125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 29

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 29

Słowem, było osiemnaście „za”, jedno (Woltampernow) „przeciw”. Ostrożny Pryszczepa wstrzymał się od głosu. Dubel, jako nie posiadający stopnia ani tytułu naukowego, w głosowaniu udziału nie brał. Nawet Chiłobok głosował za. On również wierzy w powodzenie naszej pracy. Dobrze, Harry, nie nawalimy!

Przy okazji dubel przyniósł wstrząsającą nowinę — Chiłobok pisze pracę habilitacyjną!

— A na jakiż to temat?

— Temat utajniony. Rada Naukowa przyjęła porządek dzienny następnego posiedzenia, w którym był punkt „Ocena pracy na uzyskanie stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk technicznych H. Chiłoboka”. Temat tajny, więcej — ściśle tajny. Jak widzisz, siedzimy w pracowni, a życie naukowe toczy się mimo nas.

— Temat tajny, to znakomite! — Odłożyłem z wrażenia lutownicę. Byliśmy w pracowni, montowaliśmy czujniki w kamerze. — Spryciarz! Ani jawnych publikacji, ani audytorium na obronie… tss, towarzysze, ściśle tajne! Wszyscy go obchodzą i zawczasu czują szacunek.

Wiadomość dotknęła mnie do żywego. Ja doktoratu nie mogę zrobić, a z tego robią docenta. I zrobią, technika znana: bierze się opracowywany (albo już opracowany) gdziekolwiek układ albo konstrukcję, owija się to w kompilacyjny bełkot z wykorzystaniem tajnych źródeł. Za rękę nikt go nie złapie…

— E, co tam. W końcu nie on pierwszy i nie ostatni! — zabrałem się znowu do lutowania. — Jeszcze nad nim się zastanawiać… mamy dość własnej pracy.

— Do tego jeszcze głosował za naszym tematem — podtrzymał mnie dubel. — Swój chłop! Oczywiście, można by spróbować go…

tego… ale czy warto?

W ogóle było nam odrobinkę nijako. Zawsze czuję się nijako, gdy obserwuję sukcesy pnącego się w górę cwaniaka. Odczuwam wtedy niezadowolenie i zaczynam gardzić sobą za „roztropną” bierność… Ale przecież rzeczywiście — gra nie warta świeczki. Mamy przed sobą poważną pracę, a moja pozycja jest niezbyt mocna. Czy warto się mieszać? W dodatku zaczynać z Chiłobokiem… Kiedyś próbowaliśmy z Iwanowem przyłapać go na plagiacie. Walerka wystąpił na seminarium i wszystko wykazał. Jedynym sukcesem było to, że Rada Naukowa poleciła Chiłobokowi przepracować artykuł. Ależ dał nam potem szkołę…

I w ogóle te towarzyskie mordobicia z wciąganiem osób postronnych, rozróby, po których ludzie przestają się sobie kłaniać, to nie dla mnie. Kiedy dzieje się coś takiego, mam nieprzepartą ochotę uciec do laboratorium, włączyć przyrządy, notować wyniki pomiarów i w ten sposób przynosić jakiś pożytek… Żeby to można było chiłoboków zwalczać metodą laboratoryjną, wysiłkiem myśli inżynierskiej…

A warto by się zastanowić. Fakt, że woltampernowie i chiłobokowie wyjeżdżają na szeroki trakt nauki, świadczy o wyraźnym niedoborze mądrych ludzi. I to w nauce, gdzie intelekt jest podstawowym kryterium wartości człowieka. A gdzie indziej? Wywiesza się ogłoszenia: „Potrzebni tokarze…”, „Poszukuje się inżynierów i techników, księgowych i zaopatrzeniowców…” A nikt nie napisze:

„Potrzebni mądrzy ludzie. Mieszkanie zapewnione”. Wstydzą się, czy co? A może nie mają mieszkań? Na początek można by i bez mieszkań… Przecież nie da się ukryć, że mądrzy ludzie są naprawdę potrzebni! I w grupie A, i w grupie B, i w nadbudowie. Są niezbędni do życia i rozwoju społeczeństwa.

— Trzeba… dublować mądrych ludzi! — wypaliłem. — Mądrych, energicznych, przyzwoitych! Ach, Walka, to murowane zastosowanie naszego odkrycia!

Spojrzał na mnie z nie skrywaną zawiścią.

— Ubiegł mnie, szelma…

— I dla tych ludzi będzie to jakby nagroda za życie — ciągnąłem.

— Jesteś potrzebny społeczeństwu, pracujesz twórczo, żyjesz uczciwie — dobrze, stworzymy jeszcze jeden egzemplarz! Albo nawet kilka, pracy starczy dla wszystkich. Wtedy chiłobokowie będą musieli się usunąć…

Myśl ta przywróciła nam szacunek do siebie. Znowu poczuliśmy się na wysokości zadania i przez cały ten dzień marzyliśmy o tym, jak będziemy rozmnażać utalentowanych uczonych, pisarzy, muzyków, wynalazców, bohaterów… To była niezła myśl!”

Rozdział siódmy

Fakt naukowy dźwięk „a” wymawia się bez napinania mięśni języka, po prostu dzięki samemu wydechowi. Jeżeli przy tym zamyka się i otwiera usta, uzyskuje się dźwięk: „ma…ma…” Takie jest pochodzenie pierwszego słowa dziecka.

Wynika z tego. że niemowlę idzie po linii najmniejszego oporu. Z czego więc cieszą się rodzice?

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 53

„Przez pierwsze tygodnie patrzyłem mimo wszystko na dubla z obawą — a nuż nagle rozpadnie się, rozsypie, zwariuje? Ostatecznie jest sztuczny, nic nie wiadomo… Ale gdzie tam! Wieczorami, zmęczony pracą w laboratorium, łapczywie żarł kiełbasę z kefirem, z przyjemnością pluskał się w wannie, lubił zapalić przed snem, zupełnie jak ja.

Po incydencie z Chiłobokiem co rano dokładnie uzgadnialiśmy, gdzie który z nas pójdzie, czym się będzie zajmował, w jakiej kolejności pójdziemy da stołówki. Doszło nawet do tego, że ustaliliśmy, o której godzinie każdy z nas ma przechodzić przez portiernię, żeby Wachtiorycz zdążył zapomnieć, że jeden Kriwoszein już przechodził. Wieczorami opowiadaliśmy sobie o spotkaniach i rozmowach.

Tylko o Lenie nie mówiliśmy. Tak jak gdyby jej nie było. Nawet jej fotografię schowałem do szuflady. A ona obrażona nie dzwoniła ani nie przychodziła do mnie. i ja nie dzwoniłem. I on też nie dzwonił… Ale Lena mimo wszystko istniała.

A maj uciekał, poetyczny południowy maj — z błękitnymi wieczorami, ze słowikami w parku i wielkimi gwiazdami nad koronami drzew. Osypały się świeczniki kasztanów, w parku zakwitła akacja.

Jej słodki, odurzający zapach przenikał do pracowni, rozpraszał nas.

Czuliśmy się obaj pokrzywdzeni. Ach, Leno, ukochana, gorąca, czuła, zapamiętała w miłości Leno, czemu ty jesteś tylko jedna?

No proszę, jakie młodzieńcze uczucia wzbudziło we mnie pojawienie się dubla-rywala! Dotychczas był to zwyczajny związek dwojga doświadczonych przez życie (ludzi. (Lena rok temu rozwiodła się. Ja przeżyłem kilka lirycznych rozczarowań, po których zdecydowanie postanowiłem pozostać kawalerem.) Taki związek rodzi się w wynika nie tyle wzajemnego pociągu, ile z samotności. W takim związku nikt nie oddaje się partnerowi całkowicie.

Z przyjemnością spotykaliśmy się, staraliśmy się interesująco spędzać czas. Ona pozostawała u mnie albo ja u niej. Rano czuliśmy się trochę skrępowani i rozstawali się z ulgą. Później mnie znowu ciągnęło do niej, ją do mnie… itd. Zachwycałem się jej urodą (pochlebiało mi, gdy mężczyźni patrzyli na nią na ulicy lub w restauracji), ale nierzadko nużyły mnie rozmowy z nią. A ona… któż zrozumie duszę kobiety?! Często miałem wrażenie, że Lena oczekuje ode mnie czegoś wielkiego, ale nie starałem się zrozumieć, czego właściwie… A teraz, kiedy zacząłem się obawiać, że mogę Lenę stracić, poczułem nagle, że jest mi niezwykle potrzebna, że bez niej moje życie stanie się puste. Wszyscy tacy jesteśmy!

Tymczasem montaż kamery posuwał się. W skomplikowanej pracy ważne jest, aby się wzajemnie rozumieć. Pod tym względem było idealnie. Nie potrzebowaliśmy wyjaśniać sobie niczego. Po prostu jeden zastępował drugiego i prowadził dalej montaż. Nie posprzeczaliśmy się ani razu, jak ustawiać czujniki, gdzie umieszczać przełączniki i ekrany.

— Słuchaj, czy ciebie nie niepokoi ta nasza idylla? — zapytał kiedyś dubel zmieniając mnie w pracy.. — Żadnych pytań, żadnych wątpliwości. Jak tak dalej pójdzie, to i w pomyłkach będziemy wykazywać pełną zgodność poglądów.

— Cóż zrobić! Mamy przecież cztery ręce, cztery nogi, dwa żołądki, ale tylko jedną głowę na dwóch — jednakowe wiadomości, jednakowe doświadczenie życiowe…

— Bywało tak, że nie zgadzaliśmy się ze sobą!

— Po prostu wspólnie rozmyślaliśmy. Spór można prowadzić nawet z samym sobą. Myśli człowieka to tylko możliwe warianty postępowania, często ze sobą sprzeczne. Ale postępować chcemy jednakowo.

— Ta-ak — powiedział dubel w zamyśleniu. — To wszystko na nic!

Teraz nie pracujemy, ale bezmyślnie orzemy: dodatkowa para rąk oznacza zwiększenie wydajności pracy. A nasze główne zajęcie to przecież myślenie. I w tym… Słuchaj no, ty pierwowzorze, trzeba, żebyśmy się zaczęli różnić!

Nie wyobrażałem sobie, do jak poważnych następstw doprowadzi ta niewinna rozmowa. A następstwa, jak to się mówi, nie kazały na siebie długo czekać.

Zaczęło się od tego, że dubel kupił na straganie z książkami, w pobliżu Instytutu, podręcznik fizjologii człowieka dla studentów wyższych szkół wychowania fizycznego. Nie podejmuję się odgadnąć, czy rzeczywiście postanowił stać się odmiennym ode mnie, czy też podobała mu się jasnozielona okładka ze złotym tłoczeniem, ale zaledwie otworzył książkę, zaczął mamrotać: „O, cholera!”, „No, no…” — jak gdyby czytał pasjonujący kryminał, a potem zaczął nękać mnie pytaniami.

— Wiesz, że komórki nerwowe osiągają długość do jednego metra?

— Wiesz, czym kieruje układ nerwowy współczulny?

— Wiesz, co to jest hamowanie pozakresowe?

Oczywiście, nie wiedziałem. A on z całą żarliwością neofity tłumaczył, że układ współczulny reguluje czynności narządów wewnętrznych, że hamowanie pozakresowe rozwija się w komórkach nerwowych, kiedy siła bodźca przekracza dopuszczalną granicę…

— Rozumiesz, komórka nerwowa może przestać reagować na silny bodziec, aby nie ulec uszkodzeniu! Tranzystory tego nie potrafią!

Następnie nakupił całą masę książek i czasopism biologicznych, czytał je zapamiętale, cytował fragmenty, które mu się bardziej podobały, i obrażał się, że nie podzielam jego zachwytów… A dlaczego właściwie miałbym się zachwycać!”

Doktorant Kriwoszein odłożył dziennik. Tak. właśnie tak się wszystko zaczęło. Wśród suchych akademickich tekstów biologicznych książek i prac naukowych niespodziewanie odczuł to zetknięcie z istotą rzeczy, które wcześniej przeżywał tylko czytając dzieła wielkich pisarzy; kiedy, wnikając w przeżycia i uczynki wymyślonych postaci, nagle dowiadywał się czegoś o sobie samym. Wtedy nie uświadamiał sobie, dlaczego wiadomości z zakresu fizjologii tak do niego przemówiły. Ale rozczarowało go bardzo, że Kriwoszein-pierwowzór odniósł się do tego obojętnie. Jak to? Przecież byli jednakowi, a więc i to powinni przyjmować tak samo… A więc on, sztuczny Kriwoszein, jest inny?

Był to pierwszy sygnał.

„…Po tym, jak siedząc nad książką do świtu, dwukrotnie zaspał i spóźnił się do pracy, nie wytrzymałem.

— Zainteresowałbyś się mineralogią albo ekonomiką produkcji, jeżeli już tak bardzo chcesz być i n n y! Przynajmniej chodziłbyś normalnie spać.

Rozmowa toczyła się w pracowni, gdzie dubel pojawił się o godzinie pierwszej w południe, zaspany i nie ogolony. Ja zdążyłem się oskrobać. Taka niezgodność wystarczyłaby, żeby zaskoczyć znajomych w Instytucie.

Zdziwiony spojrzał na mnie z góry.