125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 36

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 36

Człowiek bardzo szybko rozwiązuje złożone zadania — porusza się, pracuje, mówi, a co się tyczy logiki, to może po prostu ma zbyt małe doświadczenie biologiczne. Zwierzęta w procesie ewolucji nie potrzebowały myśleć — we wszystkich sytuacjach musiały „podejmować kroki”: ugryźć, zawyć, skoczyć, podpełznąć — i to im szybciej, tym lepiej. A gdyby w walce o byt potrzebne im było rozwiązywanie układów równań, prowadzenie rozmów dyplomatycznych, handel lub zgłębianie zagadek przyrody, to można by się nie obawiać o rozwój ich logiki! Tutaj trzeba pomyśleć, zastanowić się.”

„4 sierpnia. Migotanie lampek na pulpicie maszyny uspokoiło się. A więc cała informacja o mnie została zapisana w maszynie-matce. I gdzie są teraz wszystkie moje marzenia, wady, budowa jelit, myśli i niezbyt interesujący wygląd zewnętrzny? W sześcianach pamięci magnetycznej? W elementach bloku krystalicznego? A może zostały rozpuszczone w złocistej cieczy zbiornika? Nie wiem.

Zresztą to nieważne.

Jutro próbne odtwarzanie. Tylko próba i nic więcej.”

„5 sierpnia. Godzina czternasta zero pięć. „Można! ” W zbiorniku, w płynie o barwie słońca, zacząłem powstawać nowy, widmowy j a. Obraz taki sam jak podczas syntezy królika, poza tym że jednocześnie z układem krwionośnym w górnej części zbiornika tworzy się mglisty, szarawy zgęstek, który później przekształci się w mózg. Mózg, dla którego informacji korygującej nie mam. Chciałaby dusza…

Do godziny czwartej po południu proces kształtowania dubla doszedł do stadium nieprzezroczystości. Maszyna odziała go w spodenki i koszulę.

…Gdyby pół roku temu ktoś mi powiedział, że w zakres mojej pracy wejdą problemy życia i śmierci, moralności i prawa karnego, potraktowałbym to jako niedowarzony dowcip. Dzisiaj natomiast stałem przy zbiorniku i myślałem: „Zaraz ożyje, wynurzy się ze zbiornika… Po co? Co ja z nim zrobię?”

— Ja istniałem także p r z e d pojawieniem się w maszynie — powiedział mi pierwszy dubel. — Byłem tobą.

I był niezadowolony ze swojego losu. A teraz i z tym zaczną się rozkosze wspólnego życia: kłótnie o Lenkę, ukrywanie się, problem tapczanu… Najważniejsze zaś. że nie tego spodziewałem się po nowym doświadczeniu. Chcę sterować syntezą człowieka, a t o jest tylko próba. Próba udała się — maszyna mnie reprodukuje. Trzeba iść dalej.

Ale teraz jeżeli na rozkaz „Nie!” rozpuści się — czy to będzie śmierć? I, bardzo przepraszam, czyja śmierć? Moja? Nie, ja żyję.

Dubla w zbiorniku? Przecież on jeszcze nie istnieje…

Czy moje eksperymenty nie są przypadkiem przestępstwem? Jeżeli w każdym doświadczeniu będę płodził swoje duble, czy nie będzie to nadużycie stanowiska służbowego? Miał rację doktorant — to rzeczywiście „ta robota”!

Wszystko to prawdopodobnie jest wynikiem słabości charakteru.

W dzisiejszym świecie ludzie — w imię idei lub polityki — sami idą i posyłają innych, aby zabijali i umierali. Są idee i cele, które to uzasadniają. Ja także mam wielką ideę i wielki cel: udoskonalanie człowieka i społeczeństwa ludzkiego. Dla tego celu — gdyby to okazało się konieczne — poświęciłbym nawet siebie. Skąd więc ten lęk przez wydaniem rozkazu „Nie!” dla tego wielkiego celu? Skoro już wziąłem się do takiej pracy, muszę być twardszy.

Tym bardziej że mimo wszystko to nie jest śmierć. Śmierć jest unicestwieniem informacji o człowieku, zaś w maszynie-matce informacja nie ginie, przechodzi tylko z jednej postaci (impulsów i potencjałów elektrycznych) w inną, w człowieka. W każdej chwili mogę stworzyć nowego dubla…

Rozmyślałem tak, dopóki węże gumowe, odchodzące od zbiornika, nie zaczęły rytmicznie kurczyć się, wypompowując nadmiar płynu. Wtedy nałożyłem „czapkę Monomacha” i przekazałem maszynie rozkaz „Nie!” Przykry to widok: był człowiek i nie ma go, rozpuścił się. Jeszcze teraz mi głupio… To nic, stary, nie spiesz się.

Zbuduję cię tak, aż miło będzie patrzeć. Wprawdzie rozumu nie mogę ci dać więcej, niż sam posiadam, ale za to wyglądać będziesz tak, że własnym ocz¡om nie uwierzysz. Przecież teraz obaj mamy mnóstwo defektów: nogi krzywawe, zbyt grube uda, plecy przygarbione, tułów jak kloc, mnóstwo zbędnego owłosienia na nogach, piersiach i plecach. A odstające uszy, a szczęka, nadająca mojej twarzy wyraz usłużnego tępaka, a czoło, nos… nie. Bądźmy samokrytyczni — to w ogóle żaden wygląd!”

„6 sierpnia. Druga próba: jeszcze gorzej! Dzisiaj zamierzałem za jednym zamachem poprawić całą powierzchowność dubla i zbłaźniłem się tak, że aż wstyd wspominać.

Zacząłem doświadczenie, wiedząc doskonale, co w moim wyglądzie jest „nie tak” (szczerze mówiąc, wszystko. Ba, gdybym tylko mógł zmienić). Ale co jest „tak”? W doświadczeniach z królikami kryterium dla „tak” było to, co mi przyszło do głowy. Jednakże człowiek to nie królik. Wprawdzie mówi się, że co dwie głowy, to nie jedna, ale nikt nigdy nie rozumiał tego w sensie biologicznym.

Kiedy na rozkaz „Można” pojawił się zarys nowego dubla i półprzezroczyste, liliowe mięśnie brzucha zaczęły pokrywać się żółtym nalotem tłuszczu, przekazałem sygnał „nie to!” Maszyna, podporządkowując się mojej woli, zlikwidowała tkankę tłuszczową tam, gdzie ją widziałem — na brzuchu i szyi. A na bokach i plecach tłuszcz pozostał…

Zauważyłem to nie od razu, bo wziąłem się do poprawiania twarzy. Mocą wyobraźni przydałem czołu dubla szlachetne zarysy, ale gdy spojrzałem z boku, ręce mi opadły — czaszka z tyłu nad karkiem spłaszczyła się! A i zarys czoła nie pasował do pozostałej części twarzy.

Straciłem głowę. Maszyna prawidłowo przyjęła to jako rozkaz całkowitego „Nie to!” i zlikwidowała dubla.

Znalazłem się w ślepym zaułku. „To” oznacza z pewnością piękno ludzkiego ciała. Istnieją klasyczne wzorce. Ale… przekształcenie w ciągu dwu godzin syntetyzowanego dubla w przystojnego mężczyznę o kształtach antycznej rzeźby — takie zadanie przekracza nie tylko moje siły, ale i możliwości najlepszego rzeźbiarza Związku Artystów ZSRR! Jedyna nadzieja, że maszyna zapamiętuje wszystkie poprawki dokonywane w dublu.

Wtedy jeszcze raz wydałem rozkaz „Można!” Tak, maszyna-matka wszystko zapamiętuje — w powstającym dublu zachowały się moje chaotyczne poprawki. Poczułem ulgę — będzie można pracować przez tyle seansów, ile trzeba.

Podczas tego seansu ostatecznie usunąłem zbędny tłuszcz z ciała dubla. Znikł pojawiający się poprzednio brzuszek, zaznaczyła się nawet talia, szyja wysmuklała… Na początek będzie dość. „Nie!” — i wszystko uległo rozpuszczeniu, a ja pobiegłem do biblioteki miejskiej.

Teraz przeglądam atlas anatomii plastycznej profesora G. Gizescu (w zapasie mam jeszcze cztery bogato ilustrowane tomy o sztuce Odrodzenia), wnikam w proporcje ciała ludzkiego, dobieram dublowi powierzchowność jak garnitur. Kanony Leonarda da Vinci, Durera, proporcje Schmidta-Fritscha. Okazuje się, że u proporcjonalnie zbudowanego mężczyzny pośladki znajdują się dokładnie w połowie wysokości. Kto by pomyślał?

Boże, na co przyszło biednemu inżynierowi!

Za wzór przyjąłem Herkulesa Farnese. Przynajmniej jest pokazany w atlasie ze wszystkich stron.”

„14 sierpnia. Dwanaście prób — i wciąż jeszcze nie to. Niezgrabnie, prymitywnie. Albo jedna noga krótsza, albo ręce różne. Zmieniam wzorzec. Lepiej będzie przyjąć proporcje dürerowskiego Adama.”

„20 sierpnia. Proporcje właściwe. Za to twarz — aż płakać się chce. Martwy, pozbawiony oczu zlepek z rysami Kriwoszeina. Obfite, marmurowe zwoje rudego koloru zamiast włosów. Skończyło się dwudziestym pierwszym „Nie!”

Ktoś ostrożny i podejrzliwy, ukryty we mnie, wciąż zadaje pytanie: „No i co? Czy to właśnie t o? Czy to jest właśnie t a metoda?”

Moim zdaniem tak. W każdym razie jest to krok w tym kierunku.

Na razie syntetyzując człowieka wprowadzam wyłącznie informację o optymalnej budowie ciała. I właśnie w taki sposób można będzie (z czasem dojdziemy jeszcze, jak to zrobić) wprowadzać do maszyny-matki dowolną, nagromadzoną przez ludzkość informację o najwyższych jakościach człowieka i tworzyć ludzi nie tylko pięknych zewnętrznie i silnych fizycznie, lecz także ludzi wielkiego umysłu i ducha. Zwykle w człowieku dobro jest przemieszane ze złem — jeden jest rozumny, ale słaby, drugi ma silną wolę, ale przez głupotę marnuje się, jeszcze inny jest i mądry, i twardy, i dobry, ale zdrowie ma słabe… Ale tą metodą będzie można odrzucić wszystko, co złe, i syntetyzować ludzi obdarzonych tylko najlepszymi cechami.

„Syntetyczny rycerz bez lęku i skazy” — z pewnością brzmi to okropnie. Ale ostatecznie cóż za różnica — syntetyczny czy naturalny? Byle tylko ich było jak najwięcej. Przecież na razie takich „rycerzy” jest bardzo mało, osobiście znam ich tylko z książek i filmów.

A są bardzo potrzebni w życiu, każdy znalazłby i miejsce, i pracę. I każdy z nich mógłby wpływać na to, aby sprawy na świecie potoczyły się lepiej.”

„28 sierpnia. Udaje się! Ach, wy nieszczęśni partacze, którzy próbujecie pędzlem czy młotkiem utrwalić w martwym materiale piękno i siłę żywego człowieka! Oto on, mój „pędzel” — maszyna elektroniczno-chemiczna, przedłużenie mojego mózgu, mojej wyobraźni. I ja — inżynier, a nie artysta — nie ruszając palcem, wysiłkiem samej myśli tworzę piękno żywej istoty.

Przepiękne i dokładne proporcje dürerowskiego Adama i wyrazista muskulatura Herkulesa. I twarz niebrzydka… Jeszcze dwa-trzy retusze i koniec.”

„1 września. Dziś zaczyna się nowa era! Pójdę teraz do pracowni.

Spodnie dla niego mam, koszulę i buty też. Spakować! Aha, żebym nie zapomniał o kamerze — sfilmuję pojawienie się wspaniałego dubla. Czuję przedsmak tego wstrząsu umysłowego, który kiedyś wywoła projekcja tego amatorskiego filmu.

Zaraz tam pójdę, nałożę „czapkę Monomacha” i wydam rozkaz myślowy… nie, do diabła, powiem, zawołam wielkim, potężnym głosem, jak ongi w podobnej sytuacji zawołał Bóg Sabbaoth:

— Można! Pojaw się, dublu Adamie — Herkulesie — Kriwoszeinie!

„I ujrzał Bóg, że to było dobre…”

Nie, nie jestem oczywiście Bogiem. Tworzyłem człowieka cały miesiąc, a Jemu wystarczył skrócony dzień pracy — sobota. Ale czy to można nazwać pracą?”

Rozdział jedenasty

Człowiek uważał się zawsze za stworzenie rozumne. Nawet wtedy, gdy chodził jeszcze na czworakach i owijał ogon dookoła gałęzi. Aby stać się rozumnym, musi choć raz zdecydowanie poczuć się durniem.

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 59

Następny zapis w dzienniku zaskoczył doktoranta nierównym, jak gdyby nawet zmienionym charakterem pisma.

„6 września. Przecież nie chciałem… nie chciałem i jeszcze raz nie chciałem czegoś takiego! Mam ochotę krzyczeć — nie chciałem tego! Tak się starałem, żeby wyszło dobrze, bez partaniny i błędów.

Po nocach nie spałem, leżałem z zamkniętymi oczami wyobrażając sobie, we wszystkich szczegółach ciało Herkulesa, a później Adama, obmyślałem, jakie wprowadzić poprawki.

Nie mogłem zmieścić się w jednym seansie. Żadną miarą nie mogłem, dlatego właśnie go likwidowałem… Nie mogłem przecież wypuszczać kaleki z rękami i nogami różnej długości. I w żaden sposób nie mogłem wiedzieć, że za każdym razem zabijam go. No bo skąd miałem wiedzieć?!

…Skoro tylko z płynu wynurzyła się głowa i ramiona, dubel uchwycił się swymi potężnymi rękami za krawędź zbiornika, wyskoczył — ja właśnie prowadziłem go kamerą, utrwalając historyczny moment pojawienia się człowieka z maszyny — i padł przede mną na linoleum zachłystując się ochrypłym, skowyczącym płaczem. Skoczyłem ku niemu.

— Co ci jest?