125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 28

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 28

— Oj, tylko bez dziecięcego gaworzenia! — jęknąłem. — Będziemy operować tymi dowolnymi pojęciami, mimo że są nieścisłe: dobro, zło, pragnienia, potrzeby, zdrowie, uzdolnienia, głupota, wolność, miłość, smutek, zasady — nie dlatego, że się nam podobają, ale dlatego, że po prostu innych nie ma. Nie ma i już!

— Trudno temu zaprzeczyć. Rzeczywiście, innych nie ma — westchnął dubel. — Och, czuję, co to będzie za robota!

— I omówmy to do końca. Istotnie, trzeba, żeby wszystko było dobrze. Trzeba, żeby wszystkie zastosowania, które da nasze odkrycie ludziom, światu… żebyśmy mieli co do nich pewność, że nie przyniosą ludzkości szkody, lecz tylko korzyści. A o tym, w jakich jednostkach mierzyć korzyść, porozmawiamy kiedy indziej. Ja nie wiem.

— W kriwoszyjach — nie wytrzymał dubel.

— Niech ci będzie! Ale wiem co innego: rola intelektualnego złoczyńcy na skalę światową nie odpowiada mi.

— Mnie też. Mam jednak małe pytanie: czy masz jakiś pomysł?

— Jaki pomysł?

— Pomysł takiego zastosowania maszyny-matki, aby dawała społeczeństwu ludzkiemu tylko dobro. Rozumiesz, że byłby to bezprecedensowy przypadek w historii nauki. Nic, co wynaleziono dotychczas i co nadal się wynajduje, nie ma takiej cudownej właściwości.

Lekarstwem można otruć. Prądem elektrycznym można nie tylko oświetlać domy, ale i torturować. Albo wystrzelić rakietę z głowicą bojową. I tak jest ze wszystkim…

— Na razie nie mam konkretnego pomysłu. Za mało jeszcze wiemy. Będziemy badać maszynę-matkę i szukać takiego sposobu.

Powinien istnieć. To, że nie ma precedensu w nauce, nie jest tak istotne — nasze odkrycie też nie ma precedensu. Przecież będziemy syntetyzować właśnie ten układ, który czyni i dobro, i zło, i cuda, i głupstwa — człowieka!

— Cóż, masz rację — pomyślawszy chwilę zgodził się dubel. — Znajdziemy ten wspaniały sposób albo i nie, ale bez takiego celu nie warto brać się do pracy. Na razie produkuje się ludzi i bez naszej pomocy…

— Więc może zakończymy posiedzenie jak należy i ustalimy zadanie naszej pracy — zaproponowałem. — Podobnie jak pisze się w umowie-zleceniu: my, niżej podpisani — Ludzkość, zwana dalej Zleceniodawcą, z jednej strony i kierownictwo Pracowni Nowych Systemów Instytutu Systemologii w osobach W. Kriwoszeina i W. Kriwoszeina, zwanych dalej Wykonawcą, z drugiej — zawarliśmy niniejszą umowę…

— Co tu będziesz kręcił z umową i tematem zlecenia. Przecież interesy zleceniodawcy tej pracy reprezentujemy my sami. Zróbmy to prościej!

Wstał, zdjął z szafy magnetofon „Astra-2”, postawił go na stole i włączył mikrofon. I obaj — ja, Walentin Kriwoszein, lat trzydzieści cztery, i mój sztuczny sobowtór, który pojawił się na świecie przed tygodniem — dwaj pozbawieni nadmiernych sentymentów, krytycznie myślący ludzie — wypowiedzieliśmy tekst przysięgi.

Dla kogoś patrzącego z boku byłoby to z pewnością pompatyczne i śmieszne. Nie brzmiały fanfary, nie łopotały sztandary, nie zamierały w pozycji na baczność szeregi. Bladło niebo przedświtu, staliśmy przed mikrofonem w samych spodenkach i przeciąg z balkonu ziębił nam nogi… Ale przysięgę złożyliśmy uroczyście. I tak będzie.

Inaczej być nie może.”

Rozdział szósty

Jeżeli po powrocie nocą do domu zamiast wody wypiłeś przez pomyłkę wywoływacz, wypij i utrwalacz, inaczej bowiem dzieło nie będzie doprowadzone do końca.

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 21

„Następnego dnia zaczęliśmy w pracowni budować kamerę informacyjną. Wydzieliliśmy miejsce w pokoju o rozmiarach dwa na dwa metry, otoczyliśmy je płytami z getinaksu i zaczęliśmy tam znosić wszystkie mikrofony, analizatory, sondy, obiektywy — wszystkie czujniki, które poprzednio chaotycznie sterczały z różnych bloków maszyny-matki. Założenie było następujące: żywy obiekt, umieszczony w kamerze, myszkuje, pasie się, walczy z sobie podobnymi albo po prostu porusza się otoczony siecią czujników, które przekazują maszynie informację niezbędną do syntezy.

Żywe obiekty, czyli króliki, po dzień dzisiejszy spokojnie chrupią wczesną inspektową kapustę w klatkach na korytarzu. Między mną a dublem nieustannie wynikały spory — kto ma się nimi zajmować?

Dostałem je od bioników za oscylograf pętlicowy i lampę generacyjną GI-250. Jeden z królików (albinos Waśka) ma na głowie coś w rodzaju korony z brązu, utworzonej przez wszczepione w głąb czaszki elektrody do zapisu elektroencefalogramu.

Siódmego maja zdarzył się drobny, ale przykry incydent. Zwykle dość dokładnie koordynowaliśmy wszystkie sprawy, tak żeby nie pokazać się razem w obecności innych i nie powtarzać się. Ale ta przeklęta pracownia aparatury naukowej każdego by wyprowadziła z równowagi!

Jeszcze zimą złożyłem tam zamówienie na uniwersalny układ czujników biologicznych. Przygotowałem rysunki techniczne, schemat montażowy, pobrałem z magazynu wszystkie potrzebne materiały i detale; pozostał tylko montaż. A oni do tej pory nic nie zrobili!

Układ jest niezbędny do uruchomienia kamery, a nie zanosi się na to, abyśmy go dostali w najbliższym czasie… Rzecz w tym, że kierownicy tej pracowni zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jeden przekazuje sprawy, drugi przyjmuje, oczywiście w takich warunkach trudno pracować. Później nowy kierownik zapoznaje się z sytuacją, przeprowadza reformy i zmiany organizacyjne (nowa miotła dobrze miecie) — i nadal nikt nie pracuje. Tymczasem rozwścieczeni pracownicy innych oddziałów awanturują się, wreszcie idą ze skargą do Azarowa — i nowy kierownik przekazuje sprawy następnemu, który…

i wszystko zaczyna się od początku. Oddziaływałem również bezpośrednio na majstrów, starałem się przekupić ich spirytusem, kombinowałem dla nich deficytowe tranzystory P657 do kieszonkowych odbiorników. Wszystko na próżno.

Wreszcie rezerwy kandydatów na stanowisko kierownika tej pechowej pracowni wyczerpały się i zabrał się do niej Chiłobok. Nie na piękne oczy, a na pół etatu, rzecz jasna.

To jest właśnie cały Chiłobok — będzie kierował czymkolwiek, organizował cokolwiek, kręcił się, koordynował — byle tylko nie stanąć oko w oko z przyrodą, z tymi przerażającymi przyrządami, którym nie można nic nakazać ani zakazać, a które wskazują to, co jest i na „czym trzeba się znać.

Tego dnia ponownie zadzwoniłem do majstra Gawriuszczenki.

Znów usłyszałem mętne ględzenie o braku przewodu montażowego, o łączówkach. Wściekłem się ostatecznie i popędziłem zrobić awanturę Chiłobokowi.

W zapale nie zauważyłem, że docent jest jakby oszołomiony, i wygarnąłem mu wszystko. Zagroziłem, że zamówienie przekażę uczniom i w ten sposób ostatecznie skompromituję pracownię…

Po powrocie zastałem swego kochanego dubla — chodził po pokoju dla uspokojenia wzburzonych nerwów. Okazało się, że pięć minut przede mną był u Chiłoboka i przeprowadził z nim dokładnie taką rozmowę.

Uff… dobrze chociaż, żeśmy się tam nie spotkali.

Zdecydowaliśmy, że w pierwszych doświadczeniach obejdziemy się bez układu. Dla królików wystarczą te czujniki, które już mamy.

A kiedy znowu zajmiemy się obiektem homo sapiens… może wtedy pojawi się już w pracowni aparatury naukowej jakiś sensowny kierownik.

Rada Naukowa zebrała się 16 maja. W przeddzień, wieczorem, jeszcze raz przemyśleliśmy, o czym należy, a o czym nie należy mówić. Zadecydowaliśmy omówić i uzasadnić teoretycznie pierwotną koncepcję, że maszyna elektronowa, wyposażona w przełączające się losowo elementy, może i powinna zmienić swoją strukturę pod wpływem dowolnej informacji. Praca stanowić będzie doświadczalną próbę weryfikacji tej koncepcji. Dla określenia granic, do jakich maszyna może dojść w konstruowaniu samej siebie, niezbędne są takie a takie urządzenia, materiały, przyrządy — wykaz w załączeniu.

— Dla wstępnego przygotowania umysłów, a także dla działu zaopatrzenia powinno wystarczyć — powiedziałem. — Dobrze, więc tak to zreferuję.

— A dlaczego właściwie ty? — dubel bojowo uniósł prawą brew.

— Do sprzątania po królikach to ja, a na Radę Naukową — ty? Cóż to za dyskryminacja sztucznych ludzi! Żądam losowania!

…I tak się stało, że bez powodu oberwałem naganę za nietaktowne zachowanie się podczas posiedzenia Rady Naukowej Instytutu oraz za impertynencję w stosunku do profesora, doktora nauk technicznych H. Woltampernowa”.

Nie, to naprawdę przykre. Żeby to choć na mnie rzucił się eks-orzeł elektroniki lampowej, zasłużony działacz w zakresie nauki i techniki, doktor nauk technicznych, profesor Hipolit Woltampernow (ach, czemu nie zostałem konferansjerem!) ze słowami: „A czy wiadomo inżynierowi Kriwoszeinowi, który proponuje nam powierzenie maszynie, aby dowolnie, że tak powiem, bez steru i żagla, jak jej się podoba, konstruowała siebie, czy wiadomo mu, jaki ogromny i, pozwolę sobie powiedzieć, przemyślany — tek, właśnie przemyślany! — wysiłek wkładają najbardziej wykwalifikowani specjaliści naszego Instytutu w projektowanie urządzeń liczących? W opracowanie bloków tych urządzeń! I elementów tych układów?!! A czy ma pojęcie wulgaryzujący tu przed nami zagadnienie inżynier choćby o metodyce, że tek powiem, optymalnego projektowania triggera na lampie 6N5? I czy nie wydaje się inżynierowi Kriwoszeinowi, że swoimi domniemaniami, jakoby maszyna, że tak powiem, miałaby dać sobie radę z optymalnym konstruowaniem lepiej niż specjaliści, że tymi domniemaniami znieważa znaczną liczbę pracowników naszego Instytutu, wykonujących, pozwolę sobie powiedzieć, ważne dla gospodarki narodowej zadania? Czy inżynier mógłby mi odpowiedzieć na pytanie, co to da…” — przy czym za każdym razem słowo „inżynier” brzmiało w profesorskich ustach jak coś pośredniego pomiędzy „student” a „sukinsyn”.

Żebym to choć ja w swojej odpowiedzi przypomniał szanownemu profesorowi, że widocznie podobnego typu odczucia kierowały jego piórem w przeszłości, gdy pisał swoje demaskatorskie artykuły o „reakcyjnej pseudonauce cybernetyce”, a później zmiana kierunku wiatru zmusiła go do zajęcia się pracą. Jeżeli profesor obawia się, że w przypadku zrealizowania mojej koncepcji zostanie bez pracy, to bezpodstawnie, w ostateczności zawsze może powrócić do paranaukowej publicystyki. I w ogóle czas już zrozumieć, że postęp w nauce osiąga się przez rzeczowe dyskusje, a nie za pomocą demagogicznych naskoków cynicznych krzykaczy…

Właśnie po tych, utrwalonych w stenogramie z posiedzenia słowach Woltampernow zaczął kurczowo ziewać i gorączkowo sięgać do górnej kieszeni marynarki.

Ależ, obywatele, przecież to nie byłem ja! Referat wygłaszał stworzony dokładnie według proponowanej metodyki mój sztuczny sobowtór… Potem przez trzy dni chodził zły i zmieszany.

Ale właściwie można go zrozumieć.

Przypadkiem jednak w tej samej chwili, kiedy podpisana przez Azarowa nagana dotarła do kancelarii, w pobliżu znalazłem się właśnie ja. I to do mnie przy licznym audytorium zawołała, wyjrzawszy przez drzwi, nieokrzesana kierowniczka kancelarii Agłaja Garaża.

— Towarzyszu Kriwoszein, tu jest dla was nagana! Wejdźcie i pokwitujcie!

A ja potulnie wszedłem i pokwitowałem… Czyż to nie pech?

Zresztą co tam nagana. Najważniejsze, że temat został zatwierdzony! Popierał go sam Azarow. „Interesująca koncepcja — powiedział — i dość prosta, można spróbować.” „Ale przecież to zadanie się nie algorytmuje, panie profesorze” — sprzeciwił się docent Pryszczepa, najbardziej ortodoksyjny matematyk w naszym Instytucie.

„To co, jak się nie algorytmuje, to znaczy, że go nie ma? — odparował profesor. (Słuchajcie, słuchajcie!) — W naszych czasach algorytm poszukiwania naukowego nie ogranicza się do zbioru reguł logiki formalnej.” No, no! Przecież Azarow zawsze patrzył niechętnym okiem na poszukiwania losowe — o tym to wiem dobrze. Co to może znaczyć? Czyżby dubel pokonał go logiką swojego referatu? A może w psychice szefa zrodziła się wreszcie naukowa tolerancja?

Jeśli tak, to dogadamy się z nim.