125389.fb2
(„Co za drań! Też sobie wybrał…”)
— No, tak… Wiesz, jeśli ty jesteś mną, to nie jestem sobą zachwycony.
— Ja też — burknął. — Uważałem siebie za inteligentnego człowieka… — Twarz jego nagle zastygła. — Ćśś… nie odwracaj się!
Za plecami usłyszałem kroki.
— Witam pana, panie inżynierze! — usłyszałem głos Chiłoboka.
docenta, doktora, sekretarza i pożeracza serc niewieścich na skalę Instytutu.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Mój sobowtór wyszczerzył zęby w uśmiechu i skłonił się.
— Dzień dobry, panie docencie!
Odprowadził uśmiechem przechodzącą parę. Pulchniutka czarnowłosa dziewczyna dziarsko stukała szpilkami po asfalcie, a Chiłobok starając się iść z nią w rytmie, drobił, jak gdyby miał na sobie wąską spódnicę.
— …Być może niezupełnie dobrze panią zrozumiałem — szemrał jego baryton. — Ale ja, z uwagi na niepełne porozumienie, przedstawiam tylko swoje poglądy…
— Harry znowu nową poderwał — stwierdził sobowtór. — No, sam widzisz: nawet Chiłobok mnie poznaje, a ty masz wątpliwości.
Idziemy do domu!
Tylko stanem całkowitej rozterki mogę wytłumaczyć fakt, że pokornie powlokłem się za nim.
Po przyjściu do domu z miejsca władował się do łazienki. Usłyszałem szum wody z natrysku, a potem zobaczyłem, jak wychyla się przez drzwi.
— Hej, ty! Egzemplarz numer jeden, czy jak ci tam! Jeśli chcesz upewnić się, że ze mną wszystko w porządku, to proszę. Przy okazji umyjesz mi plecy.
Poszedłem. Był to żywy człowiek. Ciało jego dokładnie przypominało moje własne. Nawiasem mówiąc, nie spodziewałem się, że mam tak potężne fałdy tłuszczu na brzuchu i bokach. Trzeba częściej ćwiczyć hantlami!
Podczas kiedy on się mył, ja chodziłem po pokoju, paliłem i starałem się przywyknąć do faktu, że maszyna stworzyła człowieka.
Odtworzyła mnie… O, bogowie, czy te możliwe?! Ciemna średniowieczna idea homunkulusa… Myśl Wienera, że informację zawartą w człowieku można by „rozwinąć” w ciągu impulsów, przekazać na dowolną odległość i ponownie „zapisać” w postaci człowieka, jak obraz na ekranie telewizora… Dowód Ashby'ego, że między pracą mózgu, a pracą maszyny nie ma zasadniczych różnic. O tym samym mówił zresztą wcześniej Sieczenow… Ale to wszystko były uczone dyskusje, gimnastyka umysłowa — czy można na ich podstawie cokolwiek zrealizować.
A jednak można! Tam za drzwiami pluska się i głośno parska nie Iwanow, nie Pietrow, nie Sidorow — ich bym wyrzucił — ale „ja”… A te taśmy z cyframi? Coś mi się wydaje, że spaliłem „papierowego siebie”?!
Z kombinacji cyfr wybierałem krótkie fragmenty, łatwo zrozumiałe stwierdzenia, a maszyna sięgnęła głębiej. Gromadziła informację, kombinowała ją tak i owak, porównywała, korzystając z pętli sprzężeń zwrotnych, wyławiała i wzmacniała istotną informację i wreszcie, na jakimś poziomie komplikacji, „odkryła” Życie!
A później rozwinęła je do poziomu człowieka. Tylko po co? Dlaczego? Przecież nie o to mi chodziło.
Teraz, po spokojnym przemyśleniu, mogę powiązać ze sobą poszczególne fakty. Tak, powstało właśnie to, o co „chodziło”! Chciałem, żeby maszyna rozumiała człowieka, to wszystko. „Rozumie mnie pan?” „O, tak!” — odpowiada rozmówca i obydwaj zadowoleni z siebie rozchodzą się każdy w swoją drogę. W rozmowie to nie ma znaczenia. Ale w doświadczeniach z automatami logicznymi nie powinienem był tak łatwo mieszać pojęć rozumienia i zgodności.
Dlatego (lepiej późno niż wcale) należy rozważyć, czym jest rozumienie.
Istnieje rozumienie praktyczne (czyli celowe). Do maszyny wprowadza się program, ona go rozumie i wykonuje to, czego od niej się oczekuje. „Tobik, bierz go!” — i Tobik z radością chwyta przechodnia za nogawkę. „Wista!” — i konie zawracają w prawo.
„Hetta!” — zawracają w lewo. Takie prymitywne rozumienie typu „wiśtahetta” dostępne jest wielu układom ożywionym i nieożywionym. Dowodem tego jest osiągnięcie celu. Im mniej skomplikowany układ, tym prostsze i szczegółowiej programowane powinno być zadanie.
Ale istnieje również drugi rodzaj rozumienia — zrozumienie wzajemne, czyli pełne przekazanie własnej informacji innemu układowi.
Do takiego rozumienia niezbędne jest, aby układ przyswajający informację pod żadnym względem nie był mniej skomplikowany od układu przekazującego… Nie dałem maszynie celu. Czekałem, aby skończyła konstruowanie i podnoszenie stopnia własnej komplikacji.
Ona zaś nie kończyła, co zresztą było zrozumiałe: jej „celem” stało się całkowite zrozumienie zawartej we mnie informacji, nie tylko słownej, ale i wszelkiej innej. („Cel” maszyny — to też pojęcie dowolne i nie należy go nadużywać. Po prostu układy informacyjne zachowują się zgodnie z prawami, pod pewnym, względem przypominającymi zasady termodynamiki. I mój system — „czujniki — blok krystaliczny — CWM-12” — powinien był dojść do równowagi informacyjnej z otoczeniem, tak jak kęs surówki w piecu hutniczym powinien dojść do równowagi termicznej z wnętrzem pieca. Takie właśnie rozumienie jest zrozumieniem wzajemnym. Nie można go osiągnąć ani na poziomie prostych układów, ani prostych organizmów.)
I tak właśnie się stało. Do wzajemnego zrozumienia z człowiekiem zdolny jest tylko człowiek. Do dobrego zrozumienia —. bardzo bliski człowiek. Do idealnego — tylko on sam. I mój sobowtór jest produktem równowagi informacyjnej między maszyną a mną. Nawiasem mówiąc, równowaga informacyjna i tak jiie była całkowita — nie było mnie wtedy w pracowni i nie zetknąłem się ze świeżo stworzonym dublem nos w nos jak z odbiciem w lustrze. A później nasze sprawy potoczyły się zupełnie różnymi drogami.
Słowem, tak ustawiłem doświadczenie, że nic, tylko usiąść i płakać. Tyle tu tylko mojego, że przyszło mi do głowy wprowadzić sprzężenie zwrotne…
Nieraz warto się zagalopować. Gdybym prowadził eksperyment ściśle logicznie, z namysłem, gdybym odrzucał wszystkie wątpliwe warianty — czy uzyskałbym taki wynik? Nigdy w życiu! Wyszedłby dobry doktorsko-habilitacyjny pewniak, i tyle. Przecież w nauce zasadniczo bada się zjawiska przeciętne, a ja również nauczyłem się obcować z przeciętnością.
A więc wszystko w porządku? Skąd w takim razie te wątpliwości i niezadowolenie? Czemu wciąż wracam myślą do potknięć i błędów? Przecież udało się… Że nie według reguł? A czy istnieją reguły odkryć? Wiele jest tu przypadku i nie można wszystkiego przypisać własnej „dalekowzroczności naukowej”. A odkrycie Galvaniego, a promienie X, a radioaktywność, a emisja elektronów, a…
w każdym zresztą odkryciu, zapoczątkowującym jakąś gałąź nauki, istnieje element przypadku. A że nie rozumiem? To tak jak i inni, nie ma się czym przejmować.
Skąd więc to wewnętrzne rozdarcie?
Chodzi chyba o coś innego: obecnie tak pracować nie można.
Dziś nauka jest znacznie poważniejszą sprawą niż w czasach Galvaniego czy Roentgena. W taki sposób, prawie nie myśląc, można by odkryć sposób błyskawicznego zniszczenia Ziemi — ze znakomitym potwierdzeniem doświadczalnym…
Dubel wyszedł z łazienki zaróżowiony; ubrał się w moją piżamę, stanął przed lustrem i zaczął się czesać. Podszedłem do niego i stanąłem obok. Z lustra patrzyły dwie identyczne twarze. Tylko jego mokre włosy były nieco ciemniejsze.
Wyciągnął z szafy i włączył maszynkę do golema. Obserwowałem, jak się goli. Ruchy jego były tak swobodne, że czułem się prawie jak gość.
Nie wytrzymałem.
— Słuchaj, a czy ty chociaż odczuwasz niezwykłość sytuacji?
— Co? — Spojrzał na mnie z ukosa. — Nie przeszkadzaj! — Wyraźnie był po „przeciwnej” stronie faktu…” Doktorant odsunął dziennik i pokręcił głową: nie, Walka-oryginał nie umiał czytać myśli!
…On też był wstrząśnięty. Wedle tego, co pamiętał, obudził się w zbiorniku, rozumiejąc wszystko — gdzie się znajduje i jak powstał.
Właściwie jego odkrycie zaczęło się już wtedy… A zachowywał się grubiańsko, bo był zakłopotany. A może również dlatego, że szukał takiej linii postępowania, która by nie sprowadziła go do poziomu wzorców eksperymentalnych.
Znowu zabrał się do czytania.
„… — Ale przecież narodziłeś się w maszynie, a nie z łona matki!
W maszynie, rozumiesz!?
— No to co? A narodzić się z łona matki to według ciebie takie proste? Narodziny człowieka to o wiele bardziej tajemnicze zjawisko niż moje pojawienie się. Tu można odnaleźć następstwo logiczne, a tam? Czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka? Do taty będzie podobne czy do mamy? Czy wyrośnie z niego mądry człowiek czy dureń? Kompletna mgła! Dla nas jest to zwyczajne tylko dlatego, że stykamy się z tym na co dzień. A tu maszyna zarejestrowała informację, a potem ją odtworzyła. Jak magnetofon. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby odtworzyła mnie, powiedzmy, z Einsteina… no, ale co zrobić! Przecież jeśli na taśmie magnetofonowej mamy zapisaną piosenkę ludową, to trudno spodziewać się symfonii Czajkowskiego.
No, nie. Aż takim chamem nie jestem. Najwidoczniej silnie odczuwał drażliwość sytuacji związanej ze swym pojawieniem się na świecie i nie chciał, żebym to zauważył. Ale cóż tu jest do zauważenia: powstał w kolbach i butlach, jak średniowieczny homunkulus, i szaleje… Często zdarzało mi się stwierdzić, że ludzie odczuwający swoją niższość czy niepełnowartościowość, zawsze są bardziej chamscy i brutalni od innych.
Starał się zachowywać z prostotą noworodka. Noworodek też nie upaja się wagą wydarzenia (Narodził się człowiek!), ale od razu zaczyna rozrabiać, ssać pierś i paskudzić w pieluszki…” Kriwoszein westchnął tylko i przewrócił kartkę.