125389.fb2
Jak gdyby nic się nie zmieniło: nie było odkrycia numer 1, nie było roku morderczej pracy w Moskwie, gdzie odrzucił od siebie całą przeszłość…
Nieraz dla spokoju ducha chciał wymazać z pamięci obraz Leny.
Wiedział, jak się to robi: rzut krwi z podwyższoną zawartością glukozy do kory mózgowej, niewielkie sterowane nasilenie utleniania w nukleotydach określonego obszaru mózgu — i informacja zostanie wymazana z komórek nerwowych na zawsze. Ale nie zdecydował się… a może nie mógł? „Chcieć” i „móc” — jak rozgraniczyć w sobie te dwa pojęcia? I oto teraz ukochana kobieta płacze na jego ramieniu, płacze z niepokoju o niego…Trzeba ją uspokoić.
— Przestań, Lena. Sama widzisz, że wszystko w porządku.
Spojrzała na niego w górę. Oczy miała mokre, radosne i pełne poczucia winy.
— Wal… Nie gniewasz się na mnie? Nagadałam ci wtedy głupstw, sama nie wiem, skąd mi się to wzięło, jak głupia. Obraziłeś się, prawda? Ja też pomyślałam sobie, że… wszystko skończone, a kiedy dowiedziałam się, że coś się z tobą stało… — uniosła brwi — nie potrafiłam. Przybiegłam tutaj… Zapomnij, dobrze? Zapomnimy, co?
— Dobrze — odpowiedział szczerze Kriwoszein. — Chodźmy do pokoju.
— Och, Walka, nie wyobrażasz sobie, jak ja się przeraziłam — trzymała go cały czas za ramię, jakby bała się stracić. — I ten milicjant… i pytania takie…
— Ciebie też wzywał?
— Tak.
— No, jasne: cherchez la femme!
Weszli do pokoju. Wszystko było tu jak dawniej: szary tapczan, tanie biurko, dwa krzesła, biblioteka, na której zwalone były czasopisma aż pod sufit, szafa na ubrania z przykręconym z boku lustrem.
W kącie przy drzwiach leżały skrzyżowane nantie.
— Posprzątałam trochę, czekając na ciebie. Kurzu nawiało, balkon, trzeba zamykać dokładnie… — Lena znowu zbliżyła się do niego. — Wal, co to się stało?
„Żebym to ja wiedział!” — westchnął Kriwoszein.
— Nic strasznego. Tyle, że hałasu dużo.
— A po co milicja?
— Milicja? No… wezwali milicję, no to przyjechała. Jakby wezwali straż pożarną, to też by przyjechała.
— Oj, Walka… — położyła ręce na ramionach Kriwoszeina i jak dziewczynka zmarszczyła nos. — No powiedz, dlaczego ty jesteś taki?
— Jaki? — zapytał czując, że gwałtownie głupieje.
— No, taki: niby dorosły, a niesolidny. I ja, kiedy jestem z tobą, też się zachowuję jak smarkata… Wal, a gdzie Wiktor, co z nim?
Słuchaj — otworzyła szeroko oczy z przestrachem — to prawda, że on jest szpiegiem?
— Wiktor? Jaki znowu Wiktor?
— No, co ty?! Witia Krawiec, twój daleki krewny, laborant.
— Krewny… laborant… — Kriwoszein na chwilę stracił głowę. — Ach, rozumiem! Więc to tak…
Lena klasnęła w dłonie.
— Walka, co ci jest? Czy możesz mi wreszcie powiedzieć, co się tam u was stało?
— Przepraszam, Len… tak, zaćmiło mnie na chwilę. No oczywiście, Pietia… to znaczy Witia Krawiec, mój wierny laborant, daleki krewny… bardzo sympatyczny chłopiec, a jakże… — Dziewczyna wciąż patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma. — Ty się nie dziw, Lena, to po prostu chwilowe zaburzenie pamięci, tak zawsze bywa po… po wstrząsie elektrycznym… Przejdzie, nic strasznego…
Więc mówisz, że zaczęli plotkować, że on jest szpiegiem? Och, ta Akademia Nauk!
— Więc to prawda, że u ciebie w pracowni była… katastrofa?!
Czemu, powiedz, czemu ty coś ukrywasz przede mną? Przecież mogłeś… — zatkała sobie usta dłonią — nie!
— Przestań, na miłość boską! — powiedział z rozdrażnieniem Kriwoszein. Odszedł, usiadł na krześle. — Mogłeś — nie mogłeś, było — nie było! Jak widzisz, wszystko w porządku. („Chciałbym, żeby okazało się, że rzeczywiście w porządku!”) Nie mogę nic opowiadać, póki sam nie będę wiedział wszystkiego, jak należy. I w ogóle — postanowił przejść do ataku — co ty tak przeżywasz? Jednego Kriwoszeina na świecie więcej, jednego mniej, wielkie nieszczęście! Młoda jesteś, ładna, dzieci nie masz, znajdziesz sobie kogoś innego, lepszego niż taki podstarzały dureń jak ja. Choćby nawet ten Pietia…
Witia Krawiec: czego mu brakuje?
— Ty znowu o tym? — uśmiechnęła się, podeszła do niego z tyłu, oparła głowę Kriwoszeina na piersi. — No i po co ty ciągle o tym Witku? Wcale go nie potrzebuję. Może sobie być jeszcze przystojniejszy, ale i tak nie jest tobą, rozumiesz? I inni też. I tyle. Teraz to już wiem na pewno.
— Hm?! — Kriwoszein wyprostował się.
— Co: hm! Głupi zazdrośnik! Przecież nie siedziałam jak zakonnica w domu. Zapraszali mnie, podrywali bardzo interesująco, miałam nawet poważne propozycje… Ale wszyscy oni są jacyś inni! — powiedziała z triumfem w głosie. — Nie tacy jak ty — i już! I tak przyszłabym do ciebie…
Kriwoszein czuł ciepło jej ciała, czuł miękkie dłonie na oczach i doświadczał nieporównywalnej z niczym rozkoszy. „Siedzieć by sobie tak po prostu: przyszedłem zmęczony z pracy, a ona tu jest… i nic takiego nie było… Jak to nie było?! — przeraził się. — Wszystko było! Tutaj zdarzyło się coś poważnego! A ja siedzę i kradnę jej pieszczoty!”
Uwolnił się, wstał.
— No, dobra, Len. Nie gniewaj się, ale nie odprowadzę cię. Posiedzę trochę i pójdę spać. Nie bardzo się czuję po tej… historii.
— To co, zostać?
Było to na wpół pytanie, na wpół twierdzenie. Na moment Kriwoszeina ogarnęła wściekła zazdrość. „Zostać?” — pytała Lena, a on oczywiście zgadzał się. Albo sam mówił: „Zostań dzisiaj, Lenok” — i Lena zostawała…
— Nie, Len, idź — uśmiechnął się z przymusem.
— Więc ciągle jesteś zły, o to, tak? — spojrzała na niego z żalem i rozzłościła się. — Dureń z ciebie. Walka! Dureń skończony, a niech cię! — i odwróciła się ku drzwiom.
Kriwoszein stał na środku pokoju i słuchał: zgrzytnął zamek, obcasiki Leny, kroki na asfalcie. Rzucił się na balkon, żeby zawołać — wieczorny wiatr otrzeźwił go. „No, proszę, zobaczyłem i rozkleiłem się. Ciekawe, co ona mu nagadała? Dobra, do diabła z tymi zeszłorocznymi przeżyciami! — wrócił do pokoju. — Trzeba wszystko wyjaśnić… Stop! Przecież on musiał mieć dziennik. Oczywiście.” Kriwoszein wyciągał szuflady i wyrzucał na podłogę czasopisma, teczki, skoroszyty, szybko przeglądał zeszyty. „Nie to, nie to…” Na dnie dolnej szuflady zobaczył szpulę magnetofonową, w jednej czwartej zapełnioną taśmą, i na moment zapomniał o poszukiwaniach. Zdjął z szafy przenośny magnetofon, starł kurz, założył taśmę i włączył odtwarzanie.
— Zgodnie z prawem odkrywców — po krótkim syczeniu odezwał się w głośniku lekko zachrypnięty głos, niedbale wymawiający końcówki — bierzemy na siebie odpowiedzialność za badanie i wykorzystanie odkrycia pod nazwą…
— …”Sztuczna biologiczna synteza informacji” — rzeczowo wtrącił drugi (chociaż identyczny) głos. — Nie brzmi to zbyt pięknie, ale za to konkretnie.
— Dobra… „Sztuczna biologiczna synteza informacji”.
Rozumiemy, że odkrycie to związane jest z życiem ludzkim jak żadne inne i może stać się niezwykle niebezpieczne albo też może przynieść ludzkości wielką korzyść. Zobowiązujemy się uczynić wszystko, co w naszej mocy, aby zastosować to odkrycie dla polepszenia życia ludzi…
— Zobowiązujemy się, że póki nie zbadamy wszystkich możliwości odkrycia…