125389.fb2
Podmiejską szosą, wodząc światłami reflektorów, przemknął samochód. Od gwiazdozbioru Łabędzia ku konstelacji Liry pośpiesznie sunęły dwa światełka — czerwone i zielone. Za nimi ciągnął się ryk silników odrzutowych. Po niebie, jak zapalona zapałka, przemknął meteor.
…Kiedy jednak w swoim pokoju stojąc przed lustrem wytężył wolę, nowotwór znikł w ciągu piętnastu minut. Po dwudziestu minutach pozostała tylko purpurowa plama wielkości spodka. Po dalszych dziesięciu skóra była czysta, pokryta gęsią skórką — w pokoju było dosyć chłodno.
Ale i tej wiedzy — jak likwidować raka — nie mógł na razie przedstawić w postaci recept czy zaleceń. To, co mógłby opisać słowami, nikogo nie uratuje, najwyżej takich jak on dubli. I cała jego wiedza może być wykorzystana tylko przez nich.
Z czasem zapewne uda się przełamać granicę między dublami a zwykłymi ludźmi. Różnice biologiczne są przecież nieznaczne, a wiedzę już zdobył. Jeśli nie uda się jej wyrazić w słowach, można zapisać na taśmach magnetycznych oscylacje prądów czynnościowych, zarejestrować temperaturę ciała, opracować dane na maszynach matematycznych. Dziś medycyna jest przecież nauką ścisłą. I ludzie nauczą się wreszcie dokładnie zapisywać i przekazywać wrażenia. Słowa nie są konieczne. Dla chorego najważniejsze jest wyzdrowienie, a nie praca doktorska o jego ocaleniu. Nie o to przecież chodzi…
Błysk zapalanej zapałki przyciągnął uwagę doktoranta. Spojrzał w dół. Opierając się o słup latarni, zapalał papierosa ten sam barczysty drab w płaszczu, który śledził go poprzednio. Potem rzucił zapałkę, zaczął się miarowo przechadzać po chodniku.
„Znalazł mnie jednak, niech go szlag trafi! Ależ się przyczepił!” Kriwoszein zirytował się. Wrócił do pokoju, usiadł przy biurku i ponownie zabrał się do dziennika.
Życie jest krótkie — ledwo starcza go, aby popełnić odpowiednią ilość błędów. A powtarzanie ich to już niedopuszczalny luksus.
Teraz doktorant czytając notatki doszukiwał się słabych punktów, z zazdrosnym zaciekawieniem śledził, co też udało się osiągnąć tamtemu, który chciał „gałkami kręcić”.
„1 czerwca. Uff… nareszcie! Kamera informacyjna gotowa. Jutro zaczynam doświadczenia z królikami. Zgodnie z przyjętą tradycją należałoby zacząć od żab… ale brać takie paskudztwo do ręki?! Nie, żabami niech się lepiej zajmuje mój dubel, biolog. To przecież pierwszy uczeń, powinien się przykładać! Ciekawe, co też tam u niego?”
„2 czerwca. Założyłem czujniki królikom i wpuściłem do kamery. Wszystkie naraz. Niech wprowadzają informację.”
„7 czerwca. Przez cztery dni króliki przebywały w kamerze. Żarły marchewkę i liście kapusty, ruszały nosami, gryzły się parzyły, spały. Dzisiaj rano przeprowadziłem pierwszą próbę. Nałożyłem „czapkę Monomacha”, wydałem myślowy rozkaz „Można!” i maszyna-matka zaczęła pracować! Cztery króliki-duble w ciągu półtorej godziny.
Ciężar spadł mi z serca — maszyna działa.
Interesujący szczegół: pierwszą, uchwytną wzrokowo oznaką pojawienia się królików było ukazanie się układu krwionośnego. Sino-czerwone naczynia zarysowywały się w złocistej cieczy podobnie jak w żółtku wysiadywanego przez kurę jaja.
Króliki ożywały i wypływały na powierzchnię. Wyciągałem je za uszy, kąpałem — cieplutkie i drżące — w miednicy, a potem wkładałem do klatek ze zwykłymi królikami. Spotkania naturalnych i sztucznych osobników były jeszcze bardziej zwyczajne niż moje spotkanie z własnym dublem. Wytrzeszczały na siebie oczy, obwąchiwały się i ponieważ nie miały drugiego układu sygnałów, żeby sprawę wyjaśnić, zaczynały walczyć ze sobą. Kiedy się zmęczyły, zaczynało się ponowne obwąchiwanie, a potem następowało normalne królicze życie.
Najważniejsze, że maszyna pracuje według moich rozkazów, bez żadnych dodatków od siebie. Wystarczy nałożyć „czapkę”, wyobrazić sobie (najlepiej wzrokowo), którego królika chce się zdublować, dać rozkaz myślowy — i po 25–30 minutach gotowy dubel pluska się w zbiorniku. Operację odwrotną — likwidację powstającego królika na rozkaz „Nie!” — maszyna wykonuje również bez zarzutu.
Za osiągnięcia i uległość daję jej sole, kwasy, glicerynę, witaminy i inne odczynniki według wykazu, zupełnie jak śledzie tresowanej foce.”
„20 czerwca. Jak coś idzie, to idzie. A jak nie, to choć głową o mur… Przez wszystkie te dni próbowałem zatrzymać syntezę królika na określonym etapie, Próbowałem różnych rozkazów — „Stop!”,
„Zatrzymaj się!”, „Wystarczy!”, „Zero!” — i myślowo, i głosem, ale wszystko bez skutku: albo synteza przebiega do końca, albo powstający królik rozpuszcza się.
Może maszyna pracuje jak przerzutnik, który ma tylko dwa stany równowagi, a w położeniu pośrednim utrzymać się nie może. Dobrze, ale skomplikowana maszyna powinna zachowywać się bardziej elastycznie niż byle układzik.
Spróbujemy jeszcze…”
„6 lipca. Życia zatrzymać nie można — w tym chyba tkwi przyczyna. Wszelkie zatrzymanie życia jest śmiercią. A śmierć to tylko jeden moment, po którym rozpoczyna się proces rozkładu, w tym przypadku — rozpuszczania. A ja syntetyzuję ż y w e układy. Zresztą sama maszyna-matka jest właściwie żywym organizmem. Dlatego też nic w niej nie może zastygnąć.
A szkoda, byłoby to bardzo wygodne…
Dziś przyszedł na świat pierwszy miot pochodzący od sztucznego samca i zwykłej samicy — osiem bielutkich króliczków. To niewątpliwie bardzo ważne wydarzenie. Tylko że i bez tego królików mam już mnóstwo.
Do licha, w końcu maszyna powinna podporządkować się bardziej precyzyjnym rozkazom niż „Można!” i „Nie!” Powinienem móc sterować procesem syntezy. W przeciwnym razie wszystkie moje zamiary wezmą w łeb…”
„7 lipca. Ach, więc to tak! Jakież to proste…
Dzisiaj rozkazałem maszynie wykonać jeszcze raz dubla królika Waśki. Gdy już jako przezroczysta zjawa ukazał się we wnętrzu zbiornika, skupiłem uwagę na ogonku i wyobraziłem sobie, że jest dłuższy. Nic nie nastąpiło. Coś tu było nie tak. Pomyślałem ze złością: „Nie tak…” — i w tym momencie w króliku wszystko zaczęło się zmieniać! Kontury ciała zafalowały w powolnym rytmie. Tułów, uszy, łapy i ogon królika na przemian wydłużały się i grubiały, to znów stawały się krótsze i cieńsze. Narządy wewnętrzne pulsowały w tym samym rytmie. Nawet barwa krwi zmieniała się od ciemnowiśniowej do jasnoczerwonej i odwrotnie.
Poderwałem się z krzesła. Królik „trząsł” się nadal. Kształty jego coraz bardziej deformowały się i karykaturalnie zmieniały. Oscylacje były coraz częstsze i intensywniejsze. Wreszcie albinos rozpłynął się w szaroliliowe zmętnienie i zniknął.
W pierwszej chwili przeraziłem się — obraz przypominał dawne „majaczenia” maszyny! Tylko ten rytm… Wszystkie wahania rozmiarów i odcieni były zadziwiająco synchroniczne…
I wtedy zrozumiałem wszystko. Sam zrozumiałem, do diabła! — muszę to podkreślić.
Pierwotną informację o króliku maszyna otrzymała w postaci konkretnej i jednoznacznej. Potem zestawiała różne elementy, poszukiwała dokładnego wariantu. Ale czegokolwiek by szukała, i tak to, co było zapisane w jej pamięci, musiało być dokładnie odtworzone. Nie zrobi się odkurzacza z części motocyklowych.
I nagle nadbiega sygnał „Nie tak”, ani potwierdzenie, ani zaprzeczenie — sygnał wątpliwości. Sygnał narusza informacyjną stabilność procesu syntezy królika, mówiąc ogólnie — zbija maszynę z tropu.
Wtedy zaczyna ona szukać, co jest „tak” za pomocą prostych prób (trochę większe, trochę mniejsze), tak żeby nie zniszczyć układu…
Ponieważ jednak nie wie, co jest „tak”, i nie dostaje ode mnie potwierdzenia, doprowadza do całkowitego rozpadnięcia się i rozpuszczenia układu: nie tak, a więc źle…!
Wtedy (oto zaleta pracy naukowej: kiedy trafi się na złotą żyłę, można w ciągu dnia z pomocą kilku pomysłów wykonać robotę, na którą inaczej zeszłyby całe lata!) znowu włożyłem „czapkę Monomacha” i wydałem rozkaz „Można!” Teraz już wiedziałem, co robić z dublem królika. Pojawił się. Skupiłem uwagę na jego ogonie (impulsy z siatkówki moich oczu z obrazem ogona króliczego dotarły do mózgu, stamtąd do „czapki Monomacha”, a dalej do maszyny, w której nastąpiło porównanie i wybór informacji: maszyna zarejestrowała moją uwagę) i nawet zmarszczyłem się, aby wzmocnić wrażenie „Nie tak!” Do maszyny poszedł potężny, naruszający równowagę, informacyjną impuls.
I ogonek zaczął się skracać. Odrobinkę…
„Nie tak!”
Ogonek drgnął, odrobinkę wydłużył się…
„To, to. Tak!”
Ogon zamarł. „Nie tak!” Wydłużył się jeszcze trochę…
„Tak!” Zamarł. „Nie tak! Tak! Nie tak! Tak” — i sprawa ruszyła z miejsca. Najtrudniejsza była synchronizacja z kierunkiem zmiany i jej wzmocnienie. Później przekazywałem maszynie już nie elementarne rozkazy „tak-nie-tak”, ale po prostu milczącą aprobatę. Ogon wydłużył się, pojawił się w nim łańcuszek maleńkich kręgów, pokrył się włóknami mięśni, różową skórą, białą sierścią… Po dziesięciu minutach dubel-Waśka smagał się po bokach mokrym białym ogonem, niczym rozwścieczony tygrys.
Ja tymczasem siedziałem na krześle w „czapce Monomacha” na głowie, w której czułem nieopisany zamęt myślowy, jak zawsze, kiedy czegoś jeszcze nie można wyrazić słowami, ale się czuje: mam! zrozumiałem, już mi nie ucieknie! Twarz moja z pewnością wyrażała tępą błogość, jaką widuje się tylko u zaślinionego imbecyla.
To było wszystko. Żadnej mistyki. Maszyna-matka pracuje na takiej samej zasadzie „tak-nie” jak zwykłe maszyny matematyczne…”
— Słusznie — skinął głową doktorant. — Ale… to niezbyt precyzyjne sterowanie. Zresztą, jak na maszynę… Wszystko jedno. Zuch!
„…Psiakrew, jak to jednak fantastycznie wyszło! Na moje rozkazy: „tak!”, „nie tak!”, „nie!”, maszyna tworzy komórki, tkanki, kości… Tylko żywe ustroje to potrafią, i to zresztą znacznie wolniej.
No, moja kochana, teraz się za ciebie wezmę!”
„15 lipca. No, wreszcie zgraliśmy się z maszyną. Ściślej mówiąc, maszyna nauczyła się przyjmować, rozkodowywać i realizować rozkazy mojego mózgu bez rozbijania na elementarne „tak” i „nie tak”. Zasada sprzężenia zwrotnego i treść rozkazów pozostały te same, tylko po prostu wszystko przebiegało bardzo szybko. Wyobrażałem sobie jedynie, co i jak należy zmienić w powstającym dublu królika. Tak jak gdybym go rysował czy lepił z plasteliny.
Teraz maszyna jest moją elektronowo-biochemiczną ręką. Jakie to wspaniałe — wysiłkiem myśli stwarzać króliki-potworki! Z sześcioma nogami, z trzema ogonami, o dwóch głowach, bez uszu albo przeciwnie — ze zwisającymi kudłatymi uszami spaniela. Co tam doktor Moreau ze swoim skalpelem i karbolem! Idealne narzędzie pracy to tylko „czapka Monomacha”. Nie trzeba nawet pokrętła.
Najciekawsze jest to, że te potworki żyją — drapią się czterema łapami naraz i żrą marchew dwoma pyszczkami…”
— Lekka robota — z zawiścią mruknął doktorant. Jak w kinie — siedzieć i patrzeć… Nic nie boli, nie ma się czego obawiać. Żadnych silnych emocji — zwykła praca inżyniera.