125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 17

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 17

— …i póki nie ustalimy, jak wykorzystać je z korzyścią dla ludzkości w maksymalnie niezawodny sposób…

— …nie przekażemy go w obce ręce…

— …i nie opublikujemy danych o nim.

Kriwoszein stał, przymknąwszy oczy. Czuł się, jak w tamtą majową noc, kiedy składali tę przysięgę.

— Przysięgamy, że nie oddamy naszego odkrycia ani za dobrobyt, ani za sławę, ani za nieśmiertelność, dopóki nie będziemy pewni, że nie można obrócić go na szkodę ludzkości. Raczej zniszczymy wyniki naszej pracy, niż dopuścimy do tego.

— Przysięgamy! — trochę nieskładnie odezwały się oba głosy chórem. Taśma skończyła się.

„Zapaleńcy z nas byli wtedy… Tak, dziennik powinien być w pobliżu.” Kriwoszein znowu dał nura w papiery, poszukał w dolnej szufladzie i po chwili trzymał w rękach zeszyt w żółtej kartonowej okładce, duży i gruby jak książka. Na okładce nic nie było napisane, jednak Kriwoszein przekonał się natychmiast, że znalazł to, czego szukał: rok temu, po przyjeździe do Moskwy, kupił sobie identyczny zeszyt w żółtej okładce, aby prowadzić dziennik.

Usiadł przy biurku, przysunął sobie lampę, zapalił papierosa i otworzył zeszyt.

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział pierwszy

Względność wiedzy to wielka rzecz. Twierdzenie „2 plus 2 równa się 13” jest względnie bliższe prawdy niż twierdzenie „2 plus 2 równa się 41”. Można nawet stwierdzić, że przejście od drugiego do pierwszego jest przejawem dojrzałości twórczej, aktem odwagi naukowej i niesłychanym postępem w nauce — jeśli oczywiście nie wiecie, że 2 plus 2 równa się cztery.

W arytmetyce jest to oczywiste, ale nie triumfujmy przedwcześnie. Na przykład w fizyce 2 plus 2 to mniej niż cztery — zjawisko ubytku masy. A w tak subtelnych naukach, jak socjologia czy etyka, nawet nie 2 plus 2, ale 1 plus 1 — to albo przyszła rodzina, albo spisek w celu ograbienia banku.

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 5

„22 maja. Dzisiaj odprowadziłem go na pociąg. W restauracji dworcowej goście przyglądali się dwu dorosłym braciom-bliźniakom. Ja nie czułem się najlepiej. On był w błogim stanie ducha.

— Pamiętasz, jak piętnaście lat temu wyjeżdżałem… a właściwie ty wyjeżdżałeś walczyć o miejsce na wydziale fizyki? Było zupełnie tak samo: odrobina alienacji, wolność, niepewność…

Pamiętałem. Miał rację — było tak samo. Ten sam kelner z wyrazem chronicznego niezadowolenia na tłustym obliczu obsługiwał maturzystów, którzy wyrwali się na wolność. Wydawało nam się wtedy, że wszystko jest przed nami; tak zresztą było rzeczywiście.

Teraz poza nami niemało — i chwile radosne, i nijakie, i takie, że strach się obejrzeć, a przecież wciąż się wydaje, że to, co najlepsze, najbardziej interesujące, jest jeszcze przed nami.

Wtedy piliśmy najtańsze wino. Teraz kelner podał nam koniak.

Wypiliśmy po jednym.

W restauracji panował ruch i hałas. Ludzie jedli i pili w pośpiechu.

— Popatrz tam — ożywił się dubel. — Mama karmi bliźniaki. Czołem, koledzy! O, jakie oczka… Jak myślisz, co z nich wyrośnie? Na razie opiekuje się nimi matka — proszę, nawet kaszą zdołali wysmarować się jednakowo. Ale za parę lat weźmie się za nich inna opiekunka — Życie. Jeden z nich, powiedzmy, złapie za ogon kurę, wyrwie jej wszystkie pióra i uzyska pierwszy zestaw niedostępnych drugiemu wrażeń, bo dla drugiego piór już nie starczy. Drugi za to zgubi się ze strasznym wrzaskiem w sklepie — i to znowu będzie to jego własne, indywidualne przeżycie. A jeszcze po roku mama spuści mu lanie za konfiturę, którą nie on zeżarł. I znów różne doświadczenia — jeden pozna pierwszą w życiu niesprawiedliwość, drugi — bezkarność występku… Oj, mamo, uważaj, jeśli rzeczywiście tak będzie, to z jednego wyrośnie zastraszony pechowiec, a z drugiego spryciarz, który zawsze wykręci się sianem. Napłaczesz się, matko…

I my dwaj jesteśmy jak te bliźniaki.

— No, nas niesprawiedliwe lanie nie sprowadzi na manowce, nie ten wiek.

— No, to wypijmy!

Ogłoszono przyjazd pociągu. Wyszliśmy na peron. Dubel ciągnął dalej.

— Ciekawe, co teraz będzie z żelazną tezą: „Co komu pisane, to go nie minie”? Przypuśćmy, że było ci coś „pisane”, w szczególności, jednoznaczne przemieszczenia w czasie i przestrzeni, awanse służbowe i tak dalej. I raptem — brzdęk! — jest dwóch Kriwoszeinów.

I żyją sobie odmiennie w różnych miastach. Co teraz z boskim programem życiowym? A może Bóg przewidział dwa warianty? A jeśli nas będzie dziesięciu? Zresztą jeśli nie będziemy chcieli, to nie będzie…

Jednym słowem, obaj udawaliśmy, że wszystko odbywa się normalnie: „Odprowadzający proszeni są o sprawdzenie, czy nie pozostały u nich bilety odjeżdżających!” Nie pozostały. Pociąg powiózł go do Moskwy.

Umówiliśmy się, że będziemy pisać do siebie w razie konieczności (mogę się założyć, że on taką konieczność odczuje nieprędko) i spotkamy się w lipcu przyszłego roku. A przez ten czas będziemy podchodzić do problemu z dwu stron: on z biologicznej, ja z systemologicznej. No cóż, zobaczymy…

Po odjeździe pociągu poczułem, że będzie mi go brakowało.

Pewnie dlatego, że po raz pierwszy zdarzyło mi się być z innym człowiekiem, jak… jak ze samym sobą — inaczej tego nie można określić. Nawet między mną a Lenką zawsze jest coś nie dopowiedzianego, nie zrozumianego, czysto osobistego. A z nim… zresztą między nim a mną również się nagromadziło co nieco podczas miesiąca wspólnego życia. Ciekawie poczyna sobie z nami ta matka — Życie!

Wracając z dworca, rozklejony od wypitego koniaku, wpatrywałem się chciwie w życie, w ludzi. Kobiety o zatroskanych twarzach wchodzą do sklepów. Chłopcy wiozą na motocyklach przytulone dziewczyny. Przy kioskach ustawiają się kolejki — tylko patrzeć, jak przywiozą „Wieczór”… Twarze ludzkie — jakże różne, jakże zrozumiałe i niezrozumiałe! Nie umiem wyjaśnić, jak to się dzieje, ale czuję, jak gdybym o wielu z tych. twarzy coś wiedział — kąciki ust, głębokie albo mało widoczne zmarszczki, fałdy na szyi, dołeczki w policzkach, zarys szczęki, osadzenie głowy i oczy — zwłaszcza oczy!

— wszystko to są znaki informacji przedsłownej. Pewnie jeszcze z tych czasów, kiedy byliśmy małpami.

A tak niedawno tego wszystkiego po prostu nie zauważałem. Nie zauważałem na przykład, że ludzie czekający w kolejce są nieładni.

Pospolitość i błahość tego zajęcia, obawa, że nie starczy, że jakiś cwaniak wepchnie się bez kolejki, nadają ich twarzom paskudny wyraz. Brzydcy są także pijani i awanturnicy.

Popatrzcie za to na zakochaną dziewczynę śmiejącą się z żartu swojego chłopaka. Na matkę karmiącą piersią. Na majstra wykonującego precyzyjną pracę. Na człowieka pogrążonego w zadumie… Ci są piękni, mimo szpecących krost, fałdów, zmarszczek.

Nigdy nie umiałem doszukać się piękna w zwierzętach. Moim zdaniem piękny bywa tylko człowiek, i to tylko wtedy, gdy jest człowiekiem.

Oto prowadzony przez matkę malec zagapił się na mnie jak na jakie dziwo, klapnął na chodnik i czując się pokrzywdzony przez ciążenie ziemskie rozpłakał się głośno. Matka oczywiście dodała mu też od siebie… Niepotrzebnie się głuptasowi dostało, bo i cóż ze mnie za dziwo? Po prostu tęgawy mężczyzna o przygarbionej sylwetce i pospolitej twarzy.

A może malec ma rację, może rzeczywiście jestem dziwem? Może każdy człowiek jest dziwem?

Cóż my wiemy o ludziach? Co ja sam wiem o sobie? W zadaniu o nazwie „życie” ludzie są wartością daną, która nie wymaga dowodu. A jednak każdy, operując danymi wyjściowymi, dowodzi czegoś, własnego. Na przykład dubel. Wyjechał — i nieoczekiwane, i logiczne…

Ale nie. Stop! Jeżeli już zaczynać, to od początku.

Aż śmiesznie pomyśleć… W zasadzie moje zamiary były jak najprostsze — chciałem zrobić doktorat.

Jednakże zrobienie czegoś miernego — jakiejś kompilacji — (na przykład w duchu proponowanego przez mojego byłego szefa, profesora Woltampernowa, tematu „Niektóre charakterystyczne właściwości projektowania diodowych układów pamięciowych”) było i nudne, i przeciwne mojej naturze. Jestem przecież żywym człowiekiem — chciałoby się, żeby to był jakiś problem nie rozwiązany, żeby się w niego wgryźć, z pomocą przemyśleń, maszyn i przyrządów siłą. wydobyć z natury to4 o czym nikt jeszcze się nie dowiedział.

Albo wymyślić coś, do czego nikt jeszcze nie doszedł. I jeszcze żeby w czasie obrony padały pytania, na które byłoby przyjemnie odpowiadać. I żeby potem znajomi mówili: „No, ale im dołożyłeś!”

Tym bardziej że stać mnie na to. W obecności innych nie wypada mówić, ale w dzienniku tak — stać mnie na to. Świadczy o tym pięć wynalazków i dwie zakończone prace badawcze. No i to odkrycie…

Ej, nie, Kriwoszein, nie spiesz się z zaliczeniem tego do swoich osiągnięć intelektualnych! W tym zagubiłeś się i po dziś dzień nie możesz się odnaleźć.

Słowem, ten duchowy niepokój popchnął mnie w labirynt tego kierunku światowej systemologii, gdzie głównym czynnikiem nie jest wzór, algorytm i nawet nie program, lecz przypadek.

Z racji ograniczenia naszego umysłu uwielbiamy przeciwstawiać: fizyków — lirykom, falę — cząsteczce, rośliny — zwierzętom, maszyny — ludziom… W życiu jednak i w przyrodzie wszystko to nie przeciwstawia się sobie, ale nawzajem uzupełnia. Dokładnie tak samo logika i przypadek uzupełniają się wzajemnie w poznaniu, w poszukiwaniu istoty rzeczy. Można znaleźć (i znajduje się) wiele nie udowodnionego i dowolnego w konstrukcjach matematycznych i logicznych.

Można znaleźć także logiczne prawidłowości w zdarzeniach losowych.

Na przykład, wróg koncepcji poszukiwań losowych, doktor nauk technicznych Woltampernow, nigdy nie pomijał okazji, żeby odciąć się żartem od mojej propozycji zajęcia się w zakładzie modelowaniem procesów losowych: „Ależ to będzie, że tak powiem, modelowanie na fusach kawowych!” Czyż to nie najlepszy przykład tego typu uzupełniania!?

A sprzeciwiać się było trudno. Osiągnięć w tej dziedzinie było mało, wiele prac kończyło się niepowodzeniem, a koncepcje… z koncepcjami nie można było wyjść. Tutaj, zupełnie jak na Dzikim Zachodzie, liczyły się tylko nagie fakty.

Przemyśliwałem już nad tym, czy — za przykładem Walerki Iwanowa, mojego przyjaciela i byłego kierownika laboratorium — nie plunąć na Instytut i nie przenieść się do innego miasta. Ale — otóż i ten przypadek-dowód! — z zupełnie uzasadnionych przyczyn budowlani nie przekazali w terminie nowego budynku, z równie uzasadnionych przyczyn nie wydano pieniędzy zgodnie z równie uzasadnionymi paragrafami i Azarow ogłasza „konkurs” na wydanie z sensem osiemdziesięciu tysięcy rubli. Jestem pewien, że w takiej sytuacji najżarliwszy obrońca determinizmu starałby się nie marnować okazji.

W tym czasie moja koncepcja już się zarysowała — zbadać, jak będzie się zachowywała maszyna elektronowa „karmiona” nie przeżutym, sprowadzonym do układu dwójkowego programem, lecz zwykłą — przemyślaną i dowolną — informacją. Maszyny pracujące według programu wykazują efektywność, która wprawia w zachwyt reporterów. („Nowe osiągnięcia nauki: maszyna projektuje oddział fabryczny w ciągu trzech minut!” — tylko że programiści w skromności swej przemilczają, ile miesięcy przygotowywali to „trzyminutowe” rozwiązanie.)