyle, ile potrzeba dla dobra ludzi: zawsze albo za mało, albo za dużo… Ja dostałem za dużo.
Mógłbym na pewno zmienić się w zwierzę czy nawet w potwora…
To jest możliwe. Wszystko jest możliwe i to jest właśnie przerażające” — Kriwoszein westchnął.
…Okno i oszklone drzwi balkonu na czwartym piętrze były słabo oświetlone — wyglądało, że świeci się lampa na biurku. „Więc on jest w domu?” — Kriwoszein wszedł pó schodach, przed drzwiami mieszkania z przyzwyczajenia zaczął szukać po kieszeniach, ale przypomniał sobie, że wyrzucił klucz rok temu. Zaklął — tak efektownie można byłoby nagle wejść: „Proszę o dokumenty, obywatelu!” Dzwonka przy drzwiach nie było w dalszym ciągu, trzeba było pukać.
W odpowiedzi usłyszał szybkie, lekkie kroki — serce zaczęło mu bić szybciej — potem szczęknięcie zamka: w przedpokoju stała Lena.
— Och, Walka, żywy, zdrowy! — objęła go ciepłymi rękami za szyję, szybko przyjrzała mu się, pogładziła po włosach, przytuliła się i rozpłakała. — Wala, kochany… a ja już myślałam… Takie rzeczy mówili, takie straszne rzeczy! Dzwonię do pracowni — nikt się nie zgłasza… dzwonię do Instytutu, pytam: gdzie jesteś, co się z tobą dzieje? — odkładają słuchawkę. Przyszłam tutaj, a ciebie nie ma… A mówili, że ty… — ze złością pociągnęła nosem. — Bałwany!