125389.fb2
— Właśnie! — dubel podbiegł do szklanej szafki i wyjął „czapkę Monomacha”, nacisnął na niej przycisk „Translacja” i podał mi ją. — Wkładaj i wzbudź w sobie nienawiść do Lenki! Myśl o tym, że chcesz ją zlikwidować… Szybko!!
W pierwszej chwili chwyciłem błyszczący kołpak, pokręciłem w rękach i oddałem mu.
— Nie mogę… Nie dam rady…
— Mięczak! A co robić? Przecież za chwilę „to” otworzy oczy i…
Mocno naciągnął kołpak na głowę i zaczął krzyczeć, w zapamiętaniu wymachując rękami.
— Zatrzymaj się, maszyno! Zatrzymaj się natychmiast, słyszysz?
Tworzysz nie makietę, nie egzemplarz doświadczalny, ale człowieka! Zatrzymaj się, kretynko! Zatrzymaj się, póki proszę!
— Zatrzymaj się, słyszysz! — zbliżyłem się do mikrofonów. — Zatrzymaj się, bo cię zniszczymy!
Niedobrze mi się robi, gdy wspominam tę scenę. Przyzwyczajeni do zatrzymywania lub zmieniania dowolnych procesów naciśnięciem przycisku lub obrotem dźwigni, krzyczeliśmy, tłumaczyli… i to komu? — zbiorowisku kolb, układów elektronowych i węży. Tfu! To była panika.
Wrzeszczeliśmy jeszcze coś zachrypłymi głosami, aż węże dochodzące do zbiornika nagle zadrgały od gwałtownych skurczów i zniekształcony obraz zasnuła biała mgiełka. Zamilkliśmy. Po trzech minutach mgiełka znikła. W złocistym roztworze nie było nic. Tylko od środka ku brzegom rozchodziły się zafalowania i odbłyski.
— Uff… — odezwał się dubel. — Przedtem jakoś nie trafiało do mnie, że człowiek w siedemdziesięciu procentach składa się z wody.
Dopiero teraz…
Dobrnęliśmy do okna. Od wilgotnego zaduchu całe ciało miałem pokryte lepkim potem. Rozpiąłem koszulę, dubel zrobił to samo.
Nadciągał wieczór. Niebo było teraz czyste, znikły chmury. Szyby stojącego naprzeciw budynku Instytutu odbijały purpurowe światło zachodzącego słońca, odbijały je tak, jak każdego pogodnego wieczoru: wczoraj, miesiąc, rok temu, kiedy t e g o jeszcze nie było.
Było tak, jak gdyby nic się nie stało.
Przed oczyma wciąż miałem obraz szkieletu pokrywającego się przezroczystymi włóknami.
— Te szczegóły anatomiczne, te grymasy… Brr! — powiedział dubel siadając na krześle. — Jakoś odechciało mi się spotkania z Lenką.
Sam też to pomyślałem. Teraz wszystko już minęło, ale… Wiedzieć nawet dość dokładnie, że twoja kobieta to człowiek z krwi i kości, to całkiem co innego, niż zobaczyć to na własne oczy.
Wyciągnąłem z szuflady dziennik laboratoryjny przejrzałem ostatnie zapisy, skąpe i bez treści. Kiedy doświadczenie udaje się albo kiedy do głowy przychodzi dobry pomysł, pisze się szczegółowo. A tu czytałem:
„8 kwietnia. Rozkodowywałem cyfry, 860 wierszy. Bez powodzenia.
9 kwietnia. Rozkodowałem wyrywkowo pięć taśm. Nic nie zrozumiałem. Szaleństwo jakieś.
10 kwietnia. Rozkodowywanie z podobnym wynikiem. Dodałem do kolb i butli nr 1, 3 i 5 gliceryny po 21; nr 2 i 7 — roztworu tio-mocznika po 200 ml, do wszystkich wody destylowanej po 2–3 1.
11 kwietnia. Streptocydowy strip tease… Koniec…”
A teraz wezmę długopis i zapiszę: „22 kwietnia. Układ odtworzył mnie, W. Kriwoszeina. Kriwoszein nr 2 siedzi obok i drapie się w podbródek”. Komedia!
I nagle ogarnęła mnie fala szatańskiej dumy. Przecież to odkrycie, i to jakie! Obejmuje i systemologię, i elektronikę, i bionikę, i chemię, i biologię — wszystko, czego chcecie, i jeszcze coś więcej. A dokonałem go ja! Jak — to inna sprawa. Ale najważniejsze, że ja!
JA!!! Teraz należałoby poprosić tu komisję państwową i zademonstrować powstawanie w zbiorniku nowego dubla… Ależ by mieli miny! A znajomi powiedzą: „No, aleś im zasunął!” albo „Kriwoszein, no, no…”! I Woltampernow przyleci popatrzeć… Poczułem nieopisaną chęć zachichotania, powstrzymała mnie jedynie obecność drugiej osoby.
— Co tam znajomi czy Woltampernow — usłyszałem swój głos i nie od razu zrozumiałem, że powiedział to dubel. — Walka, przecież to Nobel!
„Oczywiście że Nobel! Zdjęcia we wszystkich gazetach… I Lenka, która teraz traktuje mnie trochę z góry — oczywiście, ona jest piękna, a ja nie! — zrozumie wreszcie… I pospolite nazwisko Kriwoszein (kiedyś szukałem w encyklopedii sławnych ludzi o tym samym nazwisku, lecz na próżno; Kriwoszłykow jest, Kriwonogow jest, ale Kriwoszeinów jeszcze nie ma) będzie dźwięczeć jak grom: Kriwoszein! Ten Kriwoszein!…”
Głupio mi się zrobiło od tych myśli. Pełne pychy marzenia znikły. Rzeczywiście, co teraz będzie? Co robić dalej z tym odkryciem?
Zamknąłem dziennik.
— No więc jak? Będziemy produkować podobnych sobie? Zarzucimy świat Kriwoszeinami. Zresztą można także innymi, jeśli się utrwali ich w maszynie… Niech to diabli! Jak to… W żaden sposób nie można tego sklasyfikować!
— No tak. A tak było spokojniutko… — dubel pokręcił głową.
Właśnie, tak było spokojniutko… „Piękna pogoda, prawda? Pani w którą stronę?” „W przeciwną!” „Ja właśnie też, a jak pani na imię?” „A co to pana obchodzi?” — i tak dalej i dalej, do pałacu ślubów, do kliniki położniczej, porcji pasów za zabitego z procy kota i spaloną po ukończeniu siódmej klasy znienawidzoną „Zoologię”.
Jak pięknie sformułował to w swoim artykule kierownik dnieprowskiego Urzędu Stanu Cywilnego: „Rodzina jest środkiem przedłużenia gatunku i zwiększenia zaludnienia państwa”. I nagle — niech żyje nauka! — pojawia się środek konkurencyjny, wsypujemy i wlewamy odczynniki z katalogu Gławchimtorgu, wprowadzamy przez układ czujników informację i otrzymujemy człowieka. W dodatku ukształtowanego, gotowego: z mięśniami i wyższym wykształceniem technicznym, z nawykami i doświadczeniem życiowym… „Wygląda na to, że robimy zamach na coś, co jest najbardziej ludzkie w człowieku: na miłość, ojcostwo i macierzyństwo, na dzieciństwo! — Przebiegł mnie dreszcz. — W dodatku jest to bardzo wygodne. Bardzo wygodne — i to jest najstraszniejsze w naszych racjonalistycznych czasach!”
Dubel podniósł głowę. W jego oczach ujrzałem lęk i niepewność!
— Słuchaj, ale dlaczego to ma być straszne? Po prostu pracowaliśmy, ściślej mówiąc, ty pracowałeś. Zmontowałeś układ doświadczalny i wyszło odkrycie: sposób przekształcenia informacji w człowieka — odwieczne marzenie alchemików. Rozszerzenie naszych wiadomości o człowieku jako układzie informacyjnym… No i dobrze! Niegdyś królowie szczodrze płacili za takie prace… Co prawda później ścinali głowy pechowym badaczom, ale jeśli się zastanowić, to mieli rację — nie pchaj się, jak nie potrafisz. Ale nam nic nie będzie. Raczej przeciwnie. No, dlaczego więc to ma być straszne?
„Dlatego, że to nie średniowiecze — odpowiadałem sobie — I nie ubiegły wiek. A nawet nie początek dwudziestego wieku, kiedy wszystko było jeszcze przed nami. Wtedy odkrywcy mieli moralne prawo rozłożyć ręce i powiedzieć: bardzo nam przykro, ale nie przewidzieliśmy, że tak fatalnie wyjdzie… My, ich szczęśliwi potomkowie, takiego prawa nie mamy. Bo już wiemy. Bo wszystko już było.
…Wszystko było: opracowane naukowo ataki gazowe, opracowane naukowo Majdanek i Oświęcim, opracowane naukowo Hiroszima i Nagasaki. Opracowane naukowo z zastosowaniem matematyki plany totalnej zagłady. Ograniczenie wojen — też opracowane naukowo… Minęły dziesiątki lat od ostatniej wojny światowej, usunięto ruiny i zgliszcza, zbudowano wszystko od nowa, resztki pięćdziesięciu milionów ofiar rozpadły się i przemieszały z ziemią, narodziły się i dorosły setki milionów ludzi, a pamięć o tym, co było, nie słabnie. Strasznie jest pamiętać o tym wszystkim, ale jeszcze straszniej zapomnieć. Dlatego że nie wszystko stało się przeszłością. Pozostała świadomość, do czego zdolny jest człowiek.
Odkrywcy i badacze to tylko specjaliści w swojej dziedzinie.
Aby wydrzeć przyrodzie jej tajemnice, muszą poświęcić tyle trudu i pomysłowości, że na rozmyślania ogólne — co z tego wyjdzie w życiu — nie starcza im ani sił, ani czasu. I wtedy zbiegają się inni: mali ludzie, dla których każdy wynalazek i każde odkrycie to tylko nowy sposób osiągnięcia starych celów — władzy, bogactwa, wpływów, sławy i dających się kupić przyjemności. Jeżeli oddamy im naszą metodę, dojrzą w niej tylko jedno: korzyść! Dublować słynnych śpiewaków, aktorów i muzyków? Nie, nie opłaca się — lepiej wytwarzać płyty i pocztówki. Warto natomiast wypuszczać w nakładzie masowym ludzi dla określonych celów: wyborców dla zwycięstwa nad przeciwnikiem politycznym (lepiej, niż wyrzucać setki milionów na kampanię wyborczą), kobiety do domów publicznych, pracowników w deficytowych zawodach, żołnierzy służby nadterminowej… a można też specjalistów grzecznych i wąsko ukierunkowanych, żeby pracowali nad następnymi wynalazkami i nie wtykali nosa w nie swoje sprawy. Cóż może być gorszego niż człowiek do określonych celów, człowiek- narzędzie!? A co robi się z maszynami, które spełniły swoje zadanie, wysłużyły się? Na przetop, do ognia, pod prasę, na złom. Z ludźmi-narzędziami można robić to samo.”
— E, to może u nich… — dubel wykonał nieokreślony ruch ręką. — U nas społeczeństwo do tego nie dopuści.
„A czy u nas nie ma ludzi, którzy gotowi są wykorzystać wszystko — od idei komunizmu do kłamliwych audycji radiowych, od stanowiska służbowego do cytatów z klasyków — aby zdobyć dobrobyt, wyższe stanowisko, a później jeszcze większy dobrobyt i jeszcze, i jeszcze, za każdą cenę? Ludzi, którzy najmniejszy zamach na swoje przywileje próbują interpretować jako ogólną katastrofę?”
— Są — przytaknął dubel. — A jednak ludzie zasadniczo są dobrzy, bo inaczej świat dawno przekształciłby się w zgraję gryzących się nawzajem bydląt i zginąłby bez żadnej wojny termojądrowej. I mimo to… jeśli pominąć drobne naturalne nieprzyjemności w rodzaju powodzi, trzęsień ziemi czy epidemii wirusowych — wszystkim swoim nieszczęściom, nawet i tym najgorszym, winni są sami ludzie.
Bo podporządkowywali się temu, czemu podporządkowywać się nie należało, bo zgadzali się z tym, czemu powinni się byli sprzeciwiać, bo uważali, że to do nich nie należy. Bo wykonywali pracę, za którą lepiej płacono, a nie tę, która jest potrzebna wszystkim… Gdyby większość ludzi na świecie dostosowała swoje sprawy i zajęcia do interesów ludzkości, nie musielibyśmy obawiać się tego odkrycia.
Ale tak nie jest. I dlatego odkrycie może stać się postrachem, jeśli wpadnie w ręce choćby tylko jednego wpływowego i obrotnego łajdaka.
Przecież zastosowanie odkryć naukowych jest sprawą czysto techniczną. Technika powstała kiedyś, by pomagać człowiekowi w walce z przyrodą. Ale teraz łatwo ją przystosować do walki człowieka z człowiekiem. A tu technika żadnych problemów nie rozwiązuje, ale wręcz przeciwnie — stwarza ie. Ileż problemów naukowych, technicznych i społecznych zrodziło jedno odkrycie dokonane dwadzieścia lat temu — synteza helu i wodoru? Oddamy nasze odkrycie innym — i życie stanie się jeszcze straszniejsze. A „sława” przypadnie nam i wszyscy będą dokładnie wiedzieli, kogo i za co przeklinać.
— Słuchaj, a może by tak… — powiedział dubel. — Niczego nie widzieliśmy, niczego nie wiemy. Dosyć już strasznych, odkryć, niech ludzie uporają się choć z tymi, które już są. Wyłączymy zasilanie, zakręcimy krany… Co?
„I nic nie było. Ze zużytych odczynników jakoś się rozliczę, z pracy sklecę jakieś sprawozdanie i zajmę się czymś prostszym, bardziej niewinnym…”
— A ja wyjadę do Władywostoku, będę montował instalacje portowe — powiedział dubel.