125389.fb2
„A my, zarozumiali idioci, umyśliliśmy sobie, żeby przekształcać ludzi za pomocą techniki laboratoryjnej. A co z tymi drobnomieszczanami? Czy to ma dla nich znaczenie, że zamiast dorożkarzy pojawiły się taksówki, zamiast harmonii — magnetofony na tranzystorach, zamiast rozmów na ucho — telefon, zamiast nowych kaloszy, wkładanych w piękną pogodę. — płaszcze z włókien syntetycznych?
Siedzieli przy samowarze, teraz spędzają wieczory przy telewizorach.”
Z tłumu dolatywały urywki zdań:
— Między nami, powiem szczerze: mężczyzna to mężczyzna, a kobieta to kobieta.
— …On mówi: „Wala?” A ja: „Nie.” On: „Lusia?” A ja: „Nie.” On: „Sonia?” A ja: „Nie.”
— Abram wyjechał na delegację, a żona…
— Nauczcie się korzystać z chwili, dziewczyny.
„I cóż zmieni się wskutek postępu nauki i techniki? Powiedzmy, wystawy będą uginały się pod górami syntetycznych futer ze srebrnego lisa, wiecznych atomowych zegarków na rękę, lodówek półprzewodnikowych i radioklipsów… Samobieżne taśmy chodników z luminującego plastyku będą przenosiły spacerowiczów od trójwymiarowej cineramy „Dniepr” do automatycznej restauracji
„Dynamo”, nawet nogami nie trzeba będzie przebierać… Będą spacerowali z mikrotelenadajnikami, żeby nie trzeba było odwracać głowy do towarzyszki, i nie męcząc krtani będą prowadzili te same puste rozmowy:
— Między nami, powiem szczerze: robot to robot, a antresola to antresola.
— Abram wybrał się w antyświat, a żona…
— Nauczcie się korzystać z bieżącej mikrosekundy.
A na rogu ulicy automat zbudowany na podobieństwo statku kosmicznego będzie sprzedawał pocztówki „Pozdrowienia z Wenus”: panorama kosmoportu na Wenus w otoczeniu całujących się gołąbków… I co?”
Nie opodal przeszedł Chiłobok. U jego ramienia wisiała, skręcając się ze śmiechu, dziewczyna — docent zabawiał ją i nie zauważył zbiegłego studenta, który uskoczył w cień lipy. „Harry znowu nową poderwał” — uśmiechnął się za nim Krawiec. Kupił w kiosku papierosy, zapalił i poszedł dalej. W tym momencie ogarnęła go taka złość, że odechciało mu się jeść. Gdyby w takim stanie trafił w objęcia milicji, wściekłość wyładowałaby się we wspaniałym mordobiciu.
W hotelu „Teatralnym” miejsc również nie było. Przyjezdny szedł po prospekcie Marksa w stronę Domu Kołchoźnika i ponuro przyglądał się spacerującej publiczności.
„Chodzą, chodzą… We wszystkich miastach na świecie są ulice, po których wieczorami — odtąd dotąd — spacerują tłumy, gromady jednostek. Pokazać siebie — pooglądać innych, pooglądać innych — pokazać siebie. Chodzą, chodzą, a planeta zatacza się im pod nogami. Co to za zbiorowy instynkt, który ciągnie ich jak łososie na miejsce tarła? A inni siedzą przy telewizorach, rżną na podwórkach w durnia, grają w oko w zadymionych pokojach, podpierają ściany w tancbudach… Iluż ich jest tych zapóźnionych, którzy samych siebie skazują na wegetację? „Umiemy coś tam robić, zarabiamy nieźle, wszystko mamy, żyjemy nie gorzej niż inni — i dajcie nam święty spokój.” Samotni, którzy boją się pozostać sam na sam ze sobą, gubią się w złożoności życia i już nie zastanawiają się nad nim więcej… Znają tylko jedną niezawodną zasadę: żeby mieć powodzenie w życiu, trzeba być takim jak wszyscy. Więc chodzą, patrzą: jacy są wszyscy? Czekają na objawienie…”
Za przejrzystymi chmurami wędrował powoli księżyc, odepchnięty przez iluminowaną wspaniałość prospektu. Nikt się nim nie interesował.
„A w dzieciństwie i oni marzyli, aby żyć barwnie, ciekawie, aby żyć z celem, poznać świat… Nie ma człowieka, który by o czymś takim nie marzył. I teraz też zresztą marzą, słodko i bezsilnie. No więc w czym rzecz? Nie starczyło im siły, aby zamienić marzenia w życie? A po co? Po co folgować własnym marzeniom i silnym uczuciom — nie wiadomo jeszcze, do czego to doprowadzi! — jeśli można je sobie kupić, jeśli można bezpiecznie żerować na cudzej uczcie — życiu wymyślonych bohaterów. I przeżarli się, rozmienili na drobne, pozostało tylko tyle, ile trzeba, żeby spacerować po prospekcie…” Tuż obok przeszedł docent Chiłobok z dziewczyną. „Harry znowu nową poderwał” — powitał go w myśli przyjezdny.
Spojrzał za nim; może dogonić i zapytać o Kriwoszeina? „E, nie, od Chiłoboka lepiej trzymać się z daleka.”
Przyjezdny i Krawiec weszli na ten sam odcinek ulicy.
„…Kiedyś małpy człekokształtne rozdzieliły się: jedne wzięły w łapy kamienie i pałki, zaczęły pracować, myśleć, inne w dalszym ciągu huśtały się na gałęziach. Teraz na Ziemi rozpoczęło się nowe przejście, gwałtowniejsze i potężniejsze niż zlodowacenie: przeskok świata w nowy stan jakościowy. Ale co ich to obchodzi? Z góry godzą się, żeby pozostać przy swoim, przy telewizorach, przy pomocy techniki zaspokajać nieskomplikowane potrzeby — wściekał się w myśli Krawiec. — Co ich obchodzą wszystkie nowe możliwości — nauki, techniki, produkcji? Co ich obchodzi nasza praca? Dodać im rozumu, zręczności, zdolności — i co? Będą uczyć się nie dla osiągnięcia mistrzostwa i zaspokojenia ciekawości, ale po to, aby więcej dostać za swą wiedzę, za lekką pracę, aby wywyższyć się nad innych swoim poziomem. Będą wciąż nabywać i gromadzić, żeby wszyscy widzieli, jak dobrze ini się powodzi, żeby zapełnić wewnętrzną pustkę troską o rzeczy. No i na czarną godzinę, która może nie nadejść, ale przez którą wszystkie dni są szare… Nudno. Ucieknę do Władywostoku. Sam, zanim wyślą mnie przymusowo… Wtedy praca umrze śmiercią naturalną. Praca, która i tak w niczym im nie pomoże: przecież, żeby wykorzystać takie możliwości, trzeba stawiać sobie wielkie cele, mieć siłę ducha, być wewnętrznie niezaspokojonym. A „ni bywają niezadowoleni tylko z otoczenia: z warunków, znajomych, życia, rządu, ze wszystkiego oprócz siebie. No więc niech sobie spacerują. Nauka tu, jak to się mówi, jest bezsilna.” W tej chwili dzielił ich tylko budynek poczty.
Gniewne myśli Krawca znikły, zostało tylko jakieś nieuchwytne poczucie winy w stosunku do ludzi, którzy przechodzili koło niego.
„Ktoś powiedział: nikt tak nie gardzi tłumem jak wywyższająca się nad nim miernota… Kto to był? — zmarszczył czoło. — Zaraz, przecież to ja sam mówiłem tak o kimś innym. Oczywiście, że o kimś innym, przecież nie o sobie… — Poczuł obrzydzenie do siebie. — Przecież opluwając ich, opluwam samego siebie. Sam niedaleko od nich odszedłem, niedawno byłem taki sam… Zaraz, zaraz. Więc wygląda na to, że po prostu mam ochotę zwiać? Prysnąć? I żeby nie było głupio, żeby nie utracić szacunku dla samego siebie, podbudowuję to ideologicznie? Nikogo nie zdradziłem, wszystko w porządku, nauka jest bezsilna, tak musi być… Boże, jakże podłe i służalcze mogą być myśli inteligenta. (Nawiasem mówiąc, to też mówiłem albo myślałem, i też o kimś innym. Wszystkie prawdy stosujemy do bliźnich, tak po prostu łatwiej jest żyć.) A to właśnie ja jestem tym inteligentem. Wszystko uruchomiłem: i niechęć do tłumu, i rozważania teoretyczne… No, tak! — zaczerwienił się, zrobiło mu się gorąco. — Oto do czego może doprowadzić niepowodzenie. No dobrze, ale cóż ja mogę zrobić?”
Nagle nogi jak gdyby przykleiły mu się do asfaltu: naprzeciw zamaszyście kroczył chłopiec z plecakiem i płaszczem na ręku.
„Adam?” Krawcowi zrobiło się zimno, serce zamarło mu w piersiach
— jakby nie człowiek zbliżał się do niego, ale ucieleśniony wyrzut sumienia. Oczy Adama były zamyślone i złe, kąciki ust niechętnie opuszczone w dół. „Zaraz zobaczy mnie i pozna…” — Wiktor odwrócił oczy, aby się nie zdradzić, ale ciekawość była silniejsza: spojrzał prosto na tamtego. Nie, teraz Adam nie sprawiał wrażenia „niewolnika”, lecz człowieka pewnego siebie, silnego i zdecydowanego… W pamięci ożył obraz: rozczochrana głowa na tle ciemnych ścian, rozszerzone z nienawiści źrenice, pięciokilogramowa żelazna hantla, uniesiona nad jego twarzą.
Przyjezdny minął go. „Oczywiście, skądże miałby mnie poznać?
— westchnął z ulgą Krawiec. — Ale po co wrócił? Czego chce?” Spoglądał za oddalającym się chłopcem. „Może dogonić go, opowiedzieć, co się stało? Zawsze jakaś pomoc… Nie. Kto tam wie, co go tu przyniosło. — Znowu opanowała go rozpacz. — Doigraliśmy się, doeksperymentowali. niech to… Chowamy się przed sobą. Zaraz… przecież jest jeszcze jeden wariant. Tylko czy to coś da?” — Wiktor w napięciu zagryzł wargi.
Adam znikł wśród spacerowiczów.
„No, dość tej rozterki — potrząsnął głową Krawiec. — Nie sam pracuję. I uciekać też nie wolno, trzeba ratować pracę…” Wyciągnął z kieszeni drobne, przeliczył, przełknął ślinę z głodu i wszedł na pocztę.
Pieniędzy wystarczyło zaledwie na krótką depeszę: „Moskwa, Uniwersytet, Wydział Biologii, Kriwoszein. Przyjeżdżaj natychmiast. Walentin”.
Wysławszy depeszę, Krawiec wyszedł na prospekt, doszedł do rogu i skręcił w ulicę prowadzącą do Instytutu Systemologii. Przeszedł kawałek i obejrzał się, czy go kto nie śledzi. Ulica była pusta.
Tylko z budynku domu towarowego patrzyła na niego piękna dziewczyna oświetlona metrowymi literami neonu: „Przechowujcie pieniądze w kasie oszczędności”. Dziewczyna trzymała w ręku książeczkę oszczędności, a jej wzrok obiecywał, że pokocha tych, co oszczędzają.
Nad okienkiem recepcji w Domu Kołchoźnika widniał napis:
Miejsce dla człowieka — 60 kop.
Miejsce dla konia
— 1 rb. 20 kop.
Przyjezdny z Władywostoku westchnął i wyciągnął dowód osobisty.
— Proszę za sześćdziesiąt…
To, co niemożliwe, jest niemożliwe. Na przykład, niemożliwe jest poruszanie się szybciej od światła… Zresztą, gdyby nawet było to możliwe — czy warto się wysilać? I tak nikt tego nie dojrzy i nie oceni.
Rankiem następnego dnia dyżurny Komendy Miejskiej przekazał oficerowi dochodzeniowemu Onisimowowi raport milicjanta, który pilnował opieczętowanej pracowni. Milicjant meldował, że w nocy — między pierwszą a drugą — nieznany mężczyzna w jasnej koszuli próbował wtargnąć do pracowni przez okno. Spłoszony okrzykiem milicjanta zeskoczył z parapetu i skrył się w parku.
— Jasne! — Onisimow z zadowoleniem zatarł ręce. — Ciągnie go na miejsce przestępstwa…
W dniu wczorajszym wysłał wezwanie do obywatela Azarowa i obywatelki Kołomyjec. Na pojawienie się profesora Azarowa Onisimow oczywiście nie liczył, chciał jednak mieć grzbiet wezwania, który mógłby posłużyć do własnej obrony. Natomiast Helena Kołomyjec, inżynier z biura Konstrukcyjnego, sąsiadującego z Instytutem Systemologii, przybyła punktualnie o dziesiątej.
Gdy pojawiła się w gabinecie, Onisimow zrozumiał znaczenie falistych ruchów rąk Chiłoboka: stała przed nim piękna kobieta. „Dobra!” — pomyślał. Każdy szczegół jej postaci oddzielnie wyglądał całkiem zwyczajnie: ciemne włosy — jak włosy, nos — jak nos (nawet lekko zadarty) i owal twarzy też zupełnie zwyczajny — a wszystko razem miało tę harmonię, której nie trzeba analizować, ale po prostu zachwycać się i podziwiać wielkie po, czucie miary natury.
Onisimow przypomniał sobie postać zmarłego Kriwoszeina i poczuł czysto męskie oburzenie. „Słusznie, to nie był dla niej partner, miał rację Chiłobok. Co ona w nim takiego widziała? Szukała oparcia, czy co? A może męża z dobrą pensją?” Podobnie jak większość mężczyzn, których powierzchowność i wiek nie pozostawiają nadziei na liryczne sukcesy, Onisimow miał niezbyt dobre mniemanie o pięknych kobietach.
— Proszę, niech pani siada. Czy mówią pani coś nazwiska: Kriwoszein Walentin Wasiliewicz…
— Tak — głos miała głęboki, śpiewny.
— …i Krawiec Wiktor Witaliewicz?
— Wiktor? Tak — Helena Kołomyjec uśmiechnęła się ukazując równe zęby. — Tylko nie wiedziałam, że on jest Witaliewicz. A o co chodzi?