125389.fb2 Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 6

Odnajdziesz si? sam - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 6

— No właśnie, szedłem tutaj, przypomniałem sobie i zastanawiałem się: mówić czy nie mówić. Może to drobiazg, może nie warto?

Ale jeśli sami o to pytacie… Miał różne wyskoki. Pamiętam na przykład w lipcu ubiegłego roku, akurat wtedy, kiedy oprócz pełnienia swojej funkcji kierowałem pracownią urządzeń doświadczalnych, nie można było przez długi czas znaleźć odpowiedniego specjalisty, docenta, wziąłem więc to na siebie, żeby etat nie przepadł, bo wiecie, etat zabiorą, a potem doprosić się nie można, u nas tak zawsze.

No i właśnie akurat nieco wcześniej moja pracownia przyjęła zamówienie od Kriwoszeina na wykonanie nowego układu czujników bioelektrycznych do elektroencefalografii — coś w rodzaju tej „czapki Monomacha”, która leży u was na stole, tylko bardziej skomplikowanego, żeby go można było przełączać na rozmaite warianty połączeń. Według schematu Kriwoszeina. Dlaczego przyjęli od niego to zamówienie, zamiast zajmować się nauką, pojęcia nie mam…

Wskutek zagłębiania się w sprawy nauki nie wytrenowany mózg Onisimowa pogrążał się w sennym otumanieniu. Zwykle zdecydowanie ucinał wszelkie dygresje od interesującego go tematu, ale teraz jego rosyjska dusza nie potrafiła pokonać w sobie szacunku wobec nauki, stopni i tytułów naukowych. Szacunek ten istniał w nim zawsze, a od czasu kiedy prowadząc poprzednie dochodzenie w Instytucie spojrzał na listę płac pracowników naukowych, podwoił się. I teraz Onisimow nie odważył się hamować swobodnego lotu słów Chiłoboka: bądź co bądź siedział przed nim człowiek zarabiający przeszło dwukrotnie więcej niż kapitan milicji Onisimow, i do tego całkowicie legalnie.

— No i wyobraźcie sobie, siedzę kiedyś w pracowni — ciągnął dalej Chiłobok — aż tu przychodzi do mnie Kriwoszein — bez fartucha, zwróćcie uwagę! U nas tak nie wolno, specjalne zarządzenie było wydane, żeby pracownicy inżynieryjni i naukowi chodzili w białych fartuchach, a technicy i laboranci — w szarych albo niebieskich, u nas przecież delegacje zagraniczne często bywają i inaczej nie można, ale on zawsze to lekceważył — no więc wchodzi i pyta, wiecie, tym swoim tonem: „Kiedy wreszcie wykonacie moje zamówienie na nowy układ?” No, to ja spokojniutko oczywiście mu wszystko wyjaśniam, niby tak i tak, Walentinie Wasiliewiczu, jak tylko będziemy mogli, to wykonamy, nie tak prosto wszystko to zrobić, coście tam narysowali, bardzo skomplikowany montaż, mnóstwo tranzystorów odpada przy selekcji… słowem, wyjaśniam mu jak należy, żeby człowiek pretensji nie miał. A on swoje: „Jak nie możecie wykonać w terminie, to nie trzeba się było do tego brać!” Ja mu znowu wszystko wyjaśniam, że układ złożony i że mnóstwo zamówień się nagromadziło, a Kriwoszein mi przerywa: „Jeżeli za dwa tygodnie zamówienie nie zostanie zrealizowane, to napiszę na was skargę, a pracę przekażę uczniom ze szkolnego kółka elektroników-amatorów!

I szybciej zrobią i za mniejsze pieniądze!” O pieniądzach to on do mnie pił, już wcześniej takie aluzje robił, no ale cóż ja w końcu mogę poradzić… Powiedział, trzasnął drzwiami i wyszedł…

Oficer miarowo kiwał głową i zaciskał szczęki, żeby ukryć ziewanie. Chiłobok wzburzony szemrał dalej.

— A pięć minut później, zwróćcie uwagę, nie więcej niż pięć minut, nawet nie zdążyłem rozmówić się telefonicznie z warsztatami, wpada znowu Kriwoszein, tym razem w fartuchu, widać zdążył znaleźć gdzieś szary, laborancki — i znowu: „Harry Charitonowiczu, kiedyż w końcu wykonacie to zamówienie na układ czujników?”

„Zmiłujcie się, mówię, inżynierze, przecież wszystko panu wyjaśniłem!” — i znowu próbuję wyjaśnić sprawę tranzystorów i montażu.

On mi przerywa i jak poprzednio: „Nie możecie, to nie trzeba się było podejmować…” — i znowu o skardze, uczniach i kosztach… — Chiłobok zbliżył twarz do Onisimowa: — Krótko mówiąc, powiedział wszystko to samo, co pięć minut wcześniej, w tych samych słowach!

Możecie sobie wyobrazić?

— Ciekawe — skinął głową Onisimow.

— Takich wyskoków Kriwoszein miał więcej. Kiedyś zapomniał zamknąć wodę na noc, zalał całe piętro pod pracownią. Innym razem — dozorca skarżył mi się — rozpalił w parku ogromne ognisko z taśm perforowanych. Tak że… — docent znacząco zacisnął pełne, czerwone wargi, żałobnie ocienione wąsami — wszystko mogło się zdarzyć.

A przez co to wszystko? Przez to, że chciał się wybić i przeciążał się pracą ponad miarę. Bywało i tak, że o jakiejkolwiek porze wychodziłoby się z Instytutu, u Kriwoszeina we wszystkich oknach iluminacja. Wielu pracowników Instytutu wyśmiewało się z tego. Kriwoszein, powiadali, nie doktorat chce zrobić, a od razu odkrycie… No i naodkrywał się.

— Jasne — Onisimow znowu zerknął na papierek. — Wspomnieliście, że Kriwoszein był w bliskich stosunkach z kobietą. Znacie ją?

— Helenę Kołomyjec? A jakże! Takich kobiet, wiecie, w naszym mieście niewiele, przystojna, elegancka, miła, słowem, taka… — Harry Charitonowicz wyraził nie dający się ująć w słowa zachwyt nad zaletami Heleny Kołomyjec falistymi ruchami rąk. Jego piwne oczy zabłysły. — Dziwiłem się nieraz, inni zresztą też, co ona w nim widzi? On przecież — oczywiście, de mortuis aut bene, aut nihil — ale co tu kryć: sami widzieliście, jaką miał powierzchowność. Ubrać się odpowiednio nie umiał, utykał… Ona przychodziła do niego, nasze domy w osiedlu stoją obok siebie, więc widziałem. Ale ostatnio jakoś się nie pokazywała. Rozeszli się pewnie jak statki na morzu, he, he! A wy sądzicie, że ona też jest w to zamieszana?

— Ja na razie nikogo nie podejrzewam, tylko wyjaśniam. — Onisimow podniósł się z ulgą. — No, dziękuję. Mam nadzieję, że nie trzeba uprzedzać was o konieczności zachowania tajemnicy, ponieważ…

— A czy ja sam nie wiem? A dziękować nie ma za co, to mój obowiązek, zawsze jestem do dyspozycji…

Po wyjściu „docenta Onisimow podstawił głowę pod wentylator, kilka minut siedział bez ruchu nie myśląc o niczym. W głowie, jak brzęczenie muchy, rozlegał się głos Chiłoboka.

„Chwileczkę! — Onisimow potrząsnął głową, żeby otrzeźwieć. — Przecież on nic nie wyjaśnił. Bitą godzinę rozmawialiśmy, przez cały czas niby na temat — i nic. Sekretarz naukowy, docent, doktor nauk — czyżby kręcił? Oj, coś tu nie tak!”

Zadzwonił telefon.

— Onisimow, słucham.

Przez kilka sekund w słuchawce słychać było tylko urywany oddech, jakby rozmówca nie mógł złapać tchu.

— Towarzyszu… kapitanie… tu Hajewoj.„melduje się… No więc… zatrzymany zbiegł!

— Zbiegł?! Jak to zbiegł? Meldujcie szczegółowo!

— No więc… wieźliśmy go „gazikiem”, Timofiejew za kierownicą, a ja razem z tym… — dudnił w słuchawce głos milicjanta. — Tak jak zawsze wozimy zatrzymanych. Wy przecież, towarzyszu kapitanie, nie uprzedzaliście, żeby pod specjalnym nadzorem, no, a ja myślałem sobie: gdzież on się podzieje, skoro dokumenty u was? No a kiedy przejeżdżaliśmy koło parku miejskiego, on w pełnym biegu wyskoczył, przez płot — i chodu! No to my z Timofiejewem za nim.

Tylko że on w biegu na przełaj jest dobry… No, a ognia nie otwierałem, bo nie było rozkazu. No więc… to wszystko.

— Jasne. Zameldujcie się w Komendzie, złóżcie raport na ręce dyżurnego. Źle pracujecie, Hajewoj!

— No to… może jakieś kroki przedsięwziąć, towarzyszu kapitanie? — zabrzmiało ponuro w słuchawce.

— Bez was to zrobimy. Wracajcie szybko, weźmiecie udział w pościgu. To wszystko! — Onisimow rzucił słuchawkę.

„Ależ to artysta, po prostu artysta! A ja jeszcze miałem wątpliwości! On, oczywiście, że on. No więc tak: dokumentów nie ma, pieniędzy też. Na sobie ma tylko spodnie i koszulę, tyle co nic. Daleko nie ucieknie. Ale jeżeli ma wspólników, to gorzej…” W dziesięć minut później pojawił się jeszcze bardziej zgarbiony pod ciężarem winy Hajewoj. Onisimow zebrał grupę pościgową, rozdał fotografie, przekazał słowny rysopis i znaki szczególne. Grupa operacyjna wyszła na miasto.

Potem zadzwonił daktyloskopista. Oznajmił, że niektóre odciski palców zdjęte w pracowni mogą być zidentyfikowane z kontrolnymi odciskami laboranta. Reszta należy do kogoś innego. Ani jedne, ani drugie nie są podobne do odcisków znajdujących się w kartotece recydywistów.

— Ten drugi to denat, jasne… No, no, sprawa zaczyna wyglądać poważniej. Na zwykłe kryminalne przestępstwo to nie wygląda…

Zresztą do niczego to wszystko nie jest podobne przez ten przeklęty szkielet! I co z nim zrobić?

Onisimow z rozpaczą wyjrzał przez okno. Cienie drzew na asfalcie wydłużyły się, ale upał nie ustępował. Koło przystanku trolejbusowego stał tłum dziewczyn w kolorowych sukienkach i ciemnych okularach. „Na plażę jadą…” Najbardziej denerwujące było to, że Onisimow dotychczas nie miał roboczej wersji zajścia.

Pod koniec dnia, kiedy wypisywał wezwania na dzień następny, wszedł komendant miejskiego oddziału. „No, tak…” Onisimow wstał z uczuciem przygnębienia.

— Siadajcie — pułkownik ciężko opadł na krzesło. — Co to za komplikacje macie: zwłok nie ma, zatrzymany zbiegł, co to się dzieje? Opowiedzcie.

Onisimow opowiedział.

— Hm… — komendant zmarszczył krzaczaste siwe brwi. — No, tego zucha oczywiście złapiemy. Lotnisko, kolej i autobusy pod obserwacją?

— Oczywiście, poleciłem natychmiast, towarzyszu pułkowniku.

— A więc nigdzie z miasta nie ucieknie. A co do zwłok… rzeczywiście dziwne. Diabli wiedzą co! A nie pokręciliście przypadkiem tam na miejscu czegoś? — Spojrzał na Onisimowa małymi mądrymi oczkami. — Może… pamiętacie, jak u Gorkiego, w „Klimie Samginie” jeden tak mówił: „A może chłopca wcale nie było?” Co?

— Ale przecież… lekarz pogotowia stwierdził zgon.

— I lekarze czasem się mylą. Do tego lekarz to nie ekspert, przyczyny zgonu nie ustalił. I zwłok nie ma. A ze szkieletu naszemu Zubato trochę trudno… Decydujcie zresztą sami, nie chcę nic narzucać, ale jeśli nie wyjaśnicie, w jaki sposób zwłoki w ciągu kwadransa zamieniły się w szkielet, a jeszcze do tego, czyje to były zwłoki i jaka przyczyna zgonu — żaden sąd takiej poszlaki nie weźmie pod uwagę. Teraz nawet prostsze sprawy sądy odsyłają celem uzupełnienia dochodzenia albo i umarzają z braku dowodów… To oczywiście bardzo dobrze, że prawo działa surowo i ostrożnie, tylko… — westchnął głośno. — Trudna sprawa, co? Koncepcję macie?

— Zarys mam — powiedział nieśmiało Onisimow — tylko nie wiem, towarzyszu komendancie, jak wam się spodoba. Moim zdaniem to nie jest sprawa kryminalna. Według zeznania sekretarza naukowego Instytutu w Stanach Zjednoczonych bardzo się interesują problemem, który opracowywał Kriwoszein, to po pierwsze. Laborant Krawiec zachowaniem swoim i, powiedzmy, poziomem kulturalnym nie przypomina ani studenta, ani kryminalisty. Uciekł po mistrzowsku, to następna sprawa. Po trzecie, jego odcisków palców nie ma w kartotece recydywistów. No więc, może… — Onisimow zamilkł i pytająco spojrzał na szefa.

— …zepchnąć sprawę do Bezpieczeństwa? — z żołnierską prostotą zakończył komendant jego myśl i pokręcił głową. — Oj, nie spieszcie się! Jeśli my, milicja, wykryjemy przestępstwo z zagranicznym, powiedzmy, akcentem, to ani nam, ani społeczeństwu to nie zaszkodzi, tylko wszyscy skorzystają. No, a jeśli organa za nas wykryją zwykłą sprawę kryminalną albo naruszenie BHP, to… sami rozumiecie. I bez tego w ostatnim półroczu procent wykrywalności mamy najgorszy w okręgu — z dobrodusznym wyrzutem spojrzał na Onisimowa. — Ale nie załamujcie się! Nie darmo mówią, że najtrudniejsze do rozwiązania są sprawy najprostsze. Może wszystko się komplikuje przez ten Instytut. Sami wiecie, tematy, problemy, tytuły, stopnie, terminy rozmaite… sam diabeł się nie rozezna. Nie spieszcie się z wyborem wersji, sprawdźcie wszystkie możliwości, może i u was okaże się, jak u Kryłowa: „a szkatułka otwierała się prosto”… No, życzę powodzenia — komendant wstał, wyciągnął rękę — wierzę, że dacie sobie radę!

Onisimow też wstał, uścisnął wyciągniętą dłoń i odprowadził pułkownika rozjaśnionym wzrokiem. Zaufanie przełożonych to wielka rzecz!

Rozdział trzeci

Ci, którzy uważają, że życie ludzkie w stosunku do dawnych czasów zmieniło się tylko powierzchownie, przyrównują ognisko, przy którym spędzali wieczory troglodyci, do telewizora, umilającego czas współczesnym. Porównanie to jest dyskusyjne, ponieważ ognisko i świeci, i grzeje, telewizor zaś tylko świeci, a i to z jednej strony.

K. Prutkow — Inżynier, myśl nr 111

Pasażerkę pociągu pospiesznego Nowosybirsk — Dnieprowsk, pulchną błękitnooką blondynkę w średnim wieku, niezwykle zainteresował młody człowiek z górnego miejsca. Miał ogorzałą twarz o grubych, choć regularnych rysach, kręcone ciemne włosy, mocno przyprószone siwizną, silne opalone ręce z grubymi palcami i śladami odcisków na dłoniach, a jednocześnie uśmiechał się miękko, był uprzejmy (z własnej chęci ustąpił jej dolne miejsce, kiedy wsiadła w Charkowie) i wyrażał się jak człowiek inteligentny. Chłopak leżał położywszy kwadratowy podbródek na dłoniach, wpatrywał się w migające drzewa, domki, rzeczki, znaki drogowe i uśmiechał się.

„Interesujący.”

— Pewnie rodzinne strony? — zapytała.