125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 24

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 24

Umilkliśmy. Za oknem nad czarnymi sylwetkami drzew płonęła Wenus. W oddali kot płakał głosem dziecka. W ciszę parku wplątało się wysokie wycie — w Biurze Konstrukcyjnym Leny na hamowni badano nowy silnik odrzutowy. „Pracują. No cóż, wszystko w porządku, rok czterdziesty pierwszy nie powinien się powtórzyć… — Myślałem, jak odwlec chwilę decyzji. — W głębokich szybach wybuchają bomby plutonowe i wodorowe — wysoko opłacani uczeni i inżynierowie muszą ulepszać broń jądrową… A na betonowych platformach i w betonowych studniach we wszystkich zakątkach planety patrzą w niebo ostronose rakiety. Każda wycelowana w swój cel, elektronika „na chodzie”, urządzenia kontrolne nieustannie szukają, czy nie ma jakiejś niesprawności. I gdy tylko upłynie określony badaniami na niezawodność czas pracy bloku elektronicznego, technicy w mundurach odłączają go, wyjmują i szybko, sprawnie, tak gdyby już zaczynała się wojna, którą trzeba wygrać, zakładają nowy blok. Praca idzie”.

— Bzdura! — powiedziałem. — Ludzkość nie dojrzała jeszcze do wielu rzeczy: do o energii jądrowej, do lotów kosmicznych, no i co z tego? Odkrycie jest obiektywną rzeczywistością i nie ma na to rady.

Jeśli nie zrobimy tego my, to wpadną na to inni. Koncepcja eksperymentu jest prosta. Myślisz, że oni zrobią z tego lepszy użytek? Ja nie sądzę… Dlatego trzeba pomyśleć o tym, co zrobić, żeby odkrycie nie stało się groźbą dla człowieka.

— Trudna sprawa… — westchnął dubel. — Zobaczę, co się tam dzieje w zbiorniku.

Wrócił po chwili. Twarz jego była zmieniona nie do poznania.

— Walka, tam… tam tata!

Radiotechnicy świetnie wiedzą: jeżeli skomplikowany układ elektroniczny zaczyna działać od razu po zmontowaniu, nic dobrego z tego nie wyjdzie. Jeśli nawet próby przejdą pomyślnie, to układ skompromituje konstruktorów przed komisją odbioru technicznego.

Jeśli przejdzie pomyślnie komisję, to w produkcji seryjnej jedna po drugiej zaczną się ujawniać usterki. Partactwo zawsze wyjdzie na jaw.

Maszyna zamierzała dojść do równowagi informacyjnej już nie ze mną, bezpośrednim źródłem informacji, lecz z całym środowiskiem informacyjnym, które poznała przeze mnie, z całym światem.

Dlatego właśnie powstawała Lena, dlatego pojawił się ojciec.

Dlatego miało miejsce to wszystko, nad czym razem z dublem biedziliśmy się bez odpoczynku przez cały tydzień. Ta działalność maszyny była kontynuacją poprzedniej logicznej linii rozwojowej.

Technicznie była to jednak próba dokonana przy użyciu niewłaściwych środków. Zamiast „modelu świata” w zbiorniku rodziły się majaki…

Nie mogę opisywać sceny pojawienia się ojca — było to zbyt straszne. Wyglądał tak jak w dniu śmierci, nalany, ciężki starzec z szeroką wygoloną twarzą, z wyblakłą siwizną włosów. Maszyna wybrała moje najcięższe, ostatnie wspomnienie o nim. Umierał przy mnie, już przestał oddychać, a ja wciąż starałem się ogrzać jego stygnące ciało…

Potem wielokrotnie powtarzał się ten sam sen: co sił rozcieram chłodne już ciało ojca, które powoli rozgrzewa się, ojciec zaczyna oddychać, najpierw nierówno, jak w agonii, później normalnie, wreszcie otwiera oczy i podnosi się na łóżku. „Zasłabłem troszkę, synku — mówi przepraszającym tonem. — Ale już dobrze.” Było to jakby odwrócenie śmierci.

A teraz maszyna tworzyła go, aby umarł przy nas jeszcze raz.

Rozumieliśmy oczywiście, że to nie jest wcale ojciec, tylko kolejny hybryd informacyjny, do którego powstania nie można dopuścić — nie wiadomo przecież, co to będzie — zwłoki, szalejący stwór czy jeszcze coś innego. Ale ani dubel, ani ja nie mogliśmy zdecydować się, aby nałożyć „czapkę Monomacha” i rzucić maszynie rozkaz:

„Nie!” Staraliśmy się nie patrzeć ani na zbiornik, ani na siebie.

Wreszcie podszedłem do pulpitu i szarpnąłem dźwignię wyłącznika. Na chwilę w laboratorium stało się ciemno i cicho.

— Co ty wyprawiasz?! — dubel doskoczył do pulpitu i włączył zasilanie.

Kondensatory filtrów nie zdążyły rozładować się w ciągu tej chwilki. Maszyna pracowała, ale w zbiorniku nic już nie było.

Później oglądałem w zbiorniku cały chaos swojej pamięci: nauczycielkę botaniki z piątej klasy, Elizawietę Mojsiejewnę; małą Kławę, przedmiot chłopięcych uczuć z tego okresu; jakiegoś dawnego znajomego o profilu poety; woźnicę Mołdawianina, którego widziałem przelotnie na bazarze w Kiszyniowie… nawet nie chce się wyliczać. Nie był to „model świata” — wszystko, co powstawało, było mętne, fragmentaryczne, takie właśnie, jakie zachowuje niedoskonała ludzka pamięć. W nauczycielce na przykład udały się tylko maleńkie groźne oczka pod zawsze nachmurzonymi brwiami, a z Mołdawianina została tylko wielka barania czapa, naciągnięta aż po wąsy…

Spać chodziliśmy na zmianę. Jeden z nas musiał stale dyżurować przy zbiorniku, żeby w porę nałożyć „czapkę Monomacha” i wydać maszynie rozkaz „Nie!”

Dubel pierwszy wpadł na pomysł, żeby do roztworu w zbiorniku włożyć termometr (przyjemnie było patrzeć, w jakie zadowolenie wprawił go pierwszy samodzielny akt twórczy!). Termometr wskazywał czterdzieści stopni.

— Bredzi w malignie…

— Trzeba jej dać coś przeciwgorączkowego — wypaliłem półżartem.

Jednak po zastanowieniu się postanowiliśmy do wszystkich kolb i butli, zawierających roztwory odżywcze, dosypać chininy.

Temperatura obniżyła się do trzydziestu dziewięciu stopni, ale bredzenie trwało nadal. Maszyna komponowała teraz obrazy jak w męczącym śnie — twarz kierownika pierwszego oddziału Instytutu Johanna Klappa płynnie przechodziła w twarz Azarowa, na której nagle wyrastały wąsy Chiłoboka.

Kiedy temperatura spadła do trzydziestu ośmiu stopni, w zbiorniku zaczęły pojawiać się płaskie, jak na ekranie, podobizny działaczy politycznych, aktorów filmowych, przodowników pracy wraz ze zmniejszoną tablicą honorową, wizerunki Łomonosowa, Faradaya i znanej w naszym mieście śpiewaczki estradowej Marii Trapezunt.

Te dwuwymiarowe cienie — już to barwne, już to czarno-białe — pojawiały się błyskawicznie, utrzymywały przez kilka sekund i znikały. Prawdopodobnie moja pamięć wyczerpywała się.

Na szósty czy siódmy dzień (straciliśmy rachubę czasu) temperatura złocistego płynu obniżyła się do 36,5 stopnia. — Norma! — I powlokłem się do domu, żeby się przespać.

Na dyżurze pozostał dubel.

W nocy obudził mnie.

— Wstawaj! Chodź do pracowni, maszyna oczka robi.

Wyrwany ze snu posłałem go do diabła. Oblał mnie wodą. Trzeba było iść.

…Z początku wydawało mi się, że w zbiorniku pływają jakieś pęcherze. Ale to były oczy — białe kulki ze źrenicami i barwnymi tęczówkami. Powstawały w głębi zbiornika, wypływały, gromadziły się u przezroczystych ścianek i śledziły nasze ruchy, a także migotanie lampek na pulpicie maszyny; były to oczy niebieskie, szare, l piwne, zielone, czarne, rude, a także ogromne końskie — z fioletowymi źrenicami, i kocie, odbijające światło, z ciemną pionową szczeliną, czarne paciorki ptasich oczu… Zgromadziły się tu zapewne wszystkie oczy ludzkie i zwierzęce, jakie zdarzyło mi się w życiu oglądać. Brak powiek i rzęs nadawał im wyraz zdziwienia.

Z nadejściem poranka oczy zaczęły pojawiać się także poza zbiornikiem. Na ożywionych wężach ukazywały się mięsiste wyrostki, zakończone powiekami i rzęsami. Powieki unosiły się. Nowe oczy przyglądały się nam bacznie i jak gdyby z oczekiwaniem. Czuliśmy się nieswojo pod tymi niezliczonymi, milczącymi spojrzeniami.

A później… Później ze zbiornika, kolb i węży, szybko, jak pędy bambusa, zaczęły wyrastać macki i ssawki. Było coś naiwnego i dziecięco wzruszającego w ich ruchach. Splatały się, dotykały ścianek kolb, przyrządów i ścian pracowni. Jedna z macek wyciągnęła się w kierunku nie izolowanych zacisków zasilania, dotknęła ich i obwisła zwęglona.

— No, zaczyna się na serio — rzekł dubel.

Tak, to było już serio. Maszyna przechodziła od biernego do czynnego sposobu gromadzenia informacji i w tym celu tworzyła swoje własne czujniki i własne mechanizmy wykonawcze… W ogóle, niezależnie od tego, jak by nazwać jej rozwój — dążeniem do równowagi informacyjnej, samokonstruowaniem czy biologiczną syntezą informacji — nie można było nie zachwycać się niezwykłą uporczywością i potęgą tego procesu. Jeśli nie tak, to inaczej — byle się nie zatrzymywać!

Ale po wszystkim, co już widzieliśmy, byliśmy dalecy od zachwytu i akademickiej ciekawości. Domyślaliśmy się, czym się to może skończyć.

— Dość! — wziąłem ze stołu „czapkę Monomacha”. — Nie wiem, czy uda się nam zmusić ją, żeby robiła to, co chcemy…

— W tym celu nieźle byłoby wiedzieć, czego chcemy — wtrącił dubel.

— …ale najpierw powinniśmy ją zmusić, żeby nie robiła tego, czego nie chcemy.

„Zlikwidować oczy! Zlikwidować macki! Przerwać realizację informacji! Zlikwidować oczy! Zlikwidować macki! Przerwać…” — powtarzaliśmy z maksymalnym napięciem myślowym poprzez „czapkę Monomacha” i nawoływaliśmy do mikrofonów.

A maszyna jak poprzednio wodziła żywymi mackami i wytrzeszczała na nas setki najrozmaitszych oczu. Przypominało to pojedynek.

— No, doczekaliśmy się! — powiedział dubel.

— Tak?! — Uderzyłem pięścią w ściankę zbiornika. Wszystkie macki drgnęły i wyciągnęły się w moim kierunku. Odsunąłem się. — Walka, zakręcaj wodę! Odłącz przewody!

Zginiesz, maszyno! Zginiesz z pragnienia i głodu, jeśli nie podporządkujesz się…

Oczywiście było to brutalne i niewyszukane, ale co mieliśmy robić? Dubel powoli zakręcał zawór doprowadzający wodę. Dźwięk strumyczków z destylarek zmienił się w odgłos kapania kropel. Ja zamykałem węże zaciskami… I macki, drgnąwszy, bezsilnie zwisły!

Zaczęły się kurczyć i wciągać z powrotem do zbiornika. Zamgliły się, załzawiły i zmarszczyły baloniki oczu.