125389.fb2
— Dobrze. Załóżmy, że sens życia to zaspokojenie potrzeb.
Wszystkich, jakich dusza zapragnie. Ale jakie potrzeby i żądania ludzi można zaspokoić, tworząc nowych ludzi? Przecież ci sztucznie stworzeni będą mieli własne potrzeby i dążenia! Błędne koło.
— Nie, nie chodzi o to. Sensem życia jest samo życie. Życie pełne, barwne, swobodne, interesujące, twórcze. Albo przynajmniej dążenie do tego… No, i co?
— „Pełne życie”! „Sens życia”! „Dążenie”! — Dubel zerwał się z łóżka i przebiegł się po pokoju. — „Zainteresowania”, „potrzeby”…
Matko jedyna, jakież to wszystko mętne! Dwieście lat temu takie przybliżone pojęcia może byłyby dobre, ale teraz… Jak, do diabła, może wyglądać temat zlecenia, jeżeli brak dokładnych danych o człowieku!? Jakim wektorem oznaczać dążenia? W jakich jednostkach mierzyć zainteresowanie?
Onieśmielało nas to wtedy — onieśmiela i teraz. Przywykliśmy do ścisłych pojęć, takich jak parametry, gabaryty, pojemność informacyjna w bitach, szybkość przeprowadzania operacji w mikrosekundach — a zetknęliśmy się z przerażająco nieprecyzyjną wiedzą o człowieku. Do pogawędek to się nadaje. Ale jak, na miłość boską, kierować się takimi pojęciami w badaniach doświadczalnych, w których rządzi proste i surowe prawo: jeżeli wiesz coś niezbyt dokładnie, to znaczy, że tego nie wiesz.)
— Uff… zazdroszczę wynalazcom bomby atomowej — dubel oparł się o framugę drzwi balkonowych. — „To urządzenie, panowie, może zlikwidować sto tysięcy ludzi!” — i od razu wiadomo, że należy budować Oak Ridge i New Hanford *… A nasze urządzenie, panowie, może tworzyć ludzi!
Oak Ridge i New Hanford — badawczo-przemysłowe ośrodki w USA, w których podczas drugiej wojny światowej wyprodukowano bombę uranową i plutonową (przyp. aut.).
— Jedni ludzie badają uran… drudzy budują fabryki, w których wzbogaca się uran w odpowiedni izotop… inni konstruują bombę…
jeszcze inni wydają rozkaz działając w imię wyższych celów politycznych… następni zrzucają bombę na innych, na mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki… jeszcze inni… Czekaj, czekaj, w tym coś jest!
Dubel popatrzył na mnie z ożywieniem.
— Rozumiesz, rozpatrujemy to ściśle logicznie, a jednak nie możemy uwolnić się od paradoksów i mętnych pytań w rodzaju „Co to jest sens życia?” A wiesz dlaczego? Na Ziemi nie istnieje Człowiek, ale wielu ludzi o dążeniach różnych, często przeciwstawnych. Powiedzmy, ktoś chce wygodnie żyć i w tym celu buduje narzędzia zabijania. Albo na przykład smarkaczowi marzy się kariera wielkiego uczonego, ale nie chce mu się wgryzać w granit nauki, bo mu nie smakuje. I ci różni ludzie żyją w różnych warunkach, znajdują się w różnych sytuacjach, marzą o jednym, dążą ku czemuś drugiemu, a osiągają trzecie… A my ich wszystkich chcemy mierzyć jedną miarą.
— Ale jeśli zaczniemy rozpatrywać jednostki i do tego z uwzględnieniem wszystkich okoliczności… — dubel nachmurzył się.
— Nie wybrniemy.
— A ty byś chciał, żeby wszystko było proste jak przy projektowaniu bloków pamięciowych do komputera pokładowego? Tak? W tym przypadku to niemożliwe.
— Wiem, że niemożliwe. Nasze odkrycie jest złożone jak sam człowiek — niczego nie da się odrzucić ani pominąć dla ułatwienia pracy. Dobrze, ale jakie konstruktywne wnioski wynikają z twojej rewelacyjnej myśli, że ludzie są różni? Właśnie konstruktywne, robocze?
— Robocze, powiadasz. Trudna sprawa…
Rozmowa wygasła. Na dole, przed domem, szumiały na wietrze topole. Ktoś pogwizdując zbliżał się do bramy. Od balkonu ciągnęło chłodem.
Dubel bezmyślnie patrzył na lampę, a potem wsadził głęboko palec do nosa. Twarz jego przybrała wyraz błogiego zadowolenia. I mnie w prawym nozdrzu coś przeszkadzało, ale on mnie wyprzedził… Patrzyłem na siebie dłubiącego w nosie i nagle zrozumiałem, dlaczego nie poznałem dubla podczas spotkania w parku. W rzeczywistości nikt nie zna siebie samego. Nie widzimy siebie, nawet przed lustrem nieświadomie korygujemy własną mimikę, przybieramy bardziej interesujący wyraz, upiększamy się. Nie słyszymy siebie, gdyż drgania własnej krtani dochodzą do błon bębenkowych nie tylko poprzez powietrze, lecz także poprzez tkanki głowy. Nie obserwujemy samych siebie z boku.
Dlatego też każdy w głębi duszy jest przekonany, że jest inny niż wszyscy, odrębny. Otaczający go ludzie to inna sprawa, co do nich wszystko jasne. Ale jeśli chodzi o niego samego — jest całkiem odmienny. Coś w nim jest… i tu nikt nie da się oszukać, wie bardzo dobrze. A tymczasem wszyscy jesteśmy i inni, i tacy sami.
Dubel oczyścił nos, potem wytarł palec, popatrzył na mnie i roześmiał się, czytając moje myśli.
— No więc jacy są w końcu ludzie — różni czy jednakowi?
— I różni, i jednakowi. Można nawet wysnuć jakąś obiektywną prawdę, oczywiście nie z twoich paskudnych manier. Chodzi o techniczne wytwarzanie nowego układu informacyjnego — Człowieka.
Technika produkuje również inne układy: maszyny, książki, narzędzia… Wspólna dla takich wyrobów-układów jest powtarzalność. We wszystkich książkach danego nakładu wszystko jest jednakowe, łącznie z błędami drukarskimi. W przyrządach danej serii także — i wskazówki, i skala, i klasa dokładności, i okres gwarancyjny. Różnice są zupełnie nieistotne — w jednej książce druk jest odrobinę czytelniejszy niż w innej, na jednym z przyrządów zadrapanie albo, na przykład, przy wysokich temperaturach jego wskazania są obciążone minimalnie większym błędem niż innego…
— …ale w granicach klasy dokładności.
— Oczywiście. W języku nauki można powiedzieć, że ilość indywidualnej informacji w każdym takim sztucznym układzie jest tak mała, że można ją pominąć, w porównaniu z ilością informacji wspólnej dla wszystkich układów danej klasy. A z człowiekiem — zupełnie inna sprawa. W ludziach zawarta jest informacja ogólna: biologiczna, ogólne wiadomości o świecie, ale w każdym człowieku jest ogromna ilość informacji osobistej, indywidualnej. Pominąć jej nie można, bez niej człowiek nie byłby człowiekiem. To znaczy, że ludzie nie są standardowi. To znaczy…
— …że wszystkie próby znalezienia optymalnych „parametrów”
człowieka z dopuszczalnym błędem nie wyższym na przykład „od pięciu procent są zbędną stratą czasu. Znakomicie! Ulżyło ci?
— Nie. Ale taka jest okrutna rzeczywistość.
— A zatem w naszej pracy nie sposób uwolnić się od tych strasznych i mętnych pojęć: sens życia, zainteresowania człowieka, charaktery, pragnienia, dobro, zło… a może nawet dusza? Dziękuję. Nie skorzystam…
— Skorzystasz. Ale, ale, czy te pojęcia są znowu takie zagadkowe? Przecież w życiu wszyscy wiedzą, w czym rzecz. Na przykład ktoś potępia jakiś brzydki czyn i mówi: „Przecież to łajdactwo”. I wszyscy się z tym zgodzą.
— Wszyscy… z wyjątkiem łajdaka. Co, nawiasem mówiąc, jest zupełnie naturalne… — klepnął się po udach. — Nie, nie rozumiem cię!
Mało ci było oparzyć się na prościutkim terminie „zrozumienie”, a chcesz konstruować zadania na „dobro” i „zło”?! Maszyna podtekstów nie chwyta, dowcipów nie rozumie, zło i dobro jest dla niej obojętne… Czemu się śmiejesz?
W rzeczy samej ogarnął mnie śmiech.
— Nie rozumiem, jak właśnie t y możesz mnie nie rozumieć?
Przecież jesteś mną!
— To nie ma znaczenia. Jestem przede wszystkim pracownikiem naukowym, a dopiero potem Kriwoszeinem, Sidorowem czy Pietrowem! — wyraźnie zapalił się do dyskusji. — Jak będziemy pracować, skoro nie mamy dokładnego rozeznania w istocie zagadnienia?
— A choćby i tak, jak pracowano w zaraniu elektrotechniki.
Wtedy wszyscy wiedzieli, co to jest flogiston, ale nikt nie miał pojęcia o napięciu, natężeniu ani indukcyjności. Ampère, Volta, Henry, Ohm — to wtedy były tylko nazwiska. Napięcie oceniało się językiem, tak jak dziś chłopcy sprawdzają baterie. Prąd mierzono ilością odłożonej miedzi na katodzie. Ale jakoś ludzie pracowali. I my… co ci jest?
Teraz dubel skręcał się ze śmiechu.
— Pomyślałem sobie, że za jakieś dwadzieścia lat będzie jednostka pomiaru czegoś tam — „kriwoszyja”… Oj, nie mogę!
Ja też opadłem na kanapę.
— I będzie „kriwoszyjometr”, coś w rodzaju omomierza.
— I będą „mikrokriwoszyje”… albo, przeciwnie, „megakriwoszyje”, w skrócie „megakry”… Oj, bo pęknę!
Aż miło wspomnieć, jak rżeliśmy ze śmiechu. Stanowczo nie dorośliśmy do swego odkrycia. Wyśmialiśmy się i powróciła nam powaga.
— Przykłady historyczne oczywiście inspirują — powiedział dubel. — Ale nie o to chodzi. Galvani mógł mylić się co do „elektryczności zwierzęcej”, Seebeck mógł z uporem twierdzić, że w termoparze powstaje nie prąd elektryczny, ale termomagnetyzm — charakter zjawisk przez to się nie zmieniał. Wcześniej czy później dochodziło do odkrycia prawdy, dlatego że wtedy najważniejsza była analiza informacji. Analiza! A my mamy do czynienia z syntezą… I tu przyroda nie może być człowiekowi wzorem: ona buduje swoje układy, a człowiek swoje. Jedyne, co się liczy w tej pracy, to możliwości i cel.
Możliwości mamy. A cel? Celu nie możemy na razie sformułować…
— Cel jest prosty: żeby wszystko było dobrze.
— Znowu? — Dubel spojrzał na mnie. — I znowu zaczyna się to dziecięce gaworzenie na temat: „Co to jest zło, a co dobro?”