125389.fb2
Było jednak jedno nieprzemyślane doświadczenie, w którym omal nie zginął… Właściwie nie było to nawet doświadczenie.
…Odbywały się fakultatywne zajęcia z radiobiologii. Studenci trzeciego roku obstąpili basen reaktora uranowego, służącego do ćwiczeń, i z szacunkiem patrzyli na zanurzony głęboko w wodzie ciemny, poprzewiercany kanałami cylinder, otoczony spokojnym zielonym świeceniem, na linki, niklowane drążki, dźwignie i pokrętła sterowania.
— Ta piękna soczysta zieleń, świecąca wokół korpusu reaktora — mówił dźwięcznym barytonem profesor Walerno — nazywa się promieniowaniem Czerenkowa. Wywołują je przebiegające w wodzie elektrony powstające w wyniku rozpadu jąder uranu 235…
Kriwoszein asystował mu, to znaczy siedział po prostu z boku, nudził się i czekał, kiedy profesor poleci mu, aby przeprowadził demonstrację. Szczerze mówiąc, Walerno mógłby tę „.demonstrację” przeprowadzić sam albo poprosić o to studenta, ale człowiekowi na jego stanowisku przysługiwał kwalifikowany asystent. „Co za nudy…” — smętnie myślał Kriwoszein. Potem przyszło mu do głowy, że nie doświadczył jeszcze na sobie choroby popromiennej. Ta myśl zelektryzowała go i zaczął zastanawiać się, jak by to zrobić. „Trzeba by wziąć trochę wody z reaktora i na początek lekko się napromieniować… Przecież to nie żarty!”
— …Obecność intensywnego promieniowania Czerenkowa świadczy o silnym promieniowaniu w pobliżu korpusu reaktora — ze znudzeniem ciągnął Walerno. — Nie ma w tym nic dziwnego, bo zachodzi tam reakcja łańcuchowa. Wzrost jasności świecenia świadczy o wzroście intensywności promieniowania, zmniejszenie — o zjawisku odwrotnym. O, proszę popatrzeć — obrócił pokrętło na tablicy w prawo i w lewo. Zielone światło w basenie rozbłysło i przygasło.
— A jak się przekręci do końca w prawo, to będzie wybuch? — z lękiem zapytał rudy piegowaty chłopak w okularach.
— Nie — ledwie kryjąc ziewnięcie, odpowiedział profesor (pytanie to padało na każdym ćwiczeniu). — O, tu jest ogranicznik. Oprócz tego przy projektowaniu reaktora wprowadza się samoczynną blokadę. Gdy tylko nasilenie reakcji łańcuchowej przekroczy dopuszczalną granicę, automat wsuwa do korpusu reaktora dodatkowe pręty grafitowe… o te tam, widzicie państwo. Grafit pochłania neutrony i hamuje reakcję… A teraz zapoznamy się z oddziaływaniem radiacji na żywy ustrój. Proszę bardzo, kolego.
Kriwoszein podtoczył do brzegu basenu wózek z akwarium, w którym wił się i szczerzył drobne zęby czarny, obramowany frędzlami płetw półmetrowy węgorz.
— Oto węgorz rzeczny, Anguilla anguilla — nie odwracając głowy powiedział Walerno — najżywotniejsza z ryb słodkowodnych.
Wrzucony do basenu węgorz, kierując się instynktem, natychmiast popłynie w głąb… hm… czego ja osobiście na jego miejscu nie robiłbym, jako że najwytrzymalsze egzemplarze po paru minutach powracają stamtąd brzuchem do góry. Sami państwo zobaczycie. Proszę mierzyć czas, kolego. Do dzieła.
Kriwoszein odwrócił akwarium nad basenem i uruchomił stoper.
Studenci pochylili się nad barierą. Czarna błyskawica pomknęła ku wyłożonemu szarymi kaflami dnu basenu, opisała krąg, potem drugi, przekreśliła zieloną poświatę nad cylindrem. Węgorz, chyba oślepiony, uderzył w przeciwległą ścianę i rzucił się do tyłu.
Nagle wnętrze basenu rozjaśniło się i w tym zielonym świetle Kriwoszein zobaczył coś, od czego zdrętwiał: węgorz zaplątał się w linkach, na których wisiały pręty grafitowe hamujące reakcję, i szamotał się między nimi! Jeden z prętów wyskoczył z gniazda i jak zielona pałeczka odleciał w bok. Świecenie stało się jeszcze jaśniejsze.
— Cofnąć się! — szybko oceniwszy sytuację zakomenderował pobladły Walerno. — Wychodzić!
Alarmowy dźwięk dzwonka szarpnął nerwami. Szczęknęły styczniki blokady automatycznej. Świecenie w wodzie zamigotało jak przy spawaniu i stało się jeszcze jaśniejsze. Studenci osłaniając twarze rzucili się ku wyjściu, w drzwiach powstał ścisk.
— Proszę się nie bać! — zupełnym już falsetem zapiał, straciwszy głowę, Walerno. — Uranu 235 w reaktorze jest za mało, aby mógł nastąpić wybuch jądrowy! Będzie tylko eksplozja cieplna, jak w kotle parowym!
— O Boże! — wykrzyknął ktoś.
Drzwi zaczęły trzeszczeć. Krzyknęła panicznie jakaś dziewczyna.
Ktoś zaklął. Piegowaty student-okularnik przytomnie chwycił ze stołu trzydziestopięciokilogramowy synchroskop SI-8, wybił nim okno wraz z ramą i wyskoczył w ślad za nią… W ciągu kilku sekund sala opustoszała.
W pierwszym momencie. paniki Kriwoszein rzucił się wraz z innymi do drzwi, ale opamiętał się, zatrzymał i podszedł do reaktora.
Od cylindra leciały w górę gęsto wielkie, bąble, woda burzyła się.
Zamiast spokojnego świecenia w basenie płonęło teraz zielone ognisko. Węgorz już przestał się szamotać, ale wyrwane przez niego pręty grafitowe przekrzywiły się i zaklinowały w otworach gniazd.
„Woda zacznie wrzeć i para radioaktywna pójdzie na całą okolicę — gorączkowo myślał Kriwoszein. — To niewiele lepsze niż wybuch jądrowy… A może…? Boję się… No, jazda! Diabła warte wszystkie moje doświadczenia, jeżeli się boję! A jeśli skończę jak ten węgorz…
A niech to!”
Nawet w tej chwili Kriwoszein poczuł się nieswojo: jak mógł się zdecydować na coś takiego? Czy w zarozumiałości sądził, że nic mu już nie straszne? Czy też odezwała się w nim żyłka motocyklisty, wyobraził sobie, że przemyka między dwiema mijającymi się ciężarówkami: najważniejsze to nie zastanawiać się, tylko naprzód…
Upajający moment niebezpieczeństwa, ryk silników i z walącym sercem wyskakuje się na wolną przestrzeń! Ale to przecież nie był żaden „moment”, równie dobrze mógł zostać w basenie w towarzystwie zdechłego węgorza.
Ogarnął go poryw motocyklowej brawury. Zrywając guziki, zrzucił ubranie, przełożył nogę przez barierę i — „Stop! Spokojnie, Walka!” — skoczył od basenu do stołu, naciągnął gumowe rękawice, hermetyczne okulary („Przydałby się teraz aparat tlenowy!…” — przemknęło mu przez głowę). Nabrał powietrza w płuca i skoczył do basenu.
Nawet z dala od reaktora woda była ciepła. „Tysiąc jeden, tysiąc dwa…” — Kriwoszein, instynktownie odwracając twarz, zrobił krok po śliskich płytkach w kierunku środka basenu. „Tysiąc sześć…” — po omacku zaczął szukać rękami we wzburzonej wodzie. Gumowe rękawice dotykały nie wiadomo czego, trzeba było jednak otworzyć oczy — węgorz, zwinięty w pętlę, wisiał między linkami trochę niżej.
„Tysiąc dziesięć, tysiąc jedenaście…” — ostrożnie, żeby przypadkowo nie wyciągnąć pozostałych prętów, chwycił zwiotczałą rybę. „Tysiąc szesnaście…” Zaczęło go parzyć w ręce, odruchowo chciał je cofnąć, ale opanował się i powoli wyplątywał węgorza z sieci linek. Okulary okazały się niezbyt szczelne, strużki radioaktywnej wody spływały po powiekach. Zmrużył oczy. „Tysiąc dwadzieścia, tysiąc dwadzieścia jeden…” — nareszcie: wyciągnął! Zielony blask zamigotał, pręty bezdźwięcznie wślizgnęły się do gniazd. W basenie od razu zrobiło się ciemno.
„Tysiąc dwadzieścia pięć!” Energicznym pchnięciem odbił się ku ścianie, wynurzył po pas. Podciągnął się na barierze i wyszedł z wody. „Tysiąc trzydzieści…”
Miał jeszcze tyle przytomności umysłu, żeby poskakać w celu strząśnięcia z ciała śmiercionośnej cieczy, a nawet wytarzać się po podłodze. Spodniami wytarł do sucha twarz i oczy. „Żeby tylko nie oślepnąć, zanim dobiegnę.” Ubrał się byle jak i wybiegł z sali.
Ochryple zawył w przejściu monitor promieniowania. Zagradzając drogę wysunęły się rygle śluzy. Przeskoczył ponad nimi i pobiegł wprost po świeżo skopanym trawniku w kierunku domu akademickiego.
„Tysiąc siedemdziesiąt, tysiąc siedemdziesiąt jeden…” — mózg machinalnie odliczał czas. Zmierzch ukrył go przed oczami znajomych. Tylko przy ogrodzeniu strefy „B” ktoś zawołał w ślad za nim:
„Hej, Wala, dokąd tak pędzisz?” — chyba doktorant z sąsiedniej katedry, Nieczyporow. „Tysiąc osiemdziesiąt, tysiąc osiemdziesiąt jeden…” Poczuł najpierw swędzenie skóry, a potem jakby ukłucia milionów igieł — to wyczulony w poprzednich doświadczeniach układ nerwowy sygnalizował. że protony i kwanty promieniowania gamma z rozpadłych atomów uranu rozbijają cząsteczki białek w komórkach naskórka, w zakończeniach nerwów skórnych, że przebijają ścianki naczyń krwionośnych, uszkadzając białe i czerwone krwinki. „Tysiąc sto… tysiąc sto pięć…” Teraz pokłuwanie objęło także i mięśnie, jamę brzuszną i czaszkę. W płucach zaczęło drapać jakby po zaciągnięciu się najmocniejszą machorką. To krew roznosiła rozbite atomy i cząsteczki białka po całym ciele.
„Tysiąc dwieście pięć… dwieście osiem… idiota, co ja narobiłem?! Uwieście dwanaście…” — myśli zaczęły się rwać, poryw minął, ogarnął go strach. Chciał żyć. Brzuchem zaczęły targać skurcze wymiotów, usta napełniły się śliną o metalicznym posmaku. Uderzając w biegu o masywne drzwi wejściowe, aż zahuczało. Kriwoszein zrozumiał, że to zawrót głowy. W oczach pociemniało. „Dwieście czterdzieści jeden… czy zdążę dobiec?” Trzeba było wbiec na trzecie piętro. Uderzył się silnie ręką w jeden, potem w drugi policzek. W głowie przejaśniło się.
W ciemność pokoju razem z nim wpadła słaba poświata. W pierwszej chwili rozluźniony krążył bezsensownie po pokoju. Strach, ten nie poddający się świadomości biologiczny strach, który pędzi zranione zwierzę do nory, omal go nie zgubił; zapomniał, co ma robić. Zrobiło mu się strasznie żal samego siebie. Ciało napełniła dygocąca słabość, świadomość odpływała. „No to giń, durniu” — pomyślał beznamiętnie i w tej chwili poczuł, jak ogarnia go gwałtowna złość na samego siebie. I to go właśnie uratowało.
Ubranie, pokryte zielonymi plamami, jak pnie starych drzew, poleciało na podłogę. W pokoju zrobiło się jaśniej. Świeciły nogi, na rękach jarzyły się włosy i zarysy żył. Kriwoszein rzucił się do łazienki, odkręcił kran. Z szumem trysnęła zimna woda, trzeźwiła ściekając po głowie, po całym ciele. Na gumowej macie powstała mieniąca się szmaragdowymi odcieniami kałuża. Odzyskał siły na tych kilka sekund, które były niezbędne, aby zapanować nad myślami i wolą.
Jak strateg zaczął wydawać rozkazy w toczącej się w jego ciele bitwie o życie. Krew, krew, krew szalała w naczyniach! W skroniach odbijało się echem gorączkowe bicie serca. W miliardach włośniczek krew wypłukiwała ze wszystkich komórek mięśni i narządów uszkodzone cząsteczki. Białe krwinki szybko i płynnie pochłaniały je, rozkładały i unosiły do śledziony, do płuc, do wątroby, do nerek, jelit, wyrzucały do gruczołów potowych… „Zamknąć naczynia kostne!” — myślą nakazał nerwom, w porę przypomniawszy sobie, że radioaktywność może osiąść w szpiku, fabryce krwinek.
Minęło kilka minut. Teraz wydychał radioaktywne powietrze zawierające słabo świecącą parę wodną. Odpluwał świecącą ślinę, w której gromadziły się radioaktywne cząsteczki z uszkodzonych komórek mózgu i mięśni głowy. Zmywał ze skóry zielonkawe krople potu i jednocześnie oddawał mocz piękną, szmaragdową strugą. Po godzinie wydaliny przestały świecić, ale pokłuwanie jeszcze nie ustąpiło.
W ten sposób spędził w łazience trzy godziny. Połykał wodę, obmywał się i wyrzucał z organizmu wszystko, co było uszkodzone promieniowaniem. Do pokoju wszedł po północy, słaniając się ze znużenia i wyczerpania fizycznego. Odepchnął w odległy kąt świecące strzępy odzieży i zwalił się na łóżko. Spać!…
Następnego dnia nieustannie chciało mu się pić. Wstąpił do pracowni pomiarów radioaktywności, wodził wokół siebie sondą licznika Geigera — aparat spokojnie potrzaskiwał rejestrując tylko nieliczne cząstki promieniowania kosmicznego.
— O, psiakrew, kiedy zdążyłeś tak schudnąć?! — zdumiał się spotkawszy go w sali wykładowej Nieczyporow…
„Tak, sądząc z wyników, był to duży eksperyment — uśmiechnął się doktorant. — Pokonać zabójczą dawkę promieniowania! Ale wykonanie… metodyka… Nie, takimi „doświadczeniami” chełpić się nie można. Lepiej już tak, jak ten tutaj.”
„27 lipca. Dubli i potworków mam mnóstwo — kontynuował czytanie dziennika. — Normalne króliki wypuszczam do parku, a potworki po jednym wynoszę z Instytutu w torbie turystycznej i wywożę za Dniepr do Czerwonego Gaju.
I to chyba wszystko. Euforia spowodowana nowością odkrycia minęła. Obrzydło mi już to natrząsanie się z przyrody. Chociaż to tylko króliki, ale przecież żywe stworzenia. Te głupio łypiące na siebie z ukosa oczy w dwóch głowach na jednej szyi… brr! A właściwie, o co mi chodzi, u diabła! Znalazłem sposób sterowania syntezą biologiczną, badałem i dopracowywałem go. W ostatecznym rozrachunku nauka stwarza metody — nie konstrukcje, nie rzeczy, nie przedmioty codziennego użytku, ale właśnie metody — sposób, jak to wszystko zrobić. I nikt, kto stworzył własną metodę, nie pominie możliwości wykorzystania jej do końca.
A wczoraj w stołówce Instytutu pojawiło się danie: „Królik pieczony z młodymi kartofelkami — cena 45 kopiejek” Hm! Przypuśćmy nawet, że to zbieg okoliczności. Ale możliwe jest i takie zastosowanie odkrycia: hodowla królików czy krów na mięso, ulepszanie ras… W produkcji wielkoprzemysłowej na pewno będzie to korzystniejsze od zwykłych metod hodowli…
Jutro wracam do doświadczeń nad syntezą człowieka. Metodyka jest jasna, nie ma co zwlekać. A jednak na myśl o tym ściska mnie w dołku. Powrót do syntezy człowieka… Pojawienie się mojego dubla, prawie przypadkowe, tak zresztą jak i w życiu bywa, to jedna sprawa, świadome tworzenie człowieka tak jak królika, to zupełnie co innego. W istocie, nie będę „powracał”, ale zaczynał od nowa…
Cóż to za stworzenie ten człowiek, że nie mogę pracować nad nim tak spokojnie jak nad królikami?!
Ustalmy skalę. W czarnej przestrzeni pływa gwiezdna chmura metagalaktyki. W jej wnętrzu pyłek kształtu ziarna soczewicy, utworzony z gwiazd — nasza galaktyka. Gdzieś na jej peryferiach Słońce, a dookoła planety. Na jednej z nich — ani największej, ani najmniejszej — żyją ludzie. Wszystkiego trzy i pół miliarda, nie tak znów wiele. Gdyby wszystkich ustawić w czworobok, to z wieży Eiffla można by ogarnąć wzrokiem całą ludzkość. Gdyby ich odpowiednio poukładać, uzyskałoby się sześcian o jednokilometrowej krawędzi — i to wszystko. Kilometr sześcienny żywej i myślącej materii, drobinka w skali Wszechświata… No i co?