125389.fb2
— Dawno pan wyjechał?
— Rok temu.
Poznawał: oto przemknęła pod nasypem szosa, po której pędził z Leną na motocyklu… a teraz zagajnik dębowy, dokąd mieszkańcy miasta wyjeżdżają w wolne dni… Starorzecze, miejsce bezludnych plaż, czystego piasku i spokojnej wody… chutor Wytrebeńki — oho, co za budownictwo! Pewnie zakłady chemiczne… Uśmiechał się i chmurzył do swoich wspomnień.
…Właściwie nigdy nie jeździł z Leną na motocyklu ani nie był w tym zagajniku, ani na plażach — wszystko to działo się bez niego. Po prostu odbyła się kiedyś rozmowa, w której, jeśli wyrażać się precyzyjnie, również nie brał udziału osobiście.
— Zastosowanie? Proszę bardzo: warianty życia ludzkiego. Popatrz: „Stocznia we Władywostoku poszukuje inżyniera elektryka do prac montażowych w terenie. Mieszkanie zapewnione.” Alboż nie jestem inżynierem elektrykiem? Prace montażowe w terenie, cóż może być piękniejszego? Oceaniczna fala zalewa armaturę. Ciągniesz kabel, zlizujesz słone bryzgi z warg — jednym słowem, pokonujesz żywioł.
— Tak, ale…
— Dobrze, rozumiem przedtem to było niemożliwe. Przedtem! W końcu jesteśmy ludźmi obowiązku: nie potrafimy po prostu rzucić pracy i pojechać, żeby zaspokoić włóczęgowskie skłonności. Zawsze tak zostajemy i razem z nami pozostaje żal po miejscach, w których nie byliśmy i nigdy nie będziemy, po ludziach, których nie spotkamy, po sprawach i wydarzeniach, w których nie weźmiemy udziału.
Zagłuszamy ten żal książkami, kinem, marzeniami — nie można przecież przeżyć kilku żyć jednocześnie. A teraz…
— A teraz tak samo. Ty pojedziesz do Władywostoku zlizywać bryzgi, a ja zostanę ze swoim niezadowoleniem.
— Ale… możemy się przecież wymieniać. Raz na pół roku, nikt nie zauważy… Ale nie, bzdura: przecież będziemy się różnić o pół roku własnych doświadczeń…
— Otóż to właśnie. Człowiek, który poszedł określoną drogą życiową, staje się inny, niż byłby wybierając inną.
…Mimo wszystko jednak zgłosił się właśnie do Władywostoku.
Pojechał nie po to, aby zagłuszyć niezadowolenie, tylko uciekł od lęków przeszłości. Uciekłby i dalej, ale dalej był ocean. Co prawda, wolny etat przy pracach montażowych w portach okazał się zajęty, ale koniec końców wysadzanie skał podwodnych, oczyszczanie miejsc dla postoju statków to też niezła praca. Romantyki nie brakowało: zanurzał się z akwalungiem w turkusową głębię, widział własny kołyszący się cień na wygładzonych przez przy bój głazach na dnie, wiercił otwory w skale, zakładał ładunki wybuchowe, podpalał lont — i płosząc ryby, które chwilę później wynurzały się brzuchami do góry, odpływał co sił ku dyżurującej łodzi. A potem, stęskniwszy się za pracą inżyniera, wprowadził udar elektrohydrauliczny, bezpieczniejszy i efektywniejszy od dynamitu. Jednak jakiś ślad po sobie pozostawił.
— A z daleka pan jedzie? — przerwała te wspomnienia towarzyszka podróży.
— Z Dalekiego Wschodu.
— Na zaciąg pan jeździł czy tak po prostu?
Chłopak spojrzał w dół szarymi oczami i uśmiechnął się z lekka.
— Na leczenie…
Towarzyszka podróży pokiwała głową z trwożnym współczuciem. Straciła ochotę do rozmowy. Wyciągnęła z torby książkę i zagłębiła się w lekturze.
…Tak, tam zaczęło się leczenie. Chłopcy z brygady byli zadziwieni jego odwagą. Istotnie, nie bał się: siła, zręczność, dokładne obliczenie — i żadnej fali głębinowej można się nie obawiać. Tam miał swoje życie we własnych rękach, czegóż miał się bać? To, co najstraszniejsze, przeżył tu, w Dnieprowsku, kiedy Kriwoszein był panem jego życia i śmierci. I to nie jednej śmierci, a wielu. Kriwoszein nie rozumiał, że to, co z nim wyczyniał, było gorsze niż torturowanie związanego.
Mimo woli napięły mu się mięśnie. Przebiegł go dreszcz złości.
Tak wiele wywiały z niego przez rok oceaniczne monsuny: przygnębienie, paniczny lęk, nawet uczucia do Leny. A to pozostało.
„Może nie warto było wracać? Ocean, przy którym czujesz się mały i prosty, dobrzy koledzy, trudna i ciekawa praca. Ogólny szacunek. Tam stałem się sobą. A tu… kto wie, jak potoczyły się jego sprawy?”
…Ale nie mógł nie powrócić, tak jak nie potrafił zapomnieć tego, co było. Najpierw — w przerwie na papierosa, po pracy, w wolne dni, kiedy całą brygadą pływali do Władywostoku — nieprzerwanie dręczyła go myśl: „A Kriwoszein pracuje. Jest sam…” Potem przyszła koncepcja.
Pewnego razu oczyszczali dno w bezimiennej zatoczce w Kraju Chabarowskim, gdzie z urwistego pobrzeża tryskały ciepłe źródła mineralne. Zeskoczywszy z łodzi trafił w strumień wody i o mało nie krzyknął, tak gwałtowna była pamięć ciała. Smak wody był smakiem tamtej cieczy, nieopisana ciepła łagodność kryła w sobie tamtą dawną groźbę: rozpuścić, zniszczyć, wygasić świadomość. Rzucił się przed siebie — chłodna fala oceanu otrzeźwiła go i uspokoiła. Ale wrażenie pozostało. Do wieczora przekształciło się w myśl, i to jaką: można ustawić odwrotny eksperyment!
I ratując się przed wspomnieniami przeszłości „zachorował” na koncepcję. Ożyła wyobraźnia badacza. Jakie to było piękne: obmyślać eksperyment, przewidywać ogromne wyniki, które może przynieść… Praca minera wydawała mu się szarą wegetacją. Teraz bez obaw, szczegółowo i planowo przemyśliwał nad wszystkim, co z nim się działo, odtwarzał w myśli różnorakie warianty doświadczenia… Nie mógł tam pozostać z tą koncepcją: przecież Kriwoszein i do dziś prawdopodobnie do niej nie doszedł. Do takiej koncepcji nie można dojść drogą teoretycznych rozważań — trzeba przeżyć wszystko tak, jak on sam to przeżył.
Jednak nieubłagana logika ich problemu doprowadziła do tego, że w ślad za koncepcją doświadczenia przyszła inna myśl: no dobrze, znajdą nową metodę wzbogacenia człowieka informacją. I cóż ona da? Ta myśl była trudniejsza od poprzedniej; w drodze z Władywostoku do Dnieprowska nieraz powracał do niej, ale ani razu nie przemyślał jej do końca.
Przed oknem wagonu, odbijając stukot kół, mignęła kratownica mostu: pociąg przejeżdżał przez Dniepr. Chłopak oderwał się na chwilę od swoich myśli, przyjrzał się poduszkowcowi lecącemu nad błękitną wodą w dół rzeki i zielonym stokom na prawym brzegu.
Most skończył się, znów zaczęły migać domki, ogrody, żywopłot wzdłuż nasypu.
„Wszystko sprowadza się do problemu: w jaki sposób i jaką informacją można udoskonalić człowieka? Cała reszta jest jego rozwinięciem. Dany jest układ: mózg ludzki i wejścia — oczy, uszy, nos i inne. Trzy potoki informacji docierają do mózgu: życie codzienne, nauka i sztuka. Należy wydzielić informację najefektywniej oddziaływającą na człowieka i tak ukierunkowaną, aby doskonaliła i uszlachetniała. Najefektywniejsza jest oczywiście informacja, którą przynosi życie codzienne: jest konkretna i realna, formuje doświadczenie życiowe człowieka. Samo życie, co tu dużo mówić. Istotne jest to, że współ działa z człowiekiem na zasadzie sprzężenia zwrotnego: życie oddziałuje na człowieka, ale i on swoim zachowaniem oddziałuje na życie. Ale efekt codziennego doświadczenia bywa różny: zmienia człowieka i na lepsze, i na gorsze. A więc nie to…
Rozpatrzmy informację naukową: też realna, obiektywna, ale abstrakcyjna. W istocie swojej jest uogólnionym doświadczeniem wynikającym z działalności człowieka. Dlatego jest stosowalna w wielu sytuacjach życiowych i dlatego też jej oddziaływanie na życie jest olbrzymie. Tu zresztą też istnieje sprzężenie zwrotne z życiem; wprawdzie nie indywidualne dla każdej jednostki, a ogólne: nauka rozwiązuje problemy życia, kształtując je w ten sposób, a ukształtowane przez nią życie stawia przed nauką nowe problemy. Znowu jednak wpływ nauki na życie w ogóle i na określonego człowieka w szczególności może być dodatni lub ujemny. Przykładów jest wiele.
I jeszcze jedna wada: trudne przyswajanie przez człowieka. Tak, ciężka sprawa… Ale to nic, jeśli ciągle myśleć o tym samym, wcześniej czy później dojdzie się do czegoś… Najważniejsze, żeby myśleć według jakiegoś systemu…”
Uwagę jego odwróciło dochodzące z dołu pochlipywanie. Spojrzał: pasażerka, nie odrywając oczu od książki, wycierała chusteczką zaczerwienione oczy.
— Co pani czyta?
Spojrzała ze złością w górę, pokazując okładkę: „Trzej towarzysze” Remarque'a.
— A niech ich… — i znowu pogrążyła się w lekturze.
„Tak… Umiera na gruźlicę dziewczyna, kochająca i subtelna. A moja syta i zdrowa sąsiadka współczuje jej jak samej sobie. Jednym słowem, nie ma co kombinować: widocznie informacja płynąca ze Sztuki to właśnie to! A w każdym razie ukierunkowana jest na wszystko najlepsze w człowieku. W Sztuce przez tysiące lat wyselekcjonowała się najwyższej jakości informacja o człowieku: myśli, opisy subtelnych drgnień duszy ludzkiej, silnych i szlachetnych uczuć, barwnych charakterów, pięknych i mądrych czynów…
Wszystko to z dawien dawna nastawione jest na to, aby rozwijać w człowieku rozumienie bliźnich i życia, naprawiać obyczaje, budzić myśli i uczucia, wykorzeniać zwierzęce cechy charakteru. Przy tym ta informacja dociera do człowieka, mówiąc ściśle, jest wspaniale zakodowana, najlepiej, jak to tylko możliwe, przystosowana do opracowania przez maszynę matematyczną typu „Człowiek”. Z tego punktu widzenia, ani codzienna, ani naukowa informacja nawet równać się nie może z informacją płynącą ze Sztuki.” Pociąg zwolnił przejeżdżając przedmieścia Dnieprowska. Pasażerka odłożyła książkę, zaczęła się krzątać, wyciągnęła walizki spod ławek. Chłopak wciąż leżał i myślał.
„Tak, ale co z efektywnością? Przez tysiąclecia ludzie wysilali się… Co prawda, mniej więcej do połowy ubiegłego wieku Sztuka była dostępna tylko dla nielicznych. Ale potem przyszła technika: rozpowszechnienie druku, litografia, wystawy, zapis dźwięku, kino, radio, telewizja — informacja stała się dostępna dla wszystkich. Dla współczesnego człowieka ilość informacji otrzymywanej z książek, filmów, audycji radiowych, czasopism ilustrowanych i telewizji jest współmierna z ilością informacji pochodzącej z życia codziennego i daleko większa niż ilość informacji naukowej. I cóż? Hm… oddziaływania. Sztuki nie można zmierzyć przyrządem i sprawdzić w doświadczeniu. Pozostaje porównanie — dajmy na to! — oddziaływania nauki i sztuki w ciągu ostatniego półwiecza. Boże, przecież o żadnym porównaniu tu nawet nie może być mowy.” Pociąg wjechał na peron pełen oczekujących, bagażowych i lodziarzy. Chłopak zeskoczył ze swojego miejsca, zdjął plecak, przewiesił przez rękę niebieski płaszcz. Współpasażerka dreptała wokół trzech solidnych waliz.
— Ależ pani ma wielki bagaż, pomogę — chłopak chwycił największą walizkę.
— Nie, nie, dziękuję! — Dama szybko usiadła na jednej walizce, przełożyła toczoną nogę przez drugą i obiema rękami wczepiła się w trzecią, trajkocząc: — Nie, dziękuję. Nie, nie, dziękuję. Nie trzeba.
Uniosła twarz, w której nie pozostało nic sympatycznego. Policzki nie były pełne, ale tłuste, a oczy, wcale nie niebieskie, tylko wodniste — patrzyły z przerażeniem i wrogością. Brwi w ogóle znikły: zostały dwa spocone pasemka tuszu. Wydawało się, że wystarczy jeden ruch i kobieta zacznie krzyczeć.
— Przepraszam. — Chłopak cofnął rękę i wyszedł. Poczuł obrzydzenie.
„No i proszę: przykładowe porównanie efektów informacji codziennego doświadczenia i Sztuki — myślał ze złością, idąc przez plac koło dworca. — Mało to ludzi mogło przyjechać z okolic nie tak znowu odległych: zaopatrzeniowiec, działacz partyjny, sportowiec, rybak… Nie, musiała pomyśleć najgorsze i podejrzewać o nieuczciwe zamiary. Niezawodna zasada życia codziennego: lepiej nie uwierzyć, niż się omylić. Ale czy nie mylimy się przez to znacznie bardziej?”
W pociągu myślał z nudów. Teraz rozmyślał, aby się uspokoić, i wciąż o tym samym.
„Oczywiście, gdyby opowiedzieć o każdym człowieku w książce albo na ekranie, to ludzie zrozumieją, uwierzą w niego, przebaczą wady, pokochają za zalety. A w życiu wszystko jest bardziej złożone i powszednie… Zresztą, czy można mieć do niej pretensję, sam nie jestem inny. Kiedyś, w cielęcym wieku, nie wierzyłem ojcu. Kochałem, ale nie wierzyłem. Nie wierzyłem, że brał udział w rewolucjach, w wojnie domowej, że dowodził kompanią u Czapajewa, spotykał Lenina… Wszystko zaczęło się od filmu „Czapajew”: nie było w nim ojca. Był autentyczny Czapajew i inni bohaterowie, mocnymi głosami wygłaszali soczyste, urywane zdania… a taty nie było. I w ogóle, cóż on mógł mieć wspólnego z Czapajewem? Kłócił się z mamą.
Mówił sepleniąc z powodu sztucznej szczęki, którą na noc wkładał do szklanki. Nieprawidłowo — inaczej niż w kinie — wymawiał słowa, a co trudniejsze przekręcał. A do tego w 1937 posadzili go… I kiedy opowiadał sąsiadkom na podwórku, jak za agitację bolszewicką na froncie w czasach Kiereńskiego stał dwie godziny w pełnym oporządzeniu na przedpiersiu okopu, jak przywoził Leninowi do Smolnego srebrne monety od żołnierzy frontowych na fundusz rewolucyjny, jak skazany przez Kozaków na śmierć siedział w stodole… a baby wzdychały, omdlewały z zachwytu, klaskały w dłonie: „A to ci bohater z naszego Karpycza, ojejej!” — podśmiewałem się i nie wierzyłem. Wiedziałem dokładnie, jacy są bohaterowie — z kina i z radia…”
Twarz przyjezdnego zmarszczyła się od wspomnień.
„Zresztą, w końcu to nie byłem ja. Ale najważniejsze, że to było… Tak, chyba jednak w tym wspaniałym sposobie przekazu informacji — Sztuce — jest jakaś wada. Ludzie oglądają film czy przedstawienie, czytają książkę i mówią: „Podoba mi się” — a żyją, jak żyli: jedni nieźle, drudzy tak sobie, a jeszcze inni całkiem parszywie.