125389.fb2
Przyłączałem do bloku krystalicznego wszelkiego rodzaju czujniki. Śpiewałem i recytowałem wiersze, gestykulowałem, biegałem i skakałem przed obiektywami, rozbierałem się i ubierałem, pozwalałem im się obmacywać (brr… te zimne dotknięcia macek…). Nakładałem „czapkę Monomacha” i — o Boże! — starałem się maszynie coś „zasugerować”… Byłem gotów zgodzić się na jakąkolwiek abrakadabrę.
Ale maszyna nie mogła stworzyć abrakadabry, bo na to nie pozwalała jej konstrukcja. Jeżeli żądanie ma rozwiązanie, rozwiąże je.
Jeżeli nie — zatrzyma się. I zatrzymywała się. Sądząc po migotaniu lampek na pulpicie, coś się w niej przełączało, ale co pięć, sześć minut zapalał się sygnał „stop”, a ja naciskałem przycisk kasowania informacji. I wszystko zaczynało, się od początku.
W końcu zacząłem się zastanawiać. Maszyna nie mogła nie przeprowadzać operacji arytmetycznych i logicznych na impulsach nadchodzących z bloku krystalicznego — cóż innego mogłaby robić?
Czyli że po tych operacjach informacja jest na tyle surowa i sprzeczna, że maszyna, mówiąc obrazowo, nie może związać logicznego końca z końcem, no i zatrzymuje się. To znaczy, że jeden cykl wyliczeń w maszynie to po prostu za mało. To znaczy… i tutaj, jak zawsze w podobnych sytuacjach, zrobiło mi się głupio, znaczy, że należy stworzyć sprzężenie zwrotne między maszyną (tymi jej blokami, w których krążą impulsy) a blokiem krystalicznym. No oczywiście, wtedy surowa informacja z maszyny wróci na wejścia tego sprytnego sześcianu, ulegnie tam ponownej obróbce, przejdzie do maszyny i tak dalej, aż do całkowitego wyjaśnienia.
Podniosłem się na duchu — nareszcie…! Teraz można zapomnieć o tym, jak spaliło się półtorej setki układów logicznych i z dziesięć matryc w maszynie, dlatego że parametry pracy maszyny i bloku były niezgodne (dym, smród, tranzystory strzelają jak naboje w piecu, a ja zamiast wyłączyć zasilanie, chwytam ze ściany gaśnicę), o tym, jak zdobywałem nowe podzespoły, montowałem układy dopasowujące, modyfikowałem parametry pracy wszystkich zespołów — wiadomo, trudności natury technicznej, normalna rzecz! Najważniejsze, że praca ruszyła z martwego punktu.
15 lutego w pracowni rozległo się od dawna oczekiwane postukiwanie — automat wyperforował na taśmie kilka cyfr! Wreszcie pierwsze zdanie maszyny (zanim je rozszyfrowałem, paląc papierosa chodziłem wokół stołu, na którym leżał kawałeczek taśmy, z uczuciem pustki w głowie i z bezmyślnym uśmiechem — maszyna zaczęła zachowywać się…): „Pamięć 107 bitów”.
Nie na to czekałem. Dlatego też nie od razu pojąłem, że maszyna „żąda” (mimo wszystko nie mogę tego słowa pisać bez cudzysłowu) zwiększenia pojemności pamięci.
Właściwie było to zupełnie logiczne — przez wejścia maszyna otrzymuje złożoną informację, którą gdzieś należy umieścić, a bloki pamięci są już zapełnione. Zwiększyć pojemność pamięci! Zwykłe zadanie przy konstruowaniu maszyn.
Gdyby nie uznanie Altera Abramowicza, prośba maszyny nie zostałaby spełniona. Jednakże dostałem od niego trzy bloki pamięci magnetycznej i dwa — krystalicznej. I tak się zaczęło. Po kilku dniach maszyna powtórzyła swoje żądanie, po następnych kilku — jeszcze raz i jeszcze… Maszyną zaczęła ujawniać poważne potrzeby…
Co wtedy czułem? Zadowolenie — wreszcie są jakieś wyniki.
Przymierzałem je do przyszłej pracy doktorskiej. Zbijało mnie z tropu, że maszyna pracowała tylko „dla siebie”.
Nieco później zaczęła konstruować sama siebie! To było logiczne — skomplikowaną informację należało opracowywać w bardziej złożonych układach niż standardowe bloki CWM-12.
Przybyło mi pracy. Automat perforujący wystukiwał kody i numery układów logicznych, podawał, gdzie i w jaki sposób należy je przyłączyć. Początkowo maszyna zadowalała się elementami typowymi. Montowałem je na dodatkowej płycie.
(Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że właśnie wtedy popełniłem, z akademickiego punktu widzenia, duży błąd metodologiczny.
Należało się na tym etapie zatrzymać i przeanalizować, jakie obwody i jaką logikę buduje sobie mój układ: czujniki — blok krystaliczny — CWM-12 ze zwiększoną pamięcią. I dopiero po zorientowaniu się w tym wszystkim ruszyć dalej… Zresztą można by się było i tym zadowolić — maszyna konstruująca siebie bez wprowadzonego przedtem programu! Przecież to byłaby sensacyjna praca doktorska!
Gdyby wszystko odpowiednio opracować, można by od razu robić habilitację.
Zwyciężyła jednak ciekawość. Układ wyraźnie starał się rozwijać. Tylko po co? Żeby zrozumieć człowieka? Mało prawdopodobne — na razie maszynie wyraźnie wystarczało, że ja ją rozumiem, że pilnie spełniam jej polecenia… Ludzie budują maszyny dla swoich celów, ale jaki cel mogła mieć maszyna?! Czy też może był to nie cel, lecz jakiś pierwotny „instynkt gromadzenia”, który, począwszy od pewnego stopnia komplikacji, jest właściwy wszystkim układom, niezależnie od tego, czy jest to robak, czy maszyna elektronowa?
Jakie granice osiągnie w swym rozwoju układ?
Właśnie wtedy wypuściłem wodze z rąk i do tej pory nie umiem odpowiedzieć, czy zrobiłem dobrze, czy źle…) W połowie marca maszyna, najwidoczniej za pomocą „czapki Monomacha” przyswoiwszy sobie nowości z zakresu elektroniki, zaczęła „zamawiać” kriozary i kriotrony, tranzystory tunelowe, układy cienkowarstwowe, mikromatryce itd… Ani w głowie mi była analiza — grasowałem po Instytucie i po całym mieście, intrygowałem, podlizywałem się, wymieniałem, co się tylko dało, na te „modne” nowości.
I wszystko na próżno! Po miesiącu maszyna „rozczarowała się”
do elektroniki i… „zapaliła się” do chemii.
Prawdę mówiąc i w tym nie było niczego nieoczekiwanego. Maszyna wybrała najlepszy sposób konstruowania siebie. Przecież chemia to metoda przyrody, Przyroda nie dysponowała lutownicami, dźwigami, warsztatami spawalniczymi ani silnikami, ani nawet łopatą — po prostu mieszała roztwory, nagrzewała je i ochładzała, naświetlała, odparowywała… w ten sposób powstało wszystko, co żywe na Ziemi.
W tym właśnie rzecz, że w poczynaniach maszyny wszystko było konsekwentne i logiczne! Nawet jej żądania, abym wkładał „czapkę Monomacha” — a w miarę upływu czasu powtarzały się one coraz częściej — również były zrozumiałe. Zamiast opracowywać surową informację uzyskaną poprzez czujniki świetlne, dźwiękowe, zapachowe i wszelkie inne, lepiej wykorzystać opracowaną już przeze mnie. W nauce wielu tak robi.
Ale na Boga, jakich to odczynników maszyna nie żądała — od wody destylowanej do trójmetylodwuchloro-paraaminotetrachloro-fenylosiarczanu sodowego, od DNA i RNA do benzyny marki „Gałosza”! A jakie złożone układy musiałem montować!
Laboratorium w oczach przekształcało się w pracownię średniowiecznego alchemika — zapełniły je butle, kolby, autoklawy, destylatory. Łączyłem je ze sobą rurkami gumowymi, szklanymi i innymi przewodami. Zapas odczynników i szkła wyczerpał się w ciągu pierwszego tygodnia, trzeba było zdobywać następne.
Szlachetne, miłe dla elektryka zapachy kalafonii i nagrzanej izolacji zostały wyparte przez błotniste wyziewy kwasów, amoniaku, octu i diabli wiedzą czego. Błąkałem się w tej chemicznej dżungli jak zagubiony. W aparatach destylacyjnych i wężach gumowych coś bulgotano, pluskało i wzdychało. Mieszaniny w butlach i kolbach pieniły się, fermentowały i zmieniały barwę. Wypadały w nich jakieś osady, rozpuszczały się i pojawiały znowu galaretowate, pulsujące kłębki kołyszących się szarawych nitek. Dolewałem i dosypywałem odczynniki według poleceń maszyny i niczego już nie rozumiałem…
Później maszyna niespodziewanie wystukała żądanie następnych czterech drukarek automatycznych. Ucieszyłem się, „że jednak interesuje się nie tylko chemią. Zacząłem działać, zdobyłem, podłączyłem… i poszło!
(Zapewne udało mi się wtedy uzyskać „wzmacniacz selekcji informacji” Ashby'ego albo coś w tym rodzaju… zresztą, licho wie!
Właśnie wtedy zagubiłem się do reszty.)
W pracowni zrobiło się głośno jak w hali maszyn: pracowały drukarki. Wstęgi papierowych taśm z kolumnami cyfr kilometrami wypełzały z prostokątnych szczelin. Zwijałem taśmy w rulony, wybierałem grupy cyfr, tłumaczyłem je na słowa, a z nich zestawiałem zdania.
Uzyskane w ten sposób „prawdy” były jakieś dziwne i zagadkowe. Na przykład: „…dwadzieścia sześć kopiejek, jak z Berdyczowa”
— brzmiała jedna z pierwszych. Co to jest? — fakt, myśl? A może aluzja? Albo ha przykład tak: „Palica w mące milcząc marła”… — podobne do „Ulica mękę milcząc parła” Majakowskiego? Ale co to ma znaczyć? Co to jest — żałosna imitacja? Czy też może odkrycie poetyckie, do którego dzisiejsi poeci jeszcze nie doszli?
Rozszyfrowałem inną taśmę: „Łagodność charakterów, rozłożona w szereg Taylora, w przedziale od zera do nieskończoności, jest funkcją biharmoniczną”. Świetnie powiedziane, prawda?
I tak dalej: albo niejasne urywki, fragmenty, albo coś „schizofrenicznego”. Zamierzałem nawet pokazać kilka taśm lingwistom matematycznym, w nadziei, że oni to rozgryzą, ale rozmyśliłem się w obawie przed skandalem. Tylko informacja z pierwszej drukarki była sensowna. „Dodać takich to a takich odczynników do kolb 1, 3 i 7”, „Obniżyć o 5 woltów napięcie na elektrodach od 34 do 123” itd.
Maszyna nie zapominała o „odżywianiu” — czyli nie „zwariowała”.
A więc co?
Najbardziej męczyło mnie poczucie bezsilności. Bywało, że i we wcześniejszych doświadczeniach zdarzały się rzeczy niezrozumiałe.
Wtedy jednak w najgorszym razie można było starannie powtórzyć eksperyment. Jeśli niezrozumiały efekt znikał, to dobrze, jeśli nie — można było go zbadać. A tutaj nie można było zmienić rozpoczętej gry. Nie było także odwrotu. Nawet w snach nie widziałem nic poza wijącymi się białymi wężami, pokrytymi łuską cyfr, i wytężałem się, bezsilnie próbując zrozumieć, co maszyna chce mi zakomunikować.
Nie wiedziałem już, co robić z rulonami taśm. W naszym Instytucie wykorzystuje się je dwojako — te, na których zarejestrowane są istotne wyniki, wędrują do archiwum, pozostałe zaś pracownicy wynoszą do domów, aby zużyć w charakterze papieru toaletowego.
Bardzo praktyczne zastosowanie. Moimi taśmami można by zaspokoić potrzeby wszystkich mieszkańców naszego osiedla.
I pewnego pięknego kwietniowego poranka, kiedy po bezsennej nocy w laboratorium spełniałem wszystkie zachcianki maszyny: dolewałem, dosypywałem, regulowałem itd., z automatu nr 3 wyszła taśma zapisana zakodowaną informacją: „Streptocydowy strip tease z trzepotem streptokoków…” Wtedy zrozumiałem, że tą drogą dalej iść nie można.
Wyniosłem wszystkie taśmy na trawnik, rozwinąłem je i cisnąłem na kupę (zdaje się, że nawet przygadywałem „Streptocyd, co?
Berdyczów, co? Łagodność charakterów?…” — dokładnie nie pamiętam) i podpaliłem. Siedziałem przy ognisku, grzałem się, paliłem papierosa za papierosem i myślałem, że eksperyment wziął w łeb. I to nie dlatego, że nie udało mi się nic uzyskać, ale dlatego, że wyszła „kasza”… Kiedyś z Walerką Iwanowem dla zabawy wytopiliśmy w piecu próżniowym „metalowo-półprzewodnikową kaszę” ze wszystkich materiałów, jakie były pod ręką. Powstała bryła o zachwycających barwach. Rozbiliśmy ją, żeby zbadać. W każdym okruchu stopu można było wykryć wszystkie efekty znane fizyce ciała stałego — od tunelowego do tranzystorowego, ale wszystkie chwiejne, nietrwałe i niepowtarzalne. Wyrzuciliśmy to wszystko do kubła.
Teraz było to samo. Istota rozwiązania naukowego polega na tym, że z mnóstwa właściwości i efektów przedmiotu, przyrody, układu czy czegokolwiek innego wyodrębnia się cechy poszukiwane, a pozostałe eliminuje. Tutaj to się nie udało. Maszyna nie nauczyła się przyjmować ode mnie informacji… Wstałem i poszedłem do pracowni, żeby wyłączyć zasilanie.
Gdy przechodziłem przez korytarz, wpadł mi w oczy zbiornik — okazałe naczynie z przezroczystego teflonu o rozmiarach 2 x 1, 5 x 1, 2 metra. Sprowadziłem go w grudniu razem z innym sprzętem, aby wykorzystać teflon jako materiał. Ale jakoś nie był potrzebny. Zbiornik ten naprowadził mnie na ostatni, zupełnie szalony pomysł. Wystawiłem na korytarz wszystkie drukarki, ustawiłem na ich miejsce zbiornik, doprowadziłem biegnące od maszyny wszystkie przewody, końcówki rur i węży gumowych, wylałem i wsypałem do zbiornika resztki odczynników, całą tę cuchnącą masę zalałem wódą i wygłosiłem do maszyny następujące przemówienie:
— Koniec z cyframi! Świata nie można opisać w kodzie dwójkowym, rozumiesz? A nawet jeśli można, to po co? Teraz spróbuj inaczej: obrazami, czymś materialnym… Niech cię szlag trafi!
Zamknąłem pracownię i wyszedłem z niezłomnym zamiarem wypoczęcia i odzyskania równowagi. Mój stan wystarczająco wyjaśnia fakt, że przez ostatni tydzień po prostu nie mogłem spać.
…Było to dziesięć pięknych, spokojnych i przyjemnych dni. Wysypiałem się, po obudzeniu gimnastykowałem i szedłem pod prysznic. Jeździliśmy z Lenką motocyklem za miasto, chodziliśmy do kina, wałęsaliśmy się po ulicach, całowali się. „No, jak tam nasze układy scalone? — pytała. — Jeszcze się nie rozleciały?” Odpowiadałem jej w tym samym tonie i zmieniałem temat. „Nic mnie nie obchodzą żadne układy, maszyny ani doświadczenia — powtarzałem sobie. — Nie chcę, żeby któregoś dnia zabrali mnie z pracowni wesolutkiego, odzianego w wiadomy strój z długimi zaszytymi rękawami.”