125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 32

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 32

Obraz ten nie był błędny, ale po prostu powierzchowny. I wystarczał ini, dopóki fakty potwierdzały, że są identyczni i zewnętrznie, i w myślach, i w czynach. Ale gdy pojawiły się między nimi nie dające się usunąć różnice w poglądach na zastosowanie biologii w pracy, konstrukcję tę trzeba było odrzucić.

Tak, właśnie ta niemożność porozumienia, a nie tylko pociąg do biologii (który Kriwoszeinowi II mógłby przejść nawet bez następstw), stała się dla odkrycia tym właśnie, czym niezmienność prędkości światła była dla teorii względności. Człowiek nigdy nie wie, co w nim jest banalne, a co oryginalne. Można to określić tylko porównując się z innymi. A Kriwoszein-dubel w odróżnieniu od zwykłych ludzi miał możność porównania się nie tylko ze znajomymi, lecz także ze swoim „wzorcem”.

Obecnie doktorant Kriwoszein rozumiał jasno, na czym polegała różnica między nimi. Różniły się sposoby ich rozwoju. Walentin Kriwoszein powstał ponad trzydzieści lat temu podobnie jak wszystkie żywe istoty — z zarodka, w którym dzięki określonemu układowi cząsteczek białkowych i rodników zakodowany, był udoskonalany przez tysiące wieków i tysiące pokoleń program budowy organizmu ludzkiego. Natomiast maszyna-matka, która mimo że pracowała według indywidualnej, zawartej w Kriwoszeinie, ale jednak dość dowolnej informacji, musiała od nowa poszukiwać zarówno ogólnych reguł budowy, jak wszystkich szczegółów biologicznego układu informacyjnego. I znalazła w końcu inną niż przyroda drogę — „montaż” biochemiczny zamiast rozwoju embrionalnego.

Tak, teraz rozumie wiele. W ciągu roku przeszedł drogę od wrażeń do wiedzy, a od wiedzy do władania swoim organizmem. A wtedy… Wtedy był tylko nieodparty pociąg do biologii i nie dająca się wyrazić słowami pewność, że należy szukać właśnie tu. Nawet Kriwoszeinowi nie mógł niczego sensownie wytłumaczyć.

Do Moskwy przyjechał z niejasnym poczuciem, że jest z nim coś nie w porządku. Był zdrowy i fizycznie, i psychicznie, ale odczuwał potrzebę przeanalizowania swoich wrażeń. I upewnienia się, że wrażenia te to nie natręctwa myślowe, nie hipochondryczne urojenia, lecz rzeczywistość.

Pracował tak intensywnie, że dni spędzone w Instytucie w Dnieprowsku mógł wspominać jak urlop. Wykłady, laboratorium, prosektorium, biblioteka, wykłady, kolokwia, laboratorium, wykłady, klinika, biblioteka, laboratorium… W ciągu pierwszego semestru nie opuścił ani razu terenu Uniwersytetu. Tylko przed snem wychodził na taras nad stromym brzegiem rzeki Moskwy zaciągnąć się papierosem i popatrzeć na światła miasta, stapiające się na horyzoncie z wygwieżdżonym niebem.

Szarooka, nieco podobna do Leny studentka drugiego roku siadywała obok niego podczas wykładów. Pewnego razu zapytała: „Pan taki poważny… pewnie po wojsku?” „Po odsiadce” — odpowiedział, groźnie wysuwając szczękę. Dziewczyna przestała się nim interesować. Trudno, na dziewczyny trzeba mieć czas.

…I w każdym doświadczeniu, przy każdym pomiarze utwierdzał się we własnych przekonaniach. Tak, na przekroju pęczka nerwowego, biegnącego z mózgu do przysadki, rzeczywiście można naliczyć pod mikroskopem około stu tysięcy włókien. A więc naprawdę mózg precyzyjnie steruje czynnością przysadki. Tak, jeżeli małpie razem z papką bananową poda się izotop wapnia, emitujący promienie beta, a następnie mierzy promieniowanie w jej wydalinach licznikiem Geigera, to rzeczywiście można stwierdzić, że tkanka kostna odnawia się w przybliżeniu dwukrotnie w ciągu roku. Tak, jeżeli wprowadzi się mikroelektrody do włókna nerwowego biegnącego do mięśnia, a wzmocnione prądy czynnościowe skieruje do słuchawki, to można usłyszeć rytmiczne salwy lub drobne trzeszczenie impulsów nerwowych, a charakter tych dźwięków odpowiada temu, co się odczuwa! Tak, komórki naskórka rzeczywiście wędrują ku powierzchni, zmieniają swą strukturę i wreszcie giną, złuszczają się i ustępują miejsca następnym.

Badał również swoje ciało. Pobierał próbki krwi i limfy, pobrał także z prawego uda wycinek tkanki mięśniowej i dokładnie zbadał go najpierw w mikroskopie świetlnym, a później i w elektronowym.

Oczernił sam siebie po to, aby w klinice wykonano mu przykry zabieg pobrania płynu mózgowordzeniowego dla rozpoznania kiły… I stwierdził, że jego organizm pod każdym względem jest w normie.

Nawet ilość i przebieg nerwów w jego tkankach były takie same jak w preparatach prosektoryjnych. Nerwy biegły do mózgu, ale tam z pomocą techniki laboratoryjnej nie mógł się dobrać: zbyt wielu elektrod wprowadzonych do mózgu i oscyloskopów musiałby użyć, aby poznać samego siebie. I czy to w ogóle możliwe? Czy nie wyszedłby znowu „streptocydowy strip tease”, tym razem zapisany nie w kodzie dwójkowym, ale w falistych krzywych elektroencefalogramu?

Fakt, że żywy człowiek bada żywe organizmy, ale nie może nawet z pomocą przyrządów sięgać po tajemnice swego własnego wnętrza, jest paradoksalny. Nie chodzi tu przecież o odkrycie niewidzialnych radiogwiazd ani o syntezę antymaterii — cala informacja znajduje się już w człowieku. Trzeba tylko przełożyć kod cząsteczek, komórek i impulsów nerwowych na kod drugiego układu sygnałów — na słowa i zdania.

Słowa i zdania są konieczne (a i to nie zawsze) po to, aby jeden człowiek mógł zrozumieć drugiego. Ale czy są one konieczne, gdy trzeba zrozumieć samego siebie? Tego nie wiedział. Dlatego wykorzystał wszystko — badania z użyciem przyrządów, pracę wyobraźni, lekturę, analizę wrażeń subiektywnych, rozmowy z Androsjaszwilim i innymi wykładowcami, obserwacje chorych w klinice, sekcje…

Wszystkie argumenty, których Androsjaszwili użył w pamiętnej grudniowej rozmowie, były słuszne, gdyż opierały się na jego wiedzy o życiu i wierze w niezaprzeczalną celowość wszystkiego, co stworzyła przyroda.

Jednego tylko profesor nie wiedział: że rozmawia ze sztucznym człowiekiem.

Nawet wątpliwości profesora co do powodzenia jego zamierzeń były całkowicie uzasadnione, gdyż Kriwoszein zaczął właśnie od próby technicznego, „maszynowego” rozwiązania. Wtedy, w grudniu, zaczął przecież projektować „induktor wymuszonych potencjałów bioelektrycznych” — rozwinięcie koncepcji „czapki Monomacha”. Setki tysięcy mikroelektrod połączonych z matrycami uczącego się automatu, na którym w pracowni bioniki modelowano odruchy warunkowe, miały przekazywać komórkom mózgu dodatkowe ładunki, wprowadzać do nich poprzez czaszkę sztuczne prądy czynnościowe i w ten sposób łączyć „myślowe” okolice kory z wegetatywnym układem nerwowym.

Kriwoszein uśmiechnął się: dziwak, tak prymitywnym urządzeniem chciał udoskonalić swój organizm! Dobrze chociaż, że nie zarzucił badań fizjologicznych z tego powodu.

…Podczas sekcji zwłok ożywiał je w myśli. Wyobrażał sobie, że to on sam leży na stole w sali sekcyjnej, że to jego białe włókna nerwowe skręcają się w wiązki nerwów, biegną ku kręgosłupowi, do rdzenia kręgowego i dalej do czaszki. Inne włókna biegną wśród mięśni i chrząstek ku fioletowemu, pokrytemu pasmami żółtego tłuszczu sercu, ku wodnistym gronom ślinianek podszczękowych, ku szarym strzępkom zapadniętych płuc. Po nich przesyłane są sygnały-rozkazy: niech się skurczą mięśnie, niech przyspieszy się praca serca, niech gruczoły ślinowe wycisną ślinę!

W stołówce studenckiej w taki sam sposób śledził wędrówkę każdego kęsa do żołądka, starał się wyobrazić i odczuć, jak tam, w ciemnej czeluści, pokarm jest powoli rozdrabniany przez mięśnie gładkie, rozkładany przez kwas solny i enzymy, jak wchłania się przez ściany jelit żółta, mętna, półpłynna masa — i niekiedy siedział po dwie godziny nad ostygłym sznyclem.

Były to właściwie wspomnienia. Dziewięć dziesiątych swojego odkrycia zawdzięczał temu, że przypomniał sobie i zrozumiał to, co wiedział już przedtem.

Maszyna-matka nie potrzebowała zaczynać od zarodka — dysponowała wystarczającą ilością materiału, aby „zmontować” dorosłego człowieka. O to zatroszczył się Kriwoszein-pierwowzór. Początkowo w zbiorniku w nie zorganizowanym środowisku biologicznym krążyły tylko „prądy błądzące” i „wędrujące potencjały” z obwodów zewnętrznych. Te obrazowe pojęcia z zakresu elektrotechniki teoretycznej w tym przypadku ucieleśniły się w dosłownym znaczeniu.

Później powstały przezroczyste włókna i komórki nerwowe — przedłużenie układów elektronicznych maszyny. Poszukiwanie punktu równowagi informacyjnej ciągnęło się dalej. Sieć nerwowa stawała się coraz bardziej złożona i pojemna, warstwy komórek nerwowych utworzyły korę i podkorze. Tak powstał jego mózg i w tym „momencie zaczął i s t n i e ć o n s a m.

Mózg jego początkowo był również przedłużeniem maszyny. Ale teraz sam już przejmował informację zewnętrzną, wybierał i zestawiał różne warianty, poszukiwał możliwości zrealizowania informacji w środowisku biologicznym — konstruował siebie samego! W zbiorniku rozprzestrzeniała się — na razie jeszcze luźno zawieszona — sieć nerwów. Wokół nich zaczęły powstawać mięśnie, naczynia, kości, narządy wewnętrzne, w tym jeszcze półpłynnym stanie, w którym pod wpływem impulsów nerwowych wszystko to mogło się rozpuścić, przemieszać, zmienić strukturę… Nie, nie był to świadomy montaż według schematu. Nie było zresztą i schematu. Był to dalszy ciąg zabawy w klocki, analiza mnóstwa wariantów i wybór tego jedynego, który wiernie odtwarzał informację o Kriwoszeinie.

Ale teraz, podobnie jak maszyna elektronowa za pomocą sygnałów elektrycznych w układzie dwójkowym ocenia każdy z wariantów 1ozwiązania, tak jego mózg-maszyna oceniał przebieg syntezy ciała w dwójkowej arytmetyce odczuć: „tak” — przyjemnie, „nie” — nieprzyjemnie. Nieudane układy komórek, nieprawidłowy układ narządów odzywał się w mózgu tępym lub kłującym bólem, udane i prawidłowe rozwiązania — błogim zadowoleniem.

I ta pamięć poszukiwań, pamięć o odczuciach powstającego ciała pozostała w nim.

Życie tworzy ludzi mało różniących się między sobą fizycznie, lecz niezwykle różnorodnych pod względem psychiki, charakterów, wiedzy, wrażliwości duchowej lub jej braku. Maszyna-matka postąpiła odwrotnie. Dubel był tożsamy z Kriwoszeinem pod względem psychiki i intelektu, co zresztą było zrozumiałe — przecież te właściwości człowieka kształtują się w życiu właśnie tą samą metodą poszukiwania losowego i selekcji dowolnej uświadomionej inïormacji.

Maszyna po prostu powtórzyła ten tok poszukiwań. Biologicznie natomiast różnili się między sobą tak, jak różni się gotowa książka od swego brudnopisu. A właściwie nawet nie jednego brudnopisu, ale wszystkich wariantów i szkiców, na podstawie których powstało dojrzałe, zakończone dzieło. Treść i tu, i tam jest taka sama, ale w brudnopisach poprawki, dopiski i skreślenia ukazują całą drogę poszukiwania i doboru słów.

„Nawiasem mówiąc, to porównanie też nie jest właściwe. — Nachmurzył się. — Brudnopisy powstają wcześniej niż książki, a nie na odwrót! A jeśli nawet udostępni się grafomanowi wszystkie brulionowe wersje „Wojny i pokoju”, to czy dzięki temu stanie się on geniuszem? No, czegoś na pewno się nauczy… Zresztą dość już tych porównań!”

Człowiek przypomina sobie to, co wie, tylko w dwu przypadkach: kiedy musi sobie coś przypomnieć (przypominanie celowe) i gdy spotyka się z czymś przypominającym choćby odlegle zapis pamięciowy. Jest to przypomnienie asocjacyjne. Właśnie książki o biologii stały się bodźcem, który poruszył jego pamięć. Trudność polegała jednak na tym, że pamiętał nie słowa, a nawet nie obrazy, lecz odczucia. Nawet teraz nie wszystko był w stanie oblec w słowa i pewnie nigdy nie potrafi…

Zresztą nie jest to najważniejsze. Ważne, że ta informacja istnieje. Przecież to właśnie ta pamięć odczuć zrodziła w nim jasno uświadomiony pomysł sterowania przemianą materii we własnym organizmie.

Pierwszy raz udało mu się t o 28 stycznia wieczorem, w domu akademickim. Było zupełnie tak, jak z psami Pawłowa — wywołanie wydzielania śliny. W odróżnieniu jednak od psów nie myślał o jedzeniu (był po kolacji — kefir i kiełbasa), ale o nerwowej regulacji wydzielania śliny. Zgodnie ze swoim zwyczajem starał się wyobrazić sobie i odczuć całą drogę impulsów nerwowych od receptorów smakowych języka poprzez mózg do ślinianek i nagle poczuł, że jama ustna wypełnia mu się śliną!

Niezupełnie jeszcze uświadomiwszy sobie, jak do tego doszło, natężył myśl w pełnym przerażenia proteście: „Nie!” — i natychmiast poczuł w ustach suchość.

Tego wieczoru powtarzał w myśli rozkazy: „Ślina!” i „Nie!”, aż do kurczu mięśni szczęk…

Przez następny tydzień siedział w swoim pokoju. Na szczęście była przerwa semestralna i nie odrywały go wykłady i ćwiczenia.

Rozkazom myślowym podporządkowywały się także i inne narządy!

Początkowo udawało mu się sterować nimi tylko z grubsza — z oczu ciekły strugi łez, na całej skórze obficie występował pot albo wysychał w mgnieniu oka, serce zamierało tak, że wpadał w stan półomdlenia, lub wściekle waliło sto czterdzieści uderzeń na minutę. A kiedy po raz pierwszy narzucił swoją wolę przewodowi pokarmowemu, ledwie zdążył dobiec do toalety, tak gwałtownej dostał biegunki…Ale stopniowo nauczył się precyzyjnie sterować wydzielaniem gruczołów. Pewnego dnia udało mu się nawet „wytatuować” kroplami potu na skórze przedramienia napis: „Udaje się!” Potem przeniósł się z doświadczeniami do laboratorium i przede wszystkim powtórzył na sobie znany efekt nakłucia Claude Bernarda. Tylko w tym przypadku nie potrzebował otwierać sobie czaszki i nakłuwać mózgu. Poziom cukru we krwi podnosił się na rozkaz myślowy.

Na ogól jednak z wydzielaniem wewnętrznym sprawa była znacznie trudniejsza. Rozkazy nie odnosiły skutku. Pokłuł sobie palce i mięśnie sprawdzając, czy na rozkaz mózgu wydziela się do krwi adrenalina, insulina, glukoza, hormony. Znęcał się nad przełykiem pobierając zgłębnikiem sok żołądkowy, kiedy świadomie zmieniał jego kwasotę… Wszystko się udawało i wszystko było bardzo skomplikowane.

Wtedy zrozumiał, że organizmowi należy wyznaczać cel ogólny: zrobić to czy tamto, dokonać takich czy innych zmian. Przecież przy chodzeniu nie wydaje się mięśniom rozkazów typu: „Zginacze uda — skurcz! Prostowniki uda — rozkurcz! Zginacze podudzia — skurcz!

itd.” Świadomość wydaje polecenie ogólne: iść szybciej albo wolniej, ominąć słup, skręcić w bramę, a struktury ruchowe mózgu same określają zadania mięśni. Tak też powinno być i w tym przypadku — nie obchodzi go, które naczynia i gruczoły będą wykonywać poszczególne czynności. Mają tylko wykonać to, czego on chce!

…Przeszkadzały słowa, przeszkadzały obrazy. Usiłował wytłumaczyć szczegółowo: wątrobie — jak syntetyzować glikogen z aminokwasów i tłuszczów, jak rozkładać go do glukozy, wydzielić ją do krwi; tarczycy — jak kurcząc swoje pęcherzyki wydzielić do krwi kropelki tyroksyny; układowi naczyniowemu — jak rozszerzyć włośniczki w tkance mięśni piersiowych większych, kurcząc jednocześnie maksymalnie pozostałe naczynia, i nic nie wychodziło — mięśnie piersiowe nie rozrastały się. Przecież wątroba nie wiedziała o tym, że jest wątrobą, tarczyca pojęcia nie miała o terminie „tyroksyna” i nie mogła wyobrazić sobie jej kropelek. Doktorant Kriwoszein przeklinał siebie za marnowanie czasu na wykładach i w bibliotece. Ten wysiłek kończył się jedynie bólem głowy.

Wszystko polegało na tym, że w przypadku przemiany materii należało unikać liczb, terminów, a nawet obrazów, a myśleć tylko kategoriami odczuć. Zadanie sprowadzało się do tego, żeby przekształcić „wiedzę o odczuciach” w trzeci układ sygnałów, układ sterowania wydzielaniem wewnętrznym za pomocą odczuć.

…Najśmieszniejsze było to, że niepotrzebna była do tego ani aparatura, ani układy sterujące. Po prostu trzeba było położyć się w zaciemnionym pokoju, zamknąć oczy, zalepić uszy plasteliną i półdrzemiąc wsłuchiwać się w siebie. Z wnętrza dochodziły dziwne odczucia. Świerzbiała, odnawiając krew, śledziona, łaskotliwie kurczyły się jelita, pod żuchwą chłodziły ślinianki; radosnym dreszczem odpowiadały na impuls nerwowy nadnercza i porcja krwi, wzbogacona w adrenalinę i glukozę, ciepłą falą rozchodziła się po ciele jak łyk mocnego wina: lekkim pokłuwaniem dawały o sobie znać niesprawne komórki w mięśniach.

Można by powiedzieć, używając terminu technicznego, że „przedzwaniał” swoje ciało nerwami, podobnie jak technik po zmontowaniu sprawdza układ elektroniczny próbnikiem.

Miał już dobrze opanowaną dwójkową arytmetykę odczuć „przyjemne” — „nieprzyjemne”. Przyszło mu wówczas do głowy, że najprostszym sposobem podporządkowywania świadomości procesów zachodzących w komórkach będzie oddziaływanie bólem. Bardzo możliwe, że przyczynił się do tego wypadek z soplem lodowym.

Wpadł na to dopiero wtedy.

Rzeczywiście komórki, które rozpadały się i ginęły z różnych przyczyn, dawały o sobie znać bardzo wyraźnie. Ćmiły, bolały, pokłuwały, jak gdyby wołały o pomoc. Organizm sam, bez „odgórnego” polecenia, rzucał im na pomoc leukocyty, rozgrzewał stanem zapalnym tkankę, mobilizował enzymy i hormony. Pozostawało tylko albo przyspieszać, albo hamować wysiłkiem świadomości te mikrobitwy o życie.

…Kłuł i nacinał wszystkie dostępne mięśnie igłą lub skalpelem.

Wstrzykiwał sobie pod skórę śmiertelne dawki bakterii duru i cholery. Wdychał pary rtęci, pił roztwory sublimata i alkoholu metylowego (na szybciej działające trucizny, prawdę mówiąc, nie starczyło mu odwagi). Im dalej, tym sprawniej jego organizm dawał sobie radę z wszystkimi uświadomionymi niebezpieczeństwami.

Później wywołał u siebie raka. Wywołać u siebie raka! Każdy lekarz wyśmiałby go za takie oświadczenie. Wywołać w sobie raka — to rzecz nie do pomyślenia; do tego trzeba wszak wiedzieć, co jest jego przyczyną. Prawdę mówiąc, nie ryzykowałby twierdzenia, że zna tę przyczynę — po prostu dlatego, że nie sposób wyrazić słowami tych wszystkich wrażeń, jakie towarzyszyły przeobrażeniom komórek skóry na prawym boku… Zaczął od wypytywania chorych poddawanych radioterapii, co odczuwają. Było to okrutne — wypytywać zrozpaczonych, krzywiących się z bólu ludzi o ich przeżycia, nie obiecując niczego w zamian — ale właśnie w ten sposób wcielał się w chorego na raka.

..Nowotwór rozrastał się i twardniał. Zaczął się rozgałęziać przybierając dziwaczne kształty barwy czerwonej kapusty. Ból wgryzał się w bok i w ramię. W przychodni studenckiej, dokąd udał się na badanie, chciano go prawie zatrzymać siłą, aby natychmiast operować. Wykręcił się kłamiąc, że chce najpierw spróbować leczenia promieniami gamma…