125389.fb2
— Nie zabijaj mnie! Nie zabijaj mnie więcej! Za co ty mnie…
och! Nie chcę! Dwadzieścia pięć razy… dwadzieścia pięć razy zabijałeś mnie… aaaa…
Ale ja przecież nie wiedziałem. Nie mogłem wiedzieć o tym, że jego świadomość ożywa w każdym doświadczeniu! Rozumiał, że przekształcam jego ciało, że wyprawiam z nim, co mi się żywnie podoba, i nic na to nie mógł poradzić. A po moich rozkazach „Nie!” najpierw rozpuszczało się jego ciało, a później gasła świadomość…
I czemu tamten cholerny sztuczny idiota nie powiedział, że świadomość rodzi się, zanim powstaje ciało!
— Ach, do diabła! — w zmieszaniu mruknął doktorant. — Rzeczywiście! Przecież mózg musi wyłączać się na samym końcu. Zaraz, zaraz, kiedy to było? — przewrócił kilka kartek, spojrzał na daty i aż westchnął z ulgą — nie było w tym jego winy. W sierpniu i wrześniu niczego nie mógłby powiedzieć o tym, bo sam jeszcze nie rozumiał. Gdyby to on prowadził doświadczenie, popełniłby identyczny błąd.
„…I w ten sposób powstał człowiek o klasycznej budowie ciała, miłym wyglądzie zewnętrznym i przetrąconej psychice zastraszonego niewolnika. „Rycerz bez lęku Î skazy”…
Wykręcaj się teraz, szukaj winnych, sukinsynu: nie wiedziałeś, starałeś się! Czy aby tylko starałeś się, nic więcej? A czy nie było pychy, czy nie czułeś się Bogiem zasiadającym wśród chmur w etatowym fotelu? Bogiem, od którego kapryśnych myśli i nastrojów zależało, czy człowiek ma powstać, czy zniknąć, czy ma istnieć, czy też nie? Nie odczuwałeś przypadkiem intelektualnych orgazmów, kiedy wciąż i wciąż przekazywałeś maszynie rozkazy „Można!”,
„Nie tak!”, „Nie!”?
…Od razu spróbował wyrwać się z laboratorium i uciec. Ledwie udało mi się go przekonać, żeby się umył i ubrał. Drżał na całym ciele. O wspólnej pracy nie było nawet mowy.
Przez pięć dni mieszkał u mnie. Przez straszne pięć dni. Nie traciłem nadziei, że opamięta się, że mu przejdzie… Gdzie tam! Tak, jest całkowicie zdrowy fizycznie, wszystko wie, wszystko pamięta — maszyna rzetelnie umieściła w nim całą informację zawartą we mnie, moje wiadomości, moją pamięć… Ale nad tym wszystkim panował nie poddający się jego woli ani myślom lęk. Już pierwszego dnia posiwiał od wspomnień.
Mój widok wzbudzał w nim nieopisane przerażenie. Gdy wracałem do domu, natychmiast zrywał się na równe nogi, stawał w uniżonym ukłonie — jego potężne plecy garbiły się, ręce pokryte węzłami mięśni zwieszały się bezwładnie, jak gdyby usiłował stać się mniejszy. A oczy… Ach, te oczy! Patrzyły na mnie błagalnym, zaszczutym spojrzeniem, gotowe do złożenia każdej ofiary. Czułem się strasznie i nieswojo. Nigdy jeszcze nie widziadłem patrzącego w ten sposób człowieka.
Dziś nocą około czwartej nad ranem… sam nie wiem dlaczego, przebudziłem się. Na sufit padało szare, martwe światło jarzeniowych latarń ulicznych. Dubel Adam stoi unosząc nad moją głową hantlę. Wyraźnie widziałem, jak mięśnie prawej ręki napinały mu się do ciosu. Przez kuka sekund w osłupieniu patrzyliśmy sobie w oczy.
Po chwili dubel zachichotał nerwowo i odszedł szurając bosymi nogami po parkiecie.
Usiadłem na tapczanie i zapaliłem górne światło. Dubel skurczył się na podłodze obok szafy i kryjąc twarz oparł głowę na kolanach.
Ramiona i zaciśnięta w jego ręku hantla dygotały.
— No i co? — zapytałem ze złością. — Trzeba było bić, jak już miałeś hantlę w ręku. Od razu by ci ulżyło!
— Nie mogę zapomnieć— szlochając mamrotał dudniącym barytonem. — Zrozum, nie mogę zapomnieć, jak zabijałeś mnie… dwadzieścia pięć razy!
Wysunąłem szufladę, wyjąłem swój dowód, dyplom inżyniera, wszystkie pieniądze, jakie tam były. Potrząsnąłem Adama za ramię.
— Wstawaj! Ubieraj się i idź. Jedź, gdzie chcesz, urządź się, pracuj, żyj. Razem nic nie zrobimy — ani ty nie będziesz miał spokoju, ani ja… To nie moja wina! Niech to diabli! Czy ty nie możesz zrozumieć, że nie wiedziałem?
Robiłem coś, czego nikt jeszcze nie robił, mogłem przecież nie wiedzieć! Człowiek może urodzić się jako kaleka albo psychicznie chory, lub stać się nim przez chorobę czy wypadek, tylko że wtedy nie ma kogo winić, nie ma kogo walić hantlą po głowie. Gdybyś ty był na moim miejscu, byłoby to samo, bo ty jesteś mną, rozumiesz?!
Drżąc cofał się ku ścianie. Oprzytomniałem.
— Przepraszam cię. Masz, weź moje dokumenty, ja sobie jakoś poradzę. O, patrz — otworzyłem dowód — na fotografii jesteś nawet bardziej podobny do mnie niż ja sam… Widocznie fotograf także starał się upiększyć mi fizjonomię. Bierz pieniądze, ubranie i jazda na wolność. Będziesz żył sam, będziesz pracował — może ci przejdzie.
Wyszedł przed dwiema godzinami. Umówiliśmy się, że napisze do mnie, jak się urządzi. Chyba nie napisze…
A jednak dobrze, że chciał mnie zabić. Nie ma duszy niewolnika, reaguje na krzywdę. Może jeszcze wszystko w nim wróci do normy?
A ja siedzę… żadnej myśli. Pustka w głowie. Trzeba zaczynać od początku… O naturo, jaka z ciebie perfidna dziwka! Jak cieszy cię natrząsanie z naszych poczynań! Kusisz, kusisz, a potem…
Daj spokój! Nie zwalaj winy na naturę. Ona nadaje tylko szkielet twojej pracy. A cała reszta jest twoja, nie wykręcaj się.
Zadzwonił budzik: piętnaście po siódmej. Czas wstawać, myć się, golić, iść do pracy… Zamglone słońce nad domami, niebo pokryte dymem, brudne jak wypłowiała firanka. Wiatr niesie kurz, targa gałęzie drzew, wciska się przez drzwi balkonu. W dole przed domem trolejbus pożera ludzi na przystanku. Potem nadchodzą nowi, na wszystkich twarzach wypisane jest tylko jedno — nie spóźnić się do pracy!
Ja też powinienem pójść do pracy. Pójdę do pracowni, opiszę w dzienniku wynik nieudanego doświadczenia, pocieszę się frazesami w rodzaju: „na błędach ludzie się uczą”, „w nauce nie ma przetartych dróg…” Wezmę się za następne doświadczenia. I znowu będę błądził, okaleczał… egzemplarze doświadczalne? Nie, ludzi! Zapatrzony w siebie kretyn-marzyciel, uzbrojony w najnowsze osiągnięcia techniki!
Wiatr targa gałęzie drzew… Wszystko już było: dni pełne poszukiwań i odkryć, wieczory pełne rozmyślań, noce pełne marzeń. No i nadszedł ten jasny chłodny poranek, który miał odpędzić ciemność, a ukazał gorszą od niej bezlitosną prawdę. Pewnie o takiej porze dnia kobiety, które przez całą noc marzyły o dziecku, decydują się na poronienie. I mnie zdarzyło się poronienie… Marzyłem, chciałem dać szczęście ludziom, a stworzyłem już dwóch nieszczęśliwych. To nie dla mnie. Jestem słaby, nędzny i głupi. Trzeba zabrać się do czegoś zwykłego, na miarę sił. Napisać pracę, zrobić doktorat i wszystko będzie dobrze.
Wiatr targa gałęzie drzew. Wiatr targa gałęzie… Za ścianą adapter gra „Requiem” Mozarta. Mój sąsiad, docent Pryszczepa, od rana wprowadza się w matematyczny nastrój. „Requi… requiem…” czysto i bezwzględnie chór kwituje czyjeś życie. Przy takiej muzyce można by się zastrzelić i nikt nie zwróci uwagi na wystrzał.
Wiatr targa gałęzie drzew…
I cóż ja narobiłem? Miałem przecież wątpliwości, nawet już nie wątpliwości, ale pewność. Wiedziałem, że każda wprowadzona przeze mnie zmiana pozostaje w nim, że maszyna-matka wszystko zapamiętuje. Nie przywiązywałem do tego wagi? Dlaczego?
…Miałem taką myśl, którą wstydziłem się wyrazić słowami, takie wygodne i bezpieczne poczucie: to przecież nie ja. Mnie to bezpośrednio nie dotyczy… I poczucie bezkarności: mogę zrobić, co zechcę, i nic mi nie będzie…
Nie zastrzelisz się, ścierwo! Nic sobie nie zrobisz — dożyjesz do emerytury i jeszcze będziesz swoje życie stawiał za przykład innym…
Wiatr targa gałęzie drzew. Trolejbus pożera ludzi na przystanku…
Nie idę do pracy. Nie chce mi się…”
„20 września. Szary asfalt. Szare chmury. Motocykl połyka kilometry jak makaron. Przy drodze znieruchomiał malec, na jego twarzy widać decyzję: kiedy dorosnę, będę jeździł czerwonym motocyklem. Bądź sobie motocyklistą, głuptasie, byle nie pracownikiem naukowym…
Wciąż dodaję gazu. Wskazówka szybkościomierza minęła dziewięćdziesiątkę. Wiatr chłoszcze twarz. Naprzeciw ukazała się wywrotka — oczywiście wali samym środkiem szosy, nawet trochę lewą stroną. Ci dranie, kierowcy wywrotek, nie uważają motocyklistów za ludzi, zawsze spychają ich na pobocze. No, temu to ja nie ustąpię!
Nie, nie rozbiłem się. Żyję. Opisuję przecież, jak mknąłem dzisiaj ze szklanym wzrokiem nie wiadomo dokąd i po co. Coś przecież muszę pisać… Wywrotka w ostatniej chwili skręciła w prawo. W lusterku widziałem, jak kierowca wyskoczył na drogę wymachując za mną pięściami.
A właściwie co z tego, gdybym się nawet rozbił? Jest przecież w Moskwie zapasowy Kriwoszein… Czuję do wszystkich nieopisane obrzydzenie. Do siebie także.
…Jakże on drżał, jak obejmował moje nogi. Silny, piękny nie ja!
A mogłem przecież zrozumieć i zapobiec temu! Ale zdecydowałem: E, co tam! Przecież to nie ja.
A było tak interesująco, dobrze, pięknie. Marzenia i dyskusje, troska o szczęście ludzkości, składanie przysiąg… wstyd! A jednak nie liczyłem się z tym, że tworzę człowieka. O wszystkim pomyślałem — o pięknie, intelekcie, a o tym, że on może odczuwać ból i lęk, jakoś zapomniałem. Skleciłem naprędce teoryjkę, że w doświadczeniu śmierć informacyjna nie istnieje, i w porządku. A śmierć była — akt przemocy nad nim.
Jak mogło do tego dojść? Jakże do tego doszło?
Białe słupki wzdłuż szosy odbijają dźwięk silnika: tak-tak-tak-jak do tego doszło? Tak-tak-tak-jak doszło? Licznik wskazuje sto dziesięć. Ziemia i drzewa zlewają się w szarozielone smugi. Z taką szybkością mógłbym uciec przed pościgiem, uratować kogoś, zdążyć gdzieś na czas! Ale nie mam od kogo uciekać ani kogo ratować. A miałem kogo ratować, tylko tam trzeba było uczciwie myśleć, a nie dodawać gazu. Myśleć uczciwie…
Mogę pokonywać szczyty, żywioły — wysiłkiem i myśli, i mięśni — to nic wielkiego! Odnieść zwycięstwo nad żywiołem — to proste.
Ale jak przezwyciężyć samego siebie?
Przekartkowałem dziennik i ogarnęło mnie przerażenie — jakże podłe i służalcze są moje myśli! W jednym miejscu wywodzę, że nieszczęścia ludzi rodzą się z braku zasad moralnych, z ugodowości i obojętności, a kilka stronic dalej zręcznie uzasadniam, dlaczego nie należy zaczynać z Harry Chiłobokiem, niech sobie zostanie docentem… Tu rozmyślam nad tym, co mam robić, aby odkrycie „wyszło na dobre”, a w chwilę później usprawiedliwiam własne okrucieństwo powołując się na zbrodnie ludzkości… Oto (sam czy też razem z dublem-doktorantem, co za różnica) przypisuję sobie poziom przeciętnego inżyniera, dla którego taka praca jest ciężka i niezwykła.
Ot, takie małe ubezpieczenie, na wypadek, jeśli się nie uda. A kiedy zaczyna mi się udawać, przyrównuję siebie do Boga… I wszystko to pisałem szczerze, nie widząc żadnych sprzeczności.