125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 18

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 18

Co tu zresztą mówić: mój pomysł zrealizowany środkami elementarnymi stanowił dla każdego, choć trochę znającego się na rzeczy systemologa oczywistą bzdurę — maszyna w ogóle nie będzie się „zachowywać”, po prostu zatrzyma się i na tym koniec! Rzecz jednak w tym, że nie chodziło mi o t a k ą realizację.

…Wydanie w okresie pięciu tygodni (do końca roku budżetowego) osiemdziesięciu tysięcy na wyposażenie laboratorium, nawet o tak luźnym profilu jak poszukiwania losowe, to sprawa poważna.

Nie bez podstaw też geniusz zaopatrzeniowy w skali Instytutu, Alter Abramowicz, przy spotkaniach po dziś dzień znacząco i z szacunkiem ściska mi dłoń. Ale przecież zaopatrzeniowcy nie są w stanie pojąć, że koncepcja wraz z nieodpartą potrzebą wyjścia w przestrzeń operacyjną mogą działać cuda.

Tak więc sytuacja była następująca: pieniądze są, a poza tym nic.

Budowlanym za to, żeby lepiej wykończyli pawilon — pięć tysięcy.

(Chcieli mnie podrzucać: „Kochany! I plan wykonamy, i premię dostaniemy… Dawaj”). Uniwersalna maszyna cyfrowa CWM-12 — następne trzynaście tysięcy. Wszelkie możliwe przetworniki informacji: mikrofony krystaliczne, giętkie czujniki tensometryczne, fototranzystory germanowe, analizatory gazowe, termistory, zestaw do elektromagnetycznej rejestracji prądów czynnościowych mózgu z układem ZCE-1 i czterema tysiącami elektrod, czujniki tętna, półprzewodnikowe czujniki wilgotności, „czytające” matryce zbudowane z fotoelementów… słowem wszystko, co przekształca dźwięki, obrazy, zapachy, zmiany ciśnienia, temperaturę, zmiany pogody, a nawet drgnienia duszy w impulsy elektryczne — za dalsze dziewięć tysięcy. Za cztery tysiące nakupiłem różnych odczynników, szkła laboratoryjnego i wszelkiego wyposażenia chemicznego — tu powodowały mną niejasne, niezbyt sprecyzowane zamiary zastosowania chemotroniki, o której coś słyszałem. (A jeżeli już być naprawdę szczerym, to dlatego, że łatwo to było zakupić na przelew. Chyba nie warto nawet wspominać, że gotówką z tych osiemdziesięciu tysięcy nie wydałem ani jednego rubla.)

Wszystko to było potrzebne, ale brakowało mi podstawowego elementu do przeprowadzenia doświadczenia. Dobrze wiedziałem, co jest potrzebne — urządzenie przełączające, które mogłoby komutować przypadkowe sygnały pochodzące z czujników i przekazywać je do „myślącej” maszyny, taki kawałeczek „mózgu elektronowego” z luźnym układem połączeń kilku dziesiątków tysięcy przełączających się elementów… W sklepie czegoś takiego — nawet w obrocie bezgotówkowym — nie da się kupić. Nakupić detali, z których buduje się zwykle maszyny elektroniczne (diody, triody, oporniki, kondensatory itd.) i zamówić gotowy układ? Trwałoby to długo, i w ogóle jest nierealne — przecież w zamówieniu trzeba podać szczegółowy schemat, a to urządzenie z założenia nie powinno mieć ustalonego schematu.

Jednym słowem — mam iść nie wiadomo dokąd, żeby znaleźć nie wiadomo co.

I znów przyjacielprzypadek podarował mi to „nie wiadomo co”, a ponadto — Lenę… Nie, nie, stop! Tu nie zgodzę się na przypisywanie wszystkiego szczęściu. Spotkanie z Leną to oczywiście najprawdziwszy dar losu. Ale co się tyczy bloku krystalicznego… przecież jeżeli myśli się o czymś dniami i nocami, to zawsze w końcu coś się wymyśli, wynajdzie, zauważy.

Słowem, sytuacja była następująca: do końca roku trzy tygodnie, pięćdziesiąt tysięcy „leży odłogiem”, widoki na to, żeby znaleźć urządzenia komutujące — żadne, a ja jadę trolejbusem.

— Nakupili za pięćdziesiąt tysięcy układów scalonych, a teraz okazuje się, że mają niewłaściwe parametry! — oburzała się siedząca przede mną kobieta w brązowym futerku, zwracając się do swojej sąsiadki. — Do czego to podobne?

— Zwariować można — odpowiedziała druga.

— Teraz Pszembakow zwala wszystko na zaopatrzenie, a przecież sam je zamawiał!

— Coś takiego!

Słowa „pięćdziesiąt tysięcy” i „układy scalone” spowodowały, że wytężyłem słuch.

— Przepraszam, a co to za układy?

Kobieta zwróciła ku mnie twarz tak piękną i gniewną, że aż się zmieszałem.

— „Nor” i przerzutniki bistabilne! — odpowiedziała w ferworze rozmowy.

— A parametry?

— Niskowolt… Przepraszam, ale dlaczego pan się wtrąca?

W taki sposób poznałem inżyniera z sąsiedniego Biura Konstrukcyjnego, Helenę Kołomyjec. Następnego dnia inżynier Kołomyjec załatwiła inżynierowi Kriwoszeinowi przepustkę na swój oddział.

„Dobroczyńca! Wybawca!” — otworzył ramiona kierownik oddziału Żałbek Bałbekowicz Pszembakow, gdy inżynier Kołomyjec przedstawiła mnie i wyjaśniła, że mogę odkupić od Biura Konstrukcyjnego nieszczęsne układy scalone. Ja jednak zgodziłem się zostać dobroczyńcą i uratować Pszembakowa na następujących warunkach: a) wszystkie 38 tysięcy elementów będą ustawione na płytkach według załączonego szkicu, b) będą do nich dołączone przewody zasilania, c) od każdego elementu będzie wyprowadzone wyjście i d) wszystko ma być gotowe do końca roku.

— Moc przerobową macie większą, tak że dla was nie będzie to trudne.

— Za te pieniądze?! Przecież same tylko układy kosztują pięćdziesiąt tysięcy!

— Tak, ale dla was się nie nadają. Obniżycie cenę.

— Wyzyskiwacz ty jesteś, a nie dobroczyńca — ze smutkiem powiedział Żałbek i machnął ręką. — Niech pani to przygotuje, pójdzie jako nasze zamówienie. I w ogóle powierzam pani całą tę sprawę.

Niech Allach błogosławi twoje imię, Żałbek Pszembakow!

…Po dziś dzień podejrzewam, że serce Leny podbiłem nie swoimi zaletami, ale tym, że kiedy wszystkie elementy były już zmontowane na płytkach, a ściany mikroelektronicznego sześcianu wyglądały jak łany różnokolorowych drucików, na jej niepewne pytanie: „Ale jak je teraz łączyć?” — odpowiedziałem dziarsko:

— Jak pani chce! Niebieskie z czerwonymi, żeby tylko było ładnie.

Kobiety pociąga brak rozsądku.

Tak się to wszystko zaczęło. A jednak przypadek odegrał tu swoją rolę…

(Wygląda na to, że podczas tej pracy zacząłem czcić przypadek!

Fanatyzm neofity… Przedtem, szczerze mówiąc, byłem leń co się zowie, głosiłem przyziemne pogodzenie się z „nieszczęśliwym”

przypadkiem (nic, jak to się mówi, nie poradzisz) i pogardę dla zaprzepaszczonego „szczęścia” (no cóż, trudno…). Za takimi stwierdzeniami, jeśli rozważyć je dokładniej, zawsze kryje się duchowe lenistwo i opieszałość. Teraz zacząłem rozumieć, że przypadku — i w życiu, i w nauce — nie można sobie podporządkować samym tylko rozsądkiem. Potrzebna jeszcze szybkość i wytrwałość w myśleniu, inicjatywa, gotowość do zmiany planów… Ale i cześć, i pogarda dla przypadku są równie głupie. Przypadek nie jest ani wrogiem, ani przyjacielem, ani bogiem, ani diabłem. Jest po prostu przypadkiem — nieoczekiwanym wydarzeniem, i to wszystko. To, czy się go wykorzysta, czy też zmarnuje, zależy od człowieka. Ci zaś, co wierzą, że sprzyja im szczęście, niech kupują losy na loterię!)

— Mimo wszystko jednak nazwa „pracownia poszukiwań losowych” może budzić zbyt wiele sprzeciwów — powiedział Azarow podpisując zarządzenie o powołaniu pracowni i mianowaniu inżyniera Kriwoszeina jej kierownikiem, z nałożeniem na wyżej wymienionego odpowiedzialności materialnej, przeciwpożarowej i wszelkich innych. — Nie należy dawać tematu do anegdot. Nazwiemy ją ostrożnie, powiedzmy, „pracownią nowych systemów”. A potem się zobaczy.”

Oznaczało to, że zrobienie doktoratu wciąż pozostawało dla mnie problemem numer 1. W przeciwnym razie — „zobaczy się”… Problemu tego nie rozwiązałem do dzisiaj.”

Rozdział drugi

Jeżeli maszyna rozpoznająca — perceptron — na rysunek słonia odpowiada sygnałem „chała”, na podobiznę wielbłąda — również „chała”, i na portret wybitnego uczonego — znowu „chała”, niekoniecznie oznacza to, że jest niesprawna. Po prostu może być w nastroju filozoficznym.

K. Prutkow — Inżynier, myśl nr 30

„Oczywiście, w głębi duszy marzyłem, żeby mieć ciekawą pracę.

Zresztą jak tu nie marzyć, jeśli władca umysłów w cybernetyce, doktor neurofizjologii William Ross Ashby, rzuca coraz to bardziej nęcące pomysły, jeden ciekawszy od drugiego. Procesy losowe jako źródło rozwoju i zagłady dowolnych układów… Wzmocnienie zdolności myślowych ludzi i maszyn poprzez oddzielenie cennych myśli, znajdujących się w przypadkowych wypowiedziach, od głupstw i plątaniny… I wreszcie szum jako surowiec do wytwarzania informacji — tak, tak, ów „biały szum”, to poważne zakłócenie, na którego usunięcie z układów półprzewodnikowych osobiście poświęciłem nie jeden rok pracy i niemało wysiłku umysłowego!

A w ogóle — jeśli już dokładnie — to za inicjatora tego ostatniego kierunku nie należy uważać doktora Ashby, ale pewnego — obecnie zapomnianego — reżysera Teatru Wielkiego w Moskwie, który jako pierwszy (dla wywołania wrażenia groźnego pomruku tłumu w „Borysie Godunowie”) polecił wszystkim statystom powtarzać swój adres domowy i numer telefonu. Natomiast Ashby zaproponował odwrotne zadanie. Bierzemy jakikolwiek szum — szum przyboju, syczenie proszku węglowego w mikrofonie pod wpływem prądu czy coś podobnego — i podajemy go na wejście określonego urządzenia.

Z tego chaosu szumu wyodrębnia się najsilniejsze impulsy uzyskując z nich sekwencję. A sekwencja impulsów to liczby w kodzie dwójkowym. Można je zamienić na liczby kodu dziesiętnego. Liczby zaś dziesiętne to numery: na przykład numery słów w słowniku przekładu maszynowego. A zbiór słów to zadanie. Co prawda na razie jeszcze wszystkie zdania — fałszywe, prawdziwe, nonsensowne — to informacyjny „surowiec”. Lecz w następnym stopniu urządzenia spotykają się dwa potoki informacji: znanej ludziom i nieznanej — tego właśnie „surowca”. Następują operacje porównywania, sprawdzania koincydencji lub jej braku i wszystko, co jest bezsensowne, zostaje odfiltrowane, a co banalne, znosi się wzajemnie. I wreszcie zostają oddzielone nowe, oryginalne myśli, nie dokonane jeszcze odkrycia i wynalazki, utwory poetów i prozaików, którzy się jeszcze nie urodzili, wypowiedzi filozofów przyszłości… uff! Maszyna-myśliciel.

Co prawda, czcigodny doktor nie powiedział, jak to cudo wykonać, na razie jego pomysł jest wcielony w kwadraciki, narysowane na kartce papieru i połączone ze sobą strzałkami. W ogóle zagadnienie „jak wykonać?” nie cieszy się szacunkiem akademickich myślicieli. „Jeśli pominąć trudności techniczne, to w zasadzie można sobie wyobrazić…” Dobrze, ale jak można je pominąć?

No i po co te wyrzekania? Po to właśnie jestem eksperymentatorem, aby weryfikować koncepcje. Po to mam właśnie pracownię: ściany pachną świeżą farbą olejną, brązowe linoleum jeszcze nie zadeptane, szumią urządzenia klimatyzacyjne, w szafie błyszczą naczynia i puszki z odczynnikami, na stole montażowym leżą nowiutkie narzędzia, pęki różnobarwnych przewodów i lutownice. z czerwonymi, jeszcze nie pokrytymi nagarem grotami. Na stołach lśnią idealnie gładkie, pokryte tworzywem przyrządy. Ich wskazówki nie są jeszcze pogięte, a skale nie pokryte kurzem. W szafie na półkach uformowały się w szeregi podręczniki, poradniki, monografie. Pośrodku pokoju wznoszą się w świetle niskiego styczniowego słońca prostopadłościany maszyny cyfrowej, drukarki, ażurowy i pstry od przewodów sześcian bloku krystalicznego. Wszystko nowiutkie, czyste, bez zadrapań, wszystko promieniujące mądrą, wypielęgnowaną przez pokolenia mistrzów i inżynierów racjonalną pięknością.

Jakże więc nie poddać się marzeniom? A może się uda?! Zresztą moje osobiste marzenia były bardziej powściągliwe. Nie marzyłem o supermaszynie, która okaże się mądrzejsza od człowieka (taka koncepcja w ogóle mi nie odpowiadała, mimo że jestem systemotechnikiem), ale o maszynie, która rozumiałaby człowieka po to, aby lepiej wykonywać swoją pracę. Wtedy koncepcja ta wydawała mi się osiągalna. Bo w istocie, gdyby maszyna dzięki temu wszystkiemu, co będę do niej mówił, pokazywał jej itd., zaczęła się w określony sposób zachowywać, to problem byłby rozwiązany. Znaczyłoby to, że zaczęła poprzez swoje czujniki widzieć, słyszeć, odczuwać zapachy w zwykłym, ludzkim znaczeniu tych słów, bez cudzysłowów i ograniczeń. À wtedy jej zachowanie można by przystosować do dowolnych celów i zadań — jest to przecież uniwersalna maszyna matematyczna.

Tak, wtedy, w styczniu, wydawało mi się to proste i osiągalne, niczego się nie bałem… Ach, ta budząca ufność moc przyrządów!

Fantastyczne zielone pętle na ekranach, spokojne, budzące zaufanie brzęczenie transformatorów, ciągły szczęk przekaźników, błyskanie lampek sygnałowych na pulpicie, precyzyjne wahnięcia wskazówek… Wydaje się, że wszystko da się zmierzyć, osiągnąć, wykonać, i nawet zwykły mikroskop wpaja przekonanie, że już teraz (przy powiększeniu 400 i dwukrotnie spolaryzowanym świetle) uda się zobaczyć coś, czego nikt jeszcze nie widział!

Zresztą, co tu mówić… Który z badaczy nie marzył przed rozpoczęciem pracy, nie przymierzał się myślą i wyobraźnią do największych problemów? Który z badaczy nie odczuwał tej usuwającej wszelkie przeszkody niecierpliwości, kiedy dążył — szybciej!

szybciej! — do zakończenia nudnej pracy przygotowawczej — szybciej! szybciej! — ustalenia schematu doświadczenia, włączenia zasilania i rozpoczęcia!

A później… Później codzienne trudności laboratoryjne, codzienne błędy i kłopoty rozwiewają pierwotne marzenia. I człowiek zgadza się już na cokolwiek, byle tylko nie pracować daremnie., Tak też było ze mną.

Opisywanie niepowodzeń to ponowne ich przeżywanie. Dlatego będę się streszczał. A więc mamy następujące założenia eksperymentu: na wejście maszyny cyfrowej podłączamy blok krystaliczny składający się z 38 tysięcy elementów, a do wejść bloku — cały pozostały inwentarz mikrofony, czujniki zapachów, wilgotności, temperatury, czujniki tensometryczne, fotomatryce z nasadkami ogniskującymi, „czapkę Monomacha” do zapisu potencjałów czynnościowych mózgu. Źródło informacji zewnętrznej — to ja sam, to znaczy coś poruszającego się, wydającego dźwięki, zmieniającego kształty i swoje współrzędne w przestrzeni, coś o określonej temperaturze i charakterystycznych potencjałach nerwowych. Można mnie ujrzeć, usłyszeć, dotknąć czujnikami, zmierzyć temperaturę i ciśnienie krwi, zanalizować woń z ust, nawet zagłębić się w duszę i myśli — proszę bardzo! Sygnały z czujników powinny przechodzić do bloku krystalicznego, wzbudzać w nim różne elementy — blok krystaliczny formuje i grupuje sygnały w ciągi logicznych kombinacji dla maszyny cyfrowej, która rozprawia się z nimi jak ze zwykłymi zadaniami i podaje na wyjściu coś sensownego. Żeby jej było łatwiej, wprowadziłem do pamięci maszyny wszystkie liczby-słowa ze słownika przekładu maszynowego od „A” do „Z”.