125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 30

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 30

— Powiedz, co to za ciecz? — zapytał wskazując zbiornik. — Co się w niej znajduje?

— Związki organiczne, a bo co?

— Nie najlepiej. A do czego maszynie-matce był potrzebny amoniak i kwas fosforowy? Pamiętasz, maszyna wystukiwała wzory i ilości, a ty latałeś jak szalony po sklepach i kupowałeś. Nie wiesz, po co? Mogę ci wyjaśnić: do syntezy kwasu adenozynotrójfosforowego i fosfokreatyny — źródeł energii mięśniowej. Teraz już wiesz?

— Wiem. A benzyna? A rodanek wapniowy? A fiolet metylowy?

A jeszcze ze trzysta innych odczynników?

— Na razie nie wiem. Trzeba studiować biochemię…

— Aha… To teraz ja ci wyjaśnię, po co zdobywałem te wszystkie świństwa: spełniałem logiczne warunki eksperymentu, przestrzegałem reguł gry i tyle. Nic nie wiedziałem o tym twoim superfosfacie.

A maszyna też na pewno nie wiedziała, że wzory, które wystukiwała w kodzie dwójkowym, tak się mądrze nazywają, dlatego że przyroda składa się nie z nazw, lecz ze związków o określonej strukturze.

Niemniej jednak żądała amoniaku, kwasu fosforowego i cukru, a nie wódki czy strychniny. Własnym rozumem, bez podręczników doszła do tego, że wódka to trucizna. Ciebie zresztą zbudowała nie według podręczników czy encyklopedii medycznej, ale zgodnie z prawami przyrody…

— Niepotrzebnie tak się rzucasz na biologię. W niej właśnie jest to, co nam jest potrzebne — wiadomości o życiu, o człowieku. Na, przykład… — bardzo chciał mnie przekonać, widać to było z jego zapału — czy wiesz, że odruchy warunkowe powstają tylko wtedy, gdy bodziec warunkowy poprzedza bezwarunkowy? Przyczyna poprzedza skutek, rozumiesz? W układzie nerwowym przyczynowość świata jest utrwalona pełniej niż w pracach filozofów! W biologii używa się ściślejszych terminów niż w języku potocznym. No, jak to się pisze w powieściach? „Od nieuświadomionego lęku rozszerzyły mu się źrenice i szybciej, zaczęło bić serce”. A cóż tu jest do uświadamiania, po prostu został pobudzony układ współczulny!

O, proszę… — pośpiesznie kartkował swoją zieloną biblię. — „…pod wpływem impulsów przebiegających w nerwach współczulnych zachodzi: a) rozszerzenie źrenicy wskutek skurczu włókien mięśnia promienistego tęczówki, b) przyspieszenie i zwiększenie siły skurczów serca…” O, to już bliższe prawdy, co?

— Nie ma dwóch zdań, że bliższe, tylko o ile? Czy nie sądzisz, że gdyby biolodzy doszli do poważnych osiągnięć w swojej dziedzinie, to oni zsyntetyzowaliby człowieka, a nie my?

— Ale na podstawie ich wiedzy możemy go zanalizować.

— Zanalizować! — Przypomniałem sobie „streptocydowy strip tease…”, swoje bezpłodne, graniczące z szaleństwem wysiłki, ognisko z taśm perforowanych — i poniosło mnie. — Dobra! Rzucamy robotę, wkuwamy wszystkie podręczniki i poradniki recepturowe, nauczymy się mnóstwa terminów, dojdziemy do stopni naukowych, łysin i za trzydzieści lat powrócimy do naszej pracy po to, żeby poprzyklejać etykietki! To fosfokreatyna, to białko roślinne… sto miliardów nazw.

Próbowałem już analizować twoje pojawienie się i zupełnie mi wystarczy. Diabli wiedzą, dokąd zaprowadziłaby nas ta analiza.

Jednym słowem, nie udało nam się porozumieć. Był to pierwszy przypadek, kiedy każdy z nas pozostał przy swoim zdaniu. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego on, inżynier, systemolog, elektronik…

słowem, ja sam, zainteresował się biologią. Mamy przecież układ doświadczalny, jakiego w żadnej pracowni biologicznej się nie znajdzie; trzeba tylko przeprowadzać doświadczenia, porządkować wyniki i obserwacje, ustalać prawidłowości ogólne, właśnie ogólne, informacyjne! W porównaniu z tym biologia jest krokiem wstecz.

Tak robią wszyscy. I tylko w ten sposób możemy nauczyć się, jak sterować maszyną-matką, przecież to jest przede wszystkim maszyna informacyjna. Spory ciągnęły się przez następne dni. Gorączkowaliśmy się, atakowali wzajemnie. Obaj przytaczaliśmy argumenty dla poparcia własnych poglądów.

— Technika nie powinna kopiować przyrody, ale ją uzupełniać.

Chcemy dublować porządnych ludzi. A jeżeli taki człowiek jest kulawy? Albo stracił rękę na froncie? Albo ma zniszczone zdrowie?

Przecież na ogół wartość człowieka w społeczeństwie poznaje się, gdy jest on w dojrzałym wieku, a często jeszcze później — i zdrowie już nie takie, i psychika… I co, wszystko to mamy kopiować?

— Nie. Należy wynaleźć sposób naprawiania tych defektów w dublach. Żeby byli zdrowi, świetnie zbudowani, piękni…

— No widzisz!

— Co „widzisz”?

— No przecież, żeby poprawiać duble, musimy mieć informację biologiczną o prawidłowej budowie ciała, o przyzwoitym wyglądzie zewnętrznym. Biologiczną!

— A tego to już nie rozumiem. Jeżeli maszyna bez żadnego przygotowania biologicznego syntetyzuje c a ł e g o człowieka, to po co jej ta informacja, gdy będzie budowała część człowieka? Przecież opierając się na biologii nie zbudujesz ani człowieka, ani jego ręki… Dziwaku, czy ty nie rozumiesz, że nie możemy wnikać we wszystkie szczegóły budowy organizmu ludzkiego? Nie możemy, zagubimy się w tym, przecież tych szczegółów są nieprzeliczone miliardy i nie ma nawet dwu jednakowych ludzi! Przyroda nie pracuje według norm przemysłowych. Dlatego poprawianie dubli powinno sprowadzać się do dostrajania maszyny-matki według uogólnionych cech zewnętrznych… mówiąc po prostu do regulacji pokrętłami!

— No, wiesz! — dubel rozkładał ręce i odchodził.

Ja też rozkładałem ręce i odchodziłem w innym kierunku.

Ta sytuacja zaczynała nam działać na nerwy. Zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Rozbieżność poglądów co do dalszej pracy to nic strasznego; ostatecznie można próbować i tak, i owak, a wyniki rozstrzygną, kto miał rację. Niepojęte było, że my nierozumieliśmy się! My — dwaj informacyjnie identyczni ludzie. Czy istnieje wobec tego w ogóle obiektywna prawda?

Zacząłem (wtedy, kiedy dubel pracował w laboratorium) zaglądać do zebranych przez niego dzieł biologicznych. Myślałem, że może naprawdę nie rozsmakowałem się w tej nauce, kierując się starą, sięgającą jeszcze czasów szkolnych niechęcią, a teraz przeczytam, zasmakuję i będę mamrotał z zachwytem: „No, no…” Ale nie, nie zasmakowałem. Nie ulega wątpliwości, że ta interesująca nauka zawiera dużo pouczających szczegółów (ale tylko szczegółów!) o pracy ustroju, że jest dobra dla ogólnego rozwoju, ale to nie to, czego potrzebujemy. Jest opisowa i nieprecyzyjna, jak geografia. Co on w niej widzi?

Jestem inżynierem; to wszystko wyjaśnia. Przez dziesięć lat pracy moja psychika zżyła się z maszynami i wśród nich czuję się pewnie.

W maszynach wszystko podlega władzy rozumu i rąk, wszystko jest określone: tak to „tak”, nie to „nie”. A u ludzi jest inaczej: „Tak, ale…” — po czym następuje zdanie, przekreślające to „tak”. A przecież dubel jest mną.

Unikaliśmy już tego męczącego sporu, pracowaliśmy w milczeniu. Może wszystko się jeszcze ułoży i zrozumiemy się nawzajem…

Kamera informacyjna była prawie gotowa. Jeszcze dzień lub dwa i będzie można wpuścić do niej króliki. I wtedy zdarzyło się to, co wcześniej czy później musiało się zdarzyć: w laboratorium zadzwonił telefon.

Telefon dzwonił i przedtem. „Panie inżynierze, proszę do pierwszego czerwca dostarczyć wykaz zużytych odczynników, bo będziemy musieli wstrzymać wydawanie nowych z magazynu!” — to z księgowości. „Towarzyszu Kriwoszein, wpadnijcie na pierwszy oddział” — od Johanna Klappa. „Staruszku, pożycz akumulator srebrowo-niklowy na tydzień!” — prosił miły chłopak, Fenia Zagrebniak. I tak dalej. Ale to był zupełnie inny telefon. Na twarzy dubla, gdy tylko podniósł słuchawkę i powiedział: „Słucham, Kriwoszein”, pojawił się wyraz cielęcego szczęścia.

— Tak, Lenko — nie powiedział, ale zagruchał. — Tak… No, co ty, malutka, nie, oczywiście… codziennie o każdej porze!

Z płaskoszczypami w ręce zamarłem obok kamery. W mojej obecności uwodzono moją ukochaną kobietę. Ukochaną! Teraz wiedziałem o tym doskonale. Zrobiło mi się gorącu. Kaszlnąłem ochryple. Dubel podniósł na mnie zamglone, nieprzytomne spojrzenie i opamiętał się. Spochmurniał.

— Sekundę, Lena… — i podał mi słuchawkę. — Masz. To właściwie do ciebie.

Chwyciłem słuchawkę i zawołałem:

— Słucham, Lenoczka, słucham…

Opis tego, o czym z nią rozmawiałem, jest zresztą zbędny. Okazało się, że wyjeżdżała w delegację i wróciła dopiero wczoraj.

Oczywiście przykro jej było z powodu świąt. Czekała na mój telefon…

Kiedy odłożyłem słuchawkę, dubla w pracowni nie było. Ja też straciłem ochotę do pracy. Zamknąłem budynek i pogwizdując poszedłem do domu, ogolić się i przebrać.

Dubel pakował walizkę.

— Dokąd?

— Na wieś do ciotki, w głuszę, do Saratowa! Do Władywostoku, zlizywać bryzgi! Nie twoja sprawa.

— Nie, bez żartów, dokąd? O co chodzi?

Podniósł głowę, popatrzył na mnie spode łba.

— Czy ty naprawdę nie rozumiesz, o co chodzi? No cóż, jasne, nie jesteś mną.

— Nie, dlaczego? Przecież ty jesteś mną, a ja jestem tobą. W każdym razie taka była sytuacja wyjściowa.