125410.fb2 Okrutne r?wnania - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 3

Okrutne r?wnania - читать онлайн бесплатно полную версию книги . Страница 3

— Stwierdziłem, że obozujemy na skraju szczeliny tektonicznej. W porównaniu z nią słynne pęknięcie Św. Andrzeja z Kalifornii to małe piwo.

— To brzmi groźnie. Czy istnieje duże ryzyko?

— Możesz się założyć o swój blaszany tyłek, że tak. A duże ryzyko oznacza dużo pracy. Musimy we dwójkę przenieść cały obóz o jakieś dwie mile na zachód. I to natychmiast! Bierz zbiorniki z wodą i idziemy.

— Tak jest. Jak tylko mnie pan zwolni.

— Dobrze. Zwalniam cię. Do roboty.

— Nie mogę. Musi mnie pan zwolnić podając aktualne hasło i odwołując je. Tylko wtedy będę mógł przerwać służbę wartownicza.

— Nie ma czasu na formalności — rzucił Halloron surowo. — Nowe hasło brzmi „bieługa”. Ruszaj się, Maks, poczułem lekki wstrząs.

— Ja nic nie czułem.

— A dlaczego miałbyś poczuć? — uciął Halloran. — Jesteś tylko robotem rewirowym a nie specjalnie wyszkolonym człowiekiem z wyostrzonym aparatem zmysłowym. Psiakrew, znów drży! Chyba tym razem poczułeś?

— Zdaje mi się, że tak.

— No, to ruszaj się!

— Nie mogę, panie Halloran! Jest fizyczną niemożliwością, żebym opuścił stanowisko bez formalnego rozkazu! Proszę mi wydać rozkaz!

— Nie denerwuj się tak — powiedział Halloran. — Po namyśle sądzę, że można zostawić obóz tu, gdzie jest.

— Ale trzęsienie ziemi…

— Przeprowadziłem nowe obliczenia. Mamy więcej czasu niż myślałem. Pójdę rozejrzeć się jeszcze raz.

Halloran wszedł za skałkę znikając z pola widzenia robota. Serce mu waliło, czuł jak gęsta krew z trudem przepycha się przez żyły. Zmusił się, żeby usiąść bardzo spokojnie w skrawku cienia.

* * *

Dzień ciągnął się bez końca. Bezkształtny biały kleks podwójnego słońca przesunął się o parę centymetrów w stronę horyzontu. RR-22-0134 trwał na straży.

Zerwał się wiatr, nasilił się i dmuchnął piaskiem w czujniki Maksa. Robot wędrował nieustannie wokół obozu. Wiatr ucichł i wśród głazów w odległości dwudziestu metrów pojawiła się jakaś postać. Halloran czy obcy? Maks nie wdawał się w przypuszczenia. Strzegł obozu.

Małe stworzenie podobne do kojota nadbiegło klucząc z pustyni i omal nie zderzyło się z Maksem. Z góry spadł na nie wielki ptak. Rozległ się cienki, przeraźliwy pisk i krew zbryzgała jeden z namiotów. Ptak uniósł się ciężko w powietrze, w szponach niósł coś, co się ruszało.

Maks nie zwracał na to uwagi. Obserwował człekokształtną istotę zmierzającą niepewnym krokiem w jego stronę.

Istota zatrzymała się.

— Dzień dobry, panie Halloran — odezwał się Maks. — Czuję się w obowiązku zauważyć, że wykazuje pan wyraźne oznaki odwodnienia. Może to prowadzić do udaru, utraty przytomności i śmierci, jeżeli natychmiast nie podejmie pan odpowiednich kroków.

— Zamknij się — powiedział Halloran ochryple przez wyschnięte gardło.

— Rozkaz, panie Halloran.

— I przestań nazywać mnie panem Halloranem.

— Dlaczego?

— Bo nie jestem żadnym Halloranem. Jestem nieziemcem.

— Naprawdę?

— Tak, naprawdę. Czy wątpisz w moje słowo?

— No, wie pan, takie niczym nie poparte twierdzenie…

— Zaraz ci dam dowód. Nie znam hasła. Czy to ci wystarczy?

Podczas gdy robot się wahał, Halloran mówił dalej.

— Posłuchaj, pan Halloran powiedział mi, że mam ci przypomnieć o twoich podstawowych definicjach, stanowiących kryteria twojego działania. Ziemianin to istota rozumna, która zna hasło, nieziemiec to istota rozumna, która nie zna hasła.

— Tak — przyznał robot niechętnie. Znajomość hasła jest dla mnie sprawdzianem. A jednak coś mi się tu nie podoba. Przypuśćmy, że mnie okłamujesz?

— Jeżeli kłamię, to znaczy, że jestem Ziemianinem, który wie, że nie ma niebezpieczeństwa. Ale ty wiesz, że nie kłamię, bo wiesz, że żaden Ziemianin nie kłamałby na temat hasła.

— Nie wiem, czy wolno mi przyjąć takie założenie.

— Musisz. Przecież żaden Ziemianin nie chciałby uchodzić za obcego, prawda?

— Oczywiście, że nie.

— I hasło jest jedynym pewnym sposobem na odróżnienie człowieka od nieziemca?

— Tak.

— Zatem rzecz jest udowodniona.

— Wciąż nie jestem pewien — powiedział Maks i Halloran zrozumiał, że robot niechętnie przyjmował informacje od nieziemca, nawet jeżeli nieziemiec chciał tylko udowodnić, że jest nieziemcem.

Czekał. Po chwili Maks powiedział:

— Dobrze. Zgadzam się, że jesteś nieziemcem. W związku z tym zabraniam ci wstępu do obozu.

— Wcale nie chcę, żebyś mnie wpuścił. Rzecz w tym, że jestem jeńcem Hallorana i sam wiesz, co to znaczy. — Robot zamrugał czujnikami.

— Nie wiem, co to znaczy.

— To znaczy — powiedział Halloran — że musisz w stosunku do mnie postępować zgodnie z rozkazami Hallorana. A rozkazy są takie, że mam być uwięziony na terenie obozu i nie wolno ci mnie wypuścić bez wyraźnego polecenia.

— Pan Halloran wie, że nie mogę cię wpuścić na teren obozu.

— Oczywiście! Ale Halloran każe ci uwięzić mnie w obozie, a to jest coś zupełnie innego.

— Naprawdę?