125389.fb2
— Absolutnie! — Odświeżał twarz wodą kolońską. — Dlaczego nie miałbym się czuć normalnie? Maszyna to twór pozbawiony fantazji.
Już widzę, jak by narozrabiała, gdyby miała wyobraźnię! A tak — wszystko w porządku: nie jestem potworem o dwu głowach, jestem młody, zdrowy, tętno dobre. Teraz zjem kolację i pojadę do Lenki.
Stęskniłem się za nią.
— Co-o-o-o? — skoczyłem do niego.
Patrzył na mnie z zainteresowaniem. W jego oczach pojawiły się figlarne iskierki.
— Tak, przecież jesteśmy teraz rywalami. Wiesz, ty jakoś prymitywnie do tego podchodzisz. Zazdrość jest uczuciem niskim. To przeżytek. Ale w ogóle czego zazdrościć, sam pomyśl — jeśli Lena będzie ze mną, czy to będzie oznaczać, że cię zdradza? Zdradzić można tylko z innym mężczyzną, odmiennym, bardziej atrakcyjnym na przykład. A dla niej ja jestem tobą… Nawet jeśli będę z nią miał dziecko, to nie będziesz mógł powiedzieć, że ci przyprawiła rogi.
Jesteśmy zupełnie jednakowi — i wszystkie nasze geny, i chromosomy… No, no, ostrożnie!
Został zmuszony do ukrycia się za drzwiami szafy. Schwyciłem z podłogi hantlę i rzuciłem się ku niemu.
— Zabiję drania! Logiką próbujesz… ja ci pokażę logikę, homunkulusie! Ja ciebie stworzyłem i ja cię też zabiję, rozumiesz!? Nie śmiej o niej myśleć!
Dubel bez lęku wystąpił zza szafy. Kąciki jego ust były opuszczone.
— Słuchaj no, ty, Taras Bulba! Odłóż hantlę! Jeżeli już zacząłeś w ten sposób, to może wyjaśnimy wszystko do końca. „Homunkulusa” i „zabiję” pozostawiam bez komentarza, jako wytwory twojego histerycznego usposobienia. Co się zaś tyczy cytatu „ja ciebie stworzyłem”, to wiedz, że nie ty mnie stworzyłeś. Istnieję nie dzięki tobie, a co do mojej zależności, to chciałbym wy” prowadzić cię z błędu.
— Że jak, proszę?
— A tak. Odłóż hantlę, mówię serio. Ściśle rzecz biorąc, powstałem wbrew twoim zamierzeniom, po prostu dlatego, że nie zakończyłeś w porę doświadczenia. Później zaś choćbyś nawet chciał, było za późno. Słowem — tu uśmiechnął się złośliwie — sytuacja jest taka sama jak wtedy, kiedy wskutek nieostrożności rodziców… przyszedłeś na świat.
(Wszystko wie, patrzcie go! Rzeczywiście, kiedyś mama, po jakiejś mojej dziecięcej psocie, aby nakłonić mnie do posłuszeństwa, powiedziała:
— Chciałam zrobić skrobankę, ale się rozmyśliłam. A ty…
Nie powinna była tego mówić. Byłem dzieckiem niechcianym.
Mogło mnie nie być! Mogłem się w ogóle nie urodzić!)
— …Tylko w odróżnieniu od mamy nie nosiłeś mnie w swoim łonie, nie rodziłeś w mękach, nie karmiłeś i nie odziewałeś — ciągnął dubel. — Nawet życia mi nie uratowałeś, przecież ja istniałem i przed tym eksperymentem — byłem tobą. Nie zawdzięczam ci ani życia, ani zdrowia, ani wyższego wykształcenia technicznego. Niczego! A więc pozostajemy na równych prawach.
— A z Leną też na równych?
— Z Leną… nie wiem, co zrobić z Leną. Ale ty, ty… — sądząc z wyrazu twarzy chciał coś jeszcze dodać, ale powstrzymał się i odetchnął głęboko. — Ty powinieneś szanować moje uczucia, tak jak ja szanuję twoje, rozumiesz? Przecież ja także kocham Lenkę. I wiem, że ona jest moja. Znam jej ciało, zapach skóry i włosów, jej oddech…
wiem, jak mówi: „Ależ z ciebie niedźwiedź, naprawdę!” I jak marszczy nos…
Nagle urwał. Popatrzyliśmy na siebie rażeni jedną myślą.
Pierwszy skoczyłem po płaszcz.
— Do pracowni!”
Jeśli chcesz jechać taksówką, a los zsyła ci autobus, wybierz autobus, albowiem kursuje on według rozkładu.
„Biegliśmy przez park na przełaj. W uszach świstał wiatr. Niebo było pokryte ołowianymi chmurami.
W pracowni wisiała woń ciepłego błota. Pod sufitem majaczyły zamglone lampki. Przechodząc obok stołu nadepnąłem na węża gumowego, którego tu przedtem nie było, i poderwałem gwałtownie nogę — wąż zaczął się wić!
Kolby i butle pokrył miękki, szary nalot pleśni. Trudno było się zorientować, co się w nich dzieje. Z destylarek ściekały strumyczki wody, szczękały przekaźniki w termostatach. W odległym kącie, zastawionym przez gęstwinę splecionych przewodów i węży, pulpit kontrolny maszyny cyfrowej migał zapalającymi się i gasnącymi lampkami.
Węży było teraz znacznie więcej niż poprzednio. Przedzieraliśmy się przez nie jak przez gęstwę lian. Niektóre węże kurczyły się przepychając jakieś gruzły. Ściany zbiornika również pokrywała pleśń.
Starłem ją rękawem.
…W mętno-złocistym płynie zarysowała się sylwetka człowieka.
„Jeszcze jeden dubel?! Nie…” Wpatrzyłem się z napięciem. W zbiorniku uwidaczniały się kontury kobiecego ciała, którego nigdy nie pomyliłbym z żadnym, innym. Tuż przed moją twarzą kołysała się głowa bez włosów.
Była jakaś szaleńcza logika w tym, że właśnie w momencie, w którym ściąłem się z dublem z powodu Leny, maszyna starała się rozwiązać i to zadanie. Odczułem lęk i wewnętrzny protest.
— Ale… przecież maszyna jej nie zna!
— Ty ją za to znasz. Maszyna odtwarza ją według tego, co o niej zapamiętałeś.
Nie wiadomo czemu rozmawialiśmy szeptem.
— Patrz!
W obrębie widmowego konturu ciała Lenki zaczął pojawiać się szkielet. W zarysach stóp pojawiły się człony palców, stawy. Zaznaczyły się kości udowe i piszczele. Wygiął się kręgosłup, podobny do olbrzymiego kolczastego robaka. Jak gałązki wyrosły z niego żebra, pojawiły się skrzydełka łopatek. W czaszce zarysowały się szwy, zaznaczyły kontury oczodołów… Trudno powiedzieć, żeby to był przyjemny widok — szkielet ukochanej kobiety — nie mogłem jednak oderwać oczu. Oglądaliśmy to, czego nie oglądał jeszcze nikt na świecie: maszyna stwarzała człowieka!
„Co o niej zapamiętałem, co o niej zapamiętałem… — myślałem gorączkowo. — Ale to przecież za mało. Czy też może maszyna przyswoiła sobie ogólne prawa budowy ciała ludzkiego? Ale skąd, przecież ja sam ich nie znam!”
Kości w zbiorniku zaczęły pokrywać się przezroczysto-purpurowymi pasmami i splotami mięśni, a te z kolei pokryły się żółtawym tłuszczem. Czerwona sieć naczyń krwionośnych przeszywała ciało. Wszystko to kołysało się w roztworze, zmieniając kształty. Nawet twarz Leny z opuszczonymi powiekami, za którymi widniały wodniste oczy, szpeciły grymasy. Maszyna jak gdyby zastanawiała się, jak najlepiej skonstruować człowieka.
Zbyt słabo znam anatomię człowieka w ogóle, a anatomię kobiecego ciała w szczególności, żeby ocenić, czy maszyna buduje Lenę prawidłowo, czy nie. Wkrótce jednak poczułem, że dzieje się coś złego. Zarysy jej ciała zaczęły się zmieniać. Ramiona, jeszcze przed chwilą okrągłe, stały się kanciaste i szerokie… Co u licha?!
— Nogi! — dubel boleśnie ścisnął mnie za rękę. — Spójrz, nogi!
W dolnej części zbiornika ujrzałem stopy rozmiaru czterdzieści dwa i zrozumiawszy, oblałem się zimnym potem: maszyna wyczerpała moją informację o Lenie i uzupełnia ją informacją o mnie!
Obróciłem się do dubla — jego czoło też lśniło od potu.
— Trzeba ją zatrzymać!
— Jak? Wyłączyć prąd?
— Nie można, to by starło pamięć w maszynie. Ochłodzić ją?
— Żeby zahamować proces? Nic z tego, ma duży zapas ciepła…
Tymczasem zniekształcona sylwetka w zbiorniku przybierała coraz wyraźniejsze zarysy. Wokół ciała zakołysało się przejrzyste okrycie — poznałem skromną sukienkę, w której Lena najbardziej mi się podobała. Maszyna z rzetelnością idioty ubierała swój twór…