125389.fb2
Wzrok przyjezdnego zatrzymał się na budce telefonicznej. W pierwszej chwili spojrzał nieprzytomnie, czyżby miał tu coś do zrobienia? Potem przypomniał sobie. Westchnął głęboko, wszedł do budki, wykręcił numer pracowni nowych układów. Czekając na odpowiedź czuł, jak zaczęło mu bić serce, w ustach wyschło. „Denerwuję się. Źle ze mną…” Nikt się nie zgłaszał. Wahając się, zadzwonił do dyżurnego Instytutu Systemologii:
— Czy mógłby mi pan pomóc odnaleźć Kriwoszeina? Może jest na urlopie?
— Kriwoszein? On… nie, nie na urlopie. A kto mówi?
— Jeśli pojawi się dziś w Instytucie, bardzo proszę powiedzieć, że przyjechał… Adam.
— Adam? A nazwisko?
— On będzie wiedział. Bardzo proszę niech pan nie zapomni.
— Dobrze, będę pamiętał.
Przyjezdny wyszedł z budki z ulgą: dopiero w tej chwili zrozumiał, że jest do tego spotkania zupełnie nie przygotowany. „No, nic nie poradzę, sikoro już przyjechałem… A może jest w domu?” Wsiadł do trolejbusu. Otulone granatowym mrokiem ulice nie interesowały go: wyjechał latem i powrócił latem, wszystko w zieleni, jakby się nic nie zmieniło.
„No dobrze, więc jak w końcu zastosować informację Sztuki w naszej pracy? I czy w ogóle można ją zastosować? Całe nieszczęście polega na tym, że informacja ta nie staje się ani doświadczeniem życiowym, ani nauką, a właśnie na doświadczeniu i nauce budują ludzie swoje postępowanie. W zasadzie powinno być tak: przeczytałeś książkę i zaczynasz rozumieć siebie i znajomych; drań obejrzał przedstawienie, przeraził się i stał się uczciwym człowiekiem, tchórz poszedł do kina i wyszedł odważny. I żeby na całe życie, a nie na pięć minut. Pewnie o takim właśnie działaniu swojej informacji marzą pisarze i malarze. A dlaczego tak się nie dzieje? Zastanówmy się. Informacja Sztuki budowana jest na wzór codziennego doświadczenia. Jest konkretna, zawiera tylko ukryte i nie całkiem ścisłe uogólnienia, ale nie jest realna, a jedynie prawdopodobna. Na tym chyba polega jej słabość. Nie może być zastosowana w taki sposób jak informacja naukowa: na to, aby człowiek mógł na jej podstawie projektować i planować swe życie, jest zbyt ogólna i mało obiektywna. Nie można również kierować się nią tak, jak codziennym doświadczeniem, a to właśnie z powodu jej konkretności, która nigdy nie przystaje całkowicie do konkretnego życia danego odbiorcy.
Zresztą, jeśliby nawet przystawała, któż zechce żyć przez kalkę?
Skopiować fryzurę ostatecznie można, ale powielać zalecany przez masowy nakład sposób życia… Widocznie idea „wychowywania na wzorcach literackich” zrodziła się z myśli, że człowiek pochodzi od małpy i po niej odziedziczył instynkt naśladownictwa. Ale człowiek już dawno jest człowiekiem, cały milion lat. Obecnie charakterystycznymi jego cechami są: potrzeba samopotwierdzenia się i oryginalność zachowania; i on sam wie, że tak jest słuszniej.”
— Osiedle Uniwersyteckie! — zachrypiał w głośniku głos kierowcy.
Przyjezdny wysiadł i od razu przekonał się, że jechał na próżno.
Dwa rzędy standardowych czteropiętrowych bloków, zbiegające się w perspektywie, spoglądały na siebie oświetlonymi oknami. Ale w domu nr 33 w oknach narożnego mieszkania na czwartym piętrze było ciemno.
Uczucie ulgi, że nieprzyjemne spotkanie z Kriwoszeinem odwlecze się jednak, przemieszało się z irytacją: nie ma gdzie przenocować. Wrócił trolejbusem do śródmieścia i rozpoczął wędrówkę po hotelach. Miejsc oczywiście nigdzie nie było.
Znowu pochłonęły go myśli, które teraz łagodziły mu bezskuteczne poszukiwania noclegu.
„Im dłużej żyjemy, tym bardziej przekonujemy się o wielości sytuacji życiowych, do których nie można zastosować rozwiązań opisanych w książkach czy przedstawionych w filmie. I zaczynamy percepowac informację zawartą w Sztuce jako niby-życie, w którym wszystko jest nie tak, jak naprawdę. Można przeżyć w nim ryzykowną przygodę z tragicznym finałem, wykazać pryncypialność, nie narażając się na nieprzyjemności służbowe… jednym słowem, poczuć się, choć na krótko, kimś innym: mądrzejszym, piękniejszym, śmielszym. Nie darmo ludzie, którzy żyją jednostajnym porządniutkim życiem, uwielbiają powieści awanturnicze i kryminały…” Wyszedł na jarzący się światłami ulicznych latarń i neonów prospekt Marksa.
„I stosujemy tę wielką informację do głupstw: dla rozrywki, dla zabicia czasu.. Albo żeby dziewczynę oczarować odpowiednim wierszykiem… To nie jest twoja własna informacja. Nie sam doszedłeś do rozwiązań i prawd. Siedź i patrz albo czytaj, jak za przezroczystą ścianką toczy się wymyślone życie — sam jesteś tylko „odbiornikiem informacji”. Bywały co prawda przypadki, że „odbiorniki” nie wytrzymywały i próbowały działać: na przykład ojciec opowiadał kiedyś, jak pewien czerwonoarmista w Samarze „rąbnął z gwera” do aktora, występującego w roli Kołczaka w sztuce wojennej, a jeszcze przedtem w Niżnym Nowgorodzie publiczność zbiła wykonawcę roli Jagona za zbyt przekonywającą grę aktorską… Sama koncepcja rozbicia szklanej ściany i oddziaływania jest zdrowa…
Coś w niej jest…”
W głowie przyjezdnego dojrzewała myśl, jeszcze nie uformowana w słowa, niejasna jak przeczucie. Lecz w tym momencie ktoś delikatnie dotknął jego ramienia. Obejrzał się: tuż przy nim stało trzech mężczyzn w cywilnych, ubraniach. Jeden z nich niedbale machnął mu przed oczyma czerwoną legitymacją:
— Proszę o dokumenty, obywatelu.
Przyjezdny wzruszył ramionami, postawił plecak na asfalcie i wyciągnął z kieszeni dowód osobisty. Funkcjonariusz przeczytał pierwszą stronę, spojrzał na fotografię, potem na twarz, potem znowu na fotografię i zwrócił dowód.
— Wszystko w porządku. Przepraszam.
„Ufff.” Chłopak podniósł plecak i starając się nie przyspieszać kroku poszedł w stronę hotelu „Teatralnego”. Nastrój mu się popsuł.
„Może nie warto było przyjeżdżać?”
Trzech mężczyzn podeszło do kiosku z papierosami. Tam oczekiwał na nich ubrany również po cywilnemu Hajewoj.
— No i co? Mówiłem przecież — rzekł tonem zwycięzcy.
— Nie ten… — westchnął funkcjonariusz. — Jakiś Kriwoszein Walentin Wasiliewicz. A z fotografii i rysopisu słownego zupełnie Krawiec.
— Rysopis, rysopis… i co on wart ten rysopis? — rozzłościł się Hajewoj. — Ja go przecież widziałem, eskortowałem go: tamten nie był siwy, dziesięć lat młodszy i do tego szczuplejszy.
— Idziemy na dworzec, chłopcy — zaproponował drugi funkcjonariusz. — Rzeczywiście, co on, wariat, żeby po prospekcie spacerować?
Wiktor Krawiec w tym czasie rzeczywiście przemykał się ciemną pustą uliczką.
…Wyskoczywszy wtedy w biegu z samochodu milicyjnego, przedostał się przez park nad Dniepr, gdzie leżał w krzakach i czekał, aż się ściemni. Chciało mu się palić i jeść. Niskie słońce złociło nakrapiany pstrymi grzybami parasoli piasek Wyspy Plażowej, widać było mrowiących się tam plażowiczów. Maleńki holownik, rozpuściwszy wodne wąsy od brzegu do brzegu, spieszył w górę rzeki, ku portowi towarowemu po następną barkę. W dole, u podnóża urwiska, hałasowały na bulwarze tramwaje i samochody.
„No i doigraliśmy się… Wszystkośmy przemyśleli: metodykę, warianty zastosowania metody, nawet jej oddziaływanie na sytuację w świecie, tylko tego nie przewidzieliśmy. Żeby tak rąbnąć z wysoka, prosto pyskiem w błoto: z pracowników naukowych ni z tego, ni z owego stać się przestępcami. Mój Boże, cóż to za cholerna praca: jedno nieudane doświadczenie i wszystko diabli biorą. Ja przecież zupełnie nie jestem przygotowany do tej zabawy w policjantów i złodziei, piśmiennictwo mam w bibliotece studiować, czy co? Ten — kodeks karny i co tam jeszcze takiego? Kodeks postępowania karnego czy jak to się nazywa… Nie znam prawideł gry i mogę ja bardzo łatwo przegrać, a właściwie już przegrałem. Biblioteka… jaka tam teraz biblioteka…”
Wieże chłodnicze elektrowni po drugiej stronie Dniepru buchały gęstymi kłębami pary — wydawało się, że produkują chmury. Słońce dotykało ich dolną krawędzią.
„I co teraz zrobić? Wrócić do Komendy, opowiedzieć wszystko ze skruchą i w obrzydliwy sposób wydać wszystko to, czego strzegliśmy przed niepowołanymi oczami? Zdradzić nie dla ratowania pracy, ale siebie? Bo pracy tym się i tak nie uratuje: jeszcze dwa, trzy dni i w pracowni wszystko zacznie gnić, i niczego się już nie udowodni, nikt nie uwierzy i nie dowie się, co tam było… Siebie też nie uratuję: przecież Kriwoszein nie żyje. Jak to się mówi — obciąża mnie… Może pójść do Azarowa i wszystko wyjaśnić? Nie, teraz już się nic nie da wyjaśnić. Dla niego już nawet nie jestem studentem na praktyce, tylko podejrzanym osobnikiem z fałszywymi dokumentami. Oczywiście na pewno zawiadomili go o mojej ucieczce, a on jako lojalny administrator winien współpracować z milicją… To właśnie jest problem człowieka w całej okazałości. Wszystkie nieszczęścia stąd się biorą. A ściślej z tego, że nie chcieliśmy pogodzić się z tym, że nie można go rozwiązać sposobem laboratoryjnym. Bp jak to: my? My, którzy osiągnęliśmy takie wyniki? My, którzy trzymamy w ręku niesłychane możliwości syntezy informacji? Też coś…
A tymczasem do tego problemu nie dorośliśmy, najwyższy czas się przyznać. A bez tego cała reszta po prostu nie ma sensu.” Słońce zachodziło. Krawiec wstał, otrzepał spodnie i poszedł w górę ścieżką, nie wiedząc ani dokąd, ani po co. W kieszeniach dźwięczał bilon. Przeliczył: wystarczy na paczkę papierosów i bardzo skromną kolację. A co dalej? Dwie studentki, które rozsiadły się na ławce w zaroślach, aby przygotowywać się do egzaminów, z zainteresowaniem, spojrzały na przystojnego chłopaka, potrząsnęły głowami odpędzając grzeszne myśli i zagłębiły się w notatkach.
„Hmm… No tak, chyba nie zginę. Może pójść do Leny? Nie, ją też pewnie śledzą, przyskrzynią mnie…”
Ścieżka wyprowadziła go na cichą, pustą uliczkę. Zza płotów zwieszały się gałęzie, ciężkie od czerwieniejących wiśni. W dali na niebie widać było podświetlony od dołu rudy obłok.
Ściemniało się. Chłód wieczoru wślizgiwał się pod koszulę naciągniętą na gołe ciało. Po przeciwnej stronie ulicy w pewnej odległości od Wiktora pojawiło się dwu mężczyzn w czapkach mundurowych. Milicja! Krawiec rzucił się w najbliższą przecznicę. Przebiegł kawałek i zatrzymał się, aby złapać oddech.
„Doczekałem się. Przez dwadzieścia lat nie uciekałem przed nikim. Jak chłopiec z cudzego sadu… — Z bezradności i poniżenia strasznie chciało mu się palić. — Gra przegrana. Trzeba przyznać się do tego otwarcie i wycofać się… W końcu bywają sytuacje, w których każdy z nas miałby ochotę uciec, zboczyć z drogi. Teraz moja kolej, do diabła. Cóż więcej mogę zrobić?”
Uliczka wyprowadziła go w blask błękitnych świateł. Na ich widok Wiktor poczuł napad zwierzęcego głodu: nie jadł prawie dobę.
„Hm… tam jeszcze można coś zjeść. Pójdę. Na prospekcie Marksa szukać mnie chyba nie będą.”
…Betonowe słupy wygięły nad asfaltem wężowe głowy jarzeniówek. Za szybami wystaw stały w swobodnych pozach eleganckie manekiny, lśniły odbiorniki radiowe, telewizory, garnki, celowały szyjkami w przechodniów lufy szampana, piętrzyły się góry konserw, poukładane w przemyślne spirale. Pod tańczącą reklamą świetlną „Wszystko to możesz wygrać za 30 kopiejek” widniała lodówka „Dniepr”, maszyna do szycia „Dnipro”, magnetofon
„Dniepr-12” i samochód „Sławutycz-409”. Nawet podstrzyżone krótko lipy, stojące wzdłuż szerokich chodników, wyglądały jak wyroby przemysłowe.
Wiktor wyszedł w największy tłok, na promenadę między restauracją „Dynamo” i kinem „Dniepr”. Po ulicy snuły się tłumy spacerowiczów. Sztywnym krokiem kroczyli rozczochrani na wzór artystycznej bohemy młodzieńcy o szklanym spojrzeniu. Statecznie przechadzały się pary staruszków. Objąwszy dziewczyny, szli w stronę miejskiego parku fircykowaci gogusie. Szybkim krokiem kluczyli w tłumie „urodzeni w niedzielę”, młodzi ludzie z grzywkami nad bystrymi oczyma. Dziewczyny ostrożnie niosły na głowach wymyślne fryzury. Były najrozmaitsze: „po tyfusie”, „po babskiej kłótni”, „pokochaj mnie za charakter” i inne arcydzieła sztuki fryzjerskiej. Przemykali się samotni młodzieńcy, rozdzierani wewnętrznie żądzą i nieśmiałością.
Krawiec początkowo szedł z obawą, ale stopniowo zaczęła ogarniać go złość.
„Chodzą, chodzą. Siebie pokazać, innych pooglądać… Dla nich jak gdyby czas się zatrzymał, nic się nie dzieje. Chodzili jeszcze po Gubernatorskiej — skakali po drewnianych chodnikach, oglądali faetony i siebie nawzajem. Chodzili po wojnie — od ruin kina
„Dniepr” do ruin restauracji „Dynamo”, pod kiwającymi ię żarówkami na drewnianych słupach, plując łupinami słonecznika. Potem prospekt wyasfaltowano, ubrano w wielopiętrowe budynki z betonu, szkła i aluminium, oświetlono, posadzono drzewa i kwiaty, a oni wciąż chodzą jak gdyby nigdy nic; żują irysy, grają na tranzystorach, paplają. Potwierdzenie niezniszczalności mieszczańskiego ducha.
Siebie pokazać — innych pooglądać, innych pooglądać — siebie pokazać. Przelecieć się, zajść do barku kawowego, zeżreć ciastko pod wodę sodową, skręcić do supernowoczesnego pisuaru za urzędem pocztowym, odlać się, przelecieć się, doczepić, poznać kogoś, przelecieć się… Owadzie życie…”