125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 20

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 20

Ale mimo to coś mnie gnębiło. Rzuciłem wszystko, uciekłem, a co teraz tam się dzieje? I co to właściwie było? (O eksperymencie myślałem już w czasie przeszłym: było…) Niewykluczone, że wprowadzając przypadkową informację uruchomiłem w układzie jakiś proces syntezy. Ale cóż to za idiotyczna synteza? I co się tam syntetyzowało?”

Rozdział trzeci

Kelner owinął butelkę serwetką i odkorkował. Salę wypełnił huk i dym, spoza którego wyłoniły się pod sufitem nie ogolone policzki i zielony turban.

— Co to jest?!

— To… to dżinn.

— Przecież ja zamawiałem szampana! Proszę o książkę zażaleń.

Bajka współczesna

Asfaltową dróżką zbliżał się ku mnie człowiek. Za nim zieleniły się drzewa i bielały kolumny starego budynku Instytutu. Park wyglądał zwyczajnie, jak co dzień. Szedłem do księgowości po pensję. Człowiek szedł lekko kołyszącym się krokiem, wymachiwał rękami i nie tyle utykał, co po prostu stawiał prawą nogę nieco ostrożniej niż lewą. Zwłaszcza to ostatnie rzuciło mi się w oczy.

Wiatr rozwiewał mu poły płaszcza i wichrzył rudą czuprynę.

Myśl pierwsza — skąd ja tego typa znam?

W miarę jak zbliżaliśmy się do siebie, coraz wyraźniej widziałem strome czoło z zatokami łysiny i silnie rozwiniętymi łukami brwiowymi, zapadnięte policzki pokryte rudą, tygodniową szczeciną, szeroki nos, wyniośle zaciśnięte wargi, zmrużone, spoglądające ze znudzeniem oczy… Tak, zdecydowanie musiałem go gdzieś widzieć, takiej aroganckiej gęby nie sposób zapomnieć. A szczęka — mój Boże! — za sam wygląd pięć lat…

Myśl druga — powiedzieć mu dzień dobry czy przejść obojętnie?

W tym momencie całe otoczenie przestało dla mnie istnieć. Potknąłem się na równym asfalcie i stanąłem jak wryty. Naprzeciw siebie szedłem j a s a m.

Myśl trzecia (wyrażona słownie) — „No tak…”

Człowiek zatrzymał się przede mną.

— Cześć!

— Czcz…eść… — W panującym w mojej głowie chaosie zaświtało zbawcze przypuszczenie. — Pan z wytwórni filmowej?

— Z wytwórni?! Ach, ta moja zarozumiałość! — Usta mojego sobowtóra rozciągnęły się w uśmiechu. — Nie, Walek, filmu o nas jeszcze nie kręcą. Chociaż teraz… kto wie?

— Nie jestem dla pana żaden Walek, ale Walentin Kriwoszein!

Byle impertynent…

Tamten uśmiechnął się, wyraźnie ubawiony moim wybuchem złości. Czułem, że jest lepiej ode mnie przygotowany do spotkania i że upaja się tą swoją przewagą.

— I… może pan łaskawie wyjaśni, kim pan jest, skąd pan się wziął na terenie Instytutu i z jakiej racji ucharakteryzował się pan i przebrał za mnie?

— Łaskawie wyjaśnię — powiedział. — Jestem Walentin Kriwoszein, kierownik pracowni nowych systemów. Oto moja przepustka.

— I rzeczywiście okazał moją podniszczoną przepustkę. — A wziąłem się, oczywiście, z pracowni.

— Ach, ta-ak? — W takiej sytuacji najważniejsze jest zachowanie poczucia humoru. — Bardzo mi przyjemnie. Walentin, powiada pan, Kriwoszein? Z pracowni? Tak, tak… aha…. hm…

I w tym momencie złapałem się na tym, że mu wierzę. Oczywiście nie dzięki przepustce — u nas nawet woźnego nie da się nabrać na przepustkę. Trochę od rzeczy uprzytomniłem sobie, że blizna nad brwią i brunatne znamię na policzku, które w lusterku widzę po lewej stronie, w istocie powinny znajdować się po prawej, właśnie tak, jak u niego. Poza tym w samym jego zachowaniu było coś, co wykluczało myśl o mistyfikacji… Przeraziłem się. Może z nadmiaru pracy zwariowałem i teraz spotkałem drugą część mojej rozdwojonej osobowości? „Żeby tylko nikt nie zobaczył… Ciekawe, czy ktoś z boku widziałby nas dwóch, czy tylko mnie?”

— Z pracowni, tak? — Próbowałem go przyłapać. — To czemu pan idzie od strony starego budynku?

— Byłem w kasie, przecież dziś dwudziesty drugi — wyciągnął z kieszeni plik pięciorublówek i odliczył połowę — masz, to twoja część.

Machinalnie wziąłem pieniądze i przeliczyłem. Nagle spostrzegłem się.

— A dlaczego tylko połowa?

— O Boże! — westchnął głęboko. — Przecież teraz jest nas dwóch!

(To wymowne głębokie westchnienie… Nigdy w życiu już tak nie westchnę. Okazuje się, że samym westchnieniem można człowieka poniżyć. A ta dykcja — o ile dykcją można nazwać jej całkowity brak! Czy ja naprawdę tak samo pluję słowami?)

„Wziąłem od niego pieniądze, a więc on istnieje — myślałem. — Czy to też złudzenie? Niech to diabli, jestem badaczem i kicham na wrażenia zmysłowe, zanim nie zrozumiem, o co tu chodzi!”

— A więc utrzymuje pan, że… wziął się pan z zamkniętej i opieczętowanej pracowni?

— Otóż to — przytaknął. — Właśnie z pracowni. Ze zbiornika.

— W dodatku ze zbiornika. Niech pan po… Jak to ze zbiornika?!

— Właśnie ze zbiornika. Mógłbyś chociaż drabinkę założyć, ledwo udało mi się wyleźć…

— Słuchaj, skończ tę mowę! Chyba nie myślisz poważnie, że uda ci się mnie przekonać, że ciebie… to znaczy mnie… nie, jednak ciebie, stworzyła maszyna?

Znowu westchnął ciężko i pogardliwie.

— Czuję, że długo jeszcze nie przywykniesz do faktu, że to się stało. A powinieneś był przewidzieć. Widziałeś przecież, że w kolbach pojawiła się żywa materia?

— Wielka rzecz! Pleśń też widziałem. W wilgotnych miejscach. I wcale to jeszcze nie oznaczało, że byłem świadkiem narodzin życia… No dobrze, przypuśćmy nawet, że w kolbach powstało coś żywego — nie wiem, ni jestem biologiem. Ale co ty masz z tym wspólnego?

— Jak to — co ja mam z tym wspólnego?! — Teraz on się rozzłościł. — A co według ciebie miała stworzyć maszyna — robaka? konia?

ośmiornicę?! Gromadziła i opracowywała informację o tobie, oglądała ciebie, słyszała, wąchała i dotykała ciebie, zapisywała prądy czynnościowe twojego mózgu! Patrzeć na ciebie już nie mogła! Teraz masz! Z części składowych motocykla można zmontować tylko motocykl, a nie odkurzacz.

— Hm… no, przypuśćmy. A skąd buty, garnitur, przepustka, płaszcz!?

— O Boże! Jeśli potrafiła stworzyć człowieka, to co dla niej znaczy płaszcz?

(Zwycięski błysk w oku, nieznośne gesty, zarozumiały ton… Czy ja też jestem taki nieznośny, kiedy czuję swoją przewagę?) — Płaszcz? — Dotknąłem tkaniny. Ciarki mnie przeszły — płaszcz był inny.

Rzeczy wielkie nie wchodzą do głowy od razu, w każdym razie do mojej. Pamiętam, że jako student towarzyszyłem delegatowi na festiwal młodzieżowy, młodemu myśliwemu z tajmyrskiej tundry.

Oprowadzałem go po Moskwie. Chłopak obojętnie oglądał w muzeum posągi z brązu, ruchome schody w metro, rzekę samochodów, a o wieżowcu Uniwersytetu Moskiewskiego wyraził się: „Z żerdzi i skór można zbudować tylko mały czum, a z kamienia — wielki…” I nagle w hallu restauracji „Nord”, gdzie wstąpiliśmy, żeby coś przekąsić, zderzył się nos w nos z wypchanym białym niedźwiedziem z tacą w łapach — i zamarł!

Coś podobnego stało się ze mną. Płaszcz sobowtóra był bardzo podobny do mojego, nawet plama z atramentu znajdowała się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ją zrobiłem strzepując wieczne pióro. Ale tkanina była bardziej elastyczna i jak gdyby tłusta w dotyku, a guziki trzymały się nie na niciach, lecz na giętkich wyrostkach.

Nie było szwów.

— Czy on nie jest przyrośnięty? Możesz go zdjąć?

Sobowtór wściekł się do reszty.