125389.fb2
Ale Tanieczka już pędziła z twarzą zasłoniętą rękami prosto w kierunku przystanku trolejbusowego. Poszedłem do domu.
Po kilku minutach przyszedł i dubel. — Poczekaj — powiedziałem, zanim otworzył usta. — Powiedziałeś mu, że Tania jest dziewczyną twojego kolegi, znanego boksera?
— I mistrza judo. A ty jej — o żonie?
— Zgadza się. Znalazło się przynajmniej jedno pożyteczne zastosowanie naszego odkrycia…
Rozebraliśmy się, umyli i zaczęli przygotowywać do snu. Posłałem sobie na kanapie, a on na rozkładanym łóżku.
— Wracając jeszcze do Chiłoboka. — Dubel usiadł na łóżku. — Dlaczego nic mi nie mówisz, że na najbliższym posiedzeniu Rady Naukowej będzie dyskutowany nasz temat? Gdyby Chiłobok łaskawie mi o tym nie wspomniał, żyłbym w nieświadomości. „Czas, czas, inżynierze, pół roku już pan pracuje, a do tej pory nie było jeszcze dyskusji. Oczywiście, poszukiwania losowe to dobra rzecz, ale zamówienia na sprzęt i materiały pan składa, a do mnie z księgowości wciąż dzwonią i pytają, jak zaksięgować. A w Instytucie gadają, że Kriwoszein robi, co chce, a inni muszą wykonywać plany i zamówienia… Ja oczywiście rozumiem, że panu to jest potrzebne do doktoratu, ale trzeba sformułować temat i włączyć do naukowego planu Instytutu…” Od razu sobie, świnia, o pracy przypomniał, jak mu wspomniałem o bokserze.
— Według Chiłoboka sens nauki polega na tym, żeby urzędnikom nie robić kłopotu.
Wyjaśniłem dublowi, o co chodzi. Kiedy z maszyny zaczęły sypać się niezrozumiałe cyfry, zadzwoniłem w rozpaczy do Azarowa, że chciałbym się z nim skonsultować. Jak zwykle nie miał czasu i powiedział, że lepiej będzie przedyskutować temat na Radzie Naukowej i że poprosi Chiłoboka o zorganizowanie posiedzenia.
— A tymczasem nasionko, które dobrze byłoby zachować na później, zakiełkowało interesującym wynikiem — podsumował dubel.
— Więc co, referujemy? W sprawie otwarcia przewodu doktorskiego.
Chiłobok też uważa, że trzeba…
— A na obronie ja będę demonstrował ciebie, co?
— Kto kogo będzie demonstrował, to inna sprawa — odpowiedział wymijająco. — Ale ogólnie rzecz biorąc… nie można! — pokręcił głową. — Nie, absolutnie nie można!
— Masz rację, nie można — zgodziłem się ponuro. — Ani patentu nie można zgłosić, ani Nagrody Nobla się nie dostanie… Same straty mam na razie z całej tej historii.
— Dobrze, oddam ci te pieniądze, oddam… ależ z ciebie sknera!
Posłuchaj… a po co ci Nobel? — zmrużył oczy. — Jeżeli maszyna-matka tak łatwo tworzy człowieka, to cóż dla niej banknoty…
— Nic prostszego! Z prawdziwym rysunkiem, ze znakami wodnymi… co?!
— Każdy kupi sobie trzypokojowe mieszkanie spółdzielcze — dubel w rozmarzeniu oparł się o ścianę.
— No i samochód…
— I po dwie wille: jedną na Krymie — na urlopy, drugą nad Bałtykiem dla reprezentacji.
— Zrobimy jeszcze kilku Kriwoszeinów. Jeden będzie pracował, żeby ludzi nie drażnić…
— …a reszta będzie próżnowała, ile dusza zapragnie…
— I to z gwarantowanym alibi. Co?
Umilkliśmy i popatrzyli na siebie z obrzydzeniem.
— Boże, cóż z nas za ponurzy drobnomieszczanie! — Chwyciłem się za głowę. — Ogromne odkrycie przymierzamy do diabli wiedzą czego: do doktoratu, willi, premii, mordobicia z gwarantowanym alibi… Przecież to Sposób Syntezy Człowieka! A my…
— To nic, zdarza się. Parszywe myśli miewa każdy. Ważne jest tylko, żeby nie przekształciły się w parszywe uczynki.
— Na razie widzę właściwie tylko jedną dobrą stronę odkrycia: patrząc z boku dostrzega się w sobie to, co zwykle łatwiej zauważyć u innych: własne niedostatki.
— Tak, ale czy po to tylko warto podwajać zaludnienie Ziemi?
Siedzieliśmy w samych spodenkach naprzeciw siebie. Miałem wrażenie, że siedzę przed lustrem.
— Dobrze. Do rzeczy. Czego właściwie chcemy?
— I co możemy?
— I co o tym wiemy?
— Zacznijmy od tego, że zanosiło się na to od dawna. Koncepcje Sieczenowa, Pawłowa, Wienera, Ashby'ego, wychodząc z różnych założeń, zbiegają się w jednym: mózg to maszyna. Doświadczenia Petrucchi'ego nad sterowanym rozwojem ludzkiego zarodka to krok następny. Dążenie do coraz większej złożoności i uniwersalności układów w technice — weź choćby tylko projekty mikroelektroników, dotyczące stworzenia maszyn, dorównujących pod względem komplikacji mózgowi.
— A więc nasze odkrycie to nie przypadek. Przygotował je cały dotychczasowy rozwój myśli i środków technicznych w nauce. Nie tą, to inną drogą, nie teraz, to za lata lub dziesiątki lat, nie my, to kto inny doszedłby do tego. A zatem zagadnienie sprowadza się do problemu…
— …co możemy i powinniśmy zrobić przez ten czas — może rok, może dziesiątki lat, trudno przewidzieć, lepiej jednak liczyć na krótszy termin — o który wyprzedziliśmy innych?
— Tak.
— Jak to bywa zwykle? — Dubel podparł dłonią policzek. — Inżynier ma jakiś pomysł albo po prostu chciałby stworzyć coś, co po nim pozostanie. Szuka więc zleceniodawcy. Albo zleceniodawca szuka inżyniera, w zależności od tego, kto komu jest bardziej potrzebny. Zleceniodawca określa zadanie techniczne: „Wykorzystując swoje pomysły i wiedzę opracujcie takie to a takie urządzenia lub taką to a taką technologię. Urządzenie powinno mieć takie to a takie parametry i przejść pomyślnie takie to a takie próby wytrzymałościowe… technologia powinna zapewniać produkcję wyrobów o przewidzianej jakości w procencie nie mniejszym niż… Suma taka i taka, termin wykonania taki a taki. Sankcje odpowiednio do aktualnych przepisów”. Podpisuje się umowę — i do roboty… My mamy takie urządzenie i chcemy dalej je ulepszać. Ale jeśli teraz przyjdzie zleceniodawca z ciężką forsą i powie: „Tu są pieniądze, proszę udoskonalać wasz sposób niezawodnego masowego dublowania ludzi, a do czego mi to potrzebne, nie wasza sprawa” — tej umowy nie podpiszemy, prawda?
— No, jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Metoda nie przebadana, nie dopracowana, co to za produkcja! Może i ty za parę miesięcy rozsypiesz się, nie wiadomo…
— Nie rozsypię się. Na to nie licz.
— A żyj sobie, co mnie to obchodzi?!
— Dziękuję ci uprzejmie! Ależ z ciebie cham! Aż ręce opadają!
Chętnie bym ci przyłożył.
— Dobra, dobra, bez dygresji. Źle mnie zrozumiałeś. Zmierzam do tego, że nie znamy jeszcze wszystkich stron i możliwości naszego odkrycia. Jesteśmy dopiero w stadium początkowym. Gdyby porównać to na przykład z radiem, to jesteśmy na etapie fal Hertza i iskrowego nadajnika Popowa. Co dalej? Trzeba badać dalsze możliwości.
— Słusznie. Ale to niczego nie zmienia. Badania, które można zastosować do człowieka i społeczeństwa, należy prowadzić z określonym celem. A my nie mamy nikogo, kto by nam wręczył dwie strony maszynopisu z tematem zlecenia. I bardzo dobrze. Sami musimy określić, jakie cele stoją obecnie przed człowiekiem.
— No… Dawniej cel był jasny — przeżycie i przedłużenie gatunku. Do osiągnięcia tego trzeba było uganiać się za zwierzyną, zdzierać skóry dla okrycia ciała, pilnować ognia… opędzać się maczugą od zwierząt i znajomych, ryć w glinie jednoizbową jaskinię bez wygód i tak dalej. Ale we współczesnym społeczeństwie problemy te zasadniczo zostały rozwiązane. Można pracować byle gdzie i na życie się zarobi. W każdym razie z głodu nie zginie się. Nawet dzieci można sobie zafundować, w najgorszym razie wychowa je państwo… A zatem ludzie powinni mieć teraz nowe dążenia i potrzeby.
— O, tych jest mnóstwo! Dążenie do komfortu, do rozrywek, do interesującej i czystej pracy. Potrzeba dobrego towarzystwa, środków zaspokajania próżności — stanowisk, tytułów, odznaczeń. Potrzeba eleganckiej odzieży, dobrego jedzenia, trunków, wylegiwania się na plaży, nowinek, czytania książek, potrzeba śmiechu, upiększania się, modnych fatałaszków…
— Ale, do diabła, to wszystko nie jest najważniejsze! Nie może być najważniejsze. Ludzie nie chcą, zresztą nie mogą powrócić do dawnego prymitywnego bytowania, więc naturalne jest, że wyciskają wszystko ze współczesnego środowiska. Jednak w tych ich dążeniach i potrzebach powinien być jakiś cel. Nowy cel istnienia…
— Krótko mówiąc, na czym polega sens życia? Niezwykle świeży problem, nieprawdaż? No, pogadaliśmy sobie. Wiedziałem, że do tego dojdziemy! — Dubel wstał, wykonał kilka rozluźniających ćwiczeń gimnastycznych i znów usiadł.
I tak, początkowo półżartem, a później coraz poważniej, przeprowadziliśmy tę najważniejszą dla naszej pracy rozmowę. Niejednokrotnie zdarzało mi się przy koniaku albo po prostu w przerwie na papierosa — dyskutować o sensie życia, o strukturze społeczeństwa czy o losach ludzkości. Inżynierowie i uczeni tak samo lubią rozprawiać o świecie, jak gospodynie domowe o drożyźnie i upadku obyczajów. Gospodynie czynią to, aby utwierdzić się w przekonaniu o swojej gospodarności i zaletach charakteru, a tamci aby popisać się szerokimi horyzontami umysłowymi… Ale nasza rozmowa była nieporównanie trudniejsza od tego mielenia językiem — dźwigaliśmy każdą myśl jak ciężką bryłę. Wszystko sprowadzało się do odpowiedzialności: po rozmowie miały nastąpić czyny — czyny, w których nie wolno się pomylić.