125410.fb2
— To brzmi groźnie. Czy istnieje duże ryzyko?
— Możesz się założyć o swój blaszany tyłek, że tak. A duże ryzyko oznacza dużo pracy. Musimy we dwójkę przenieść cały obóz o jakieś dwie mile na zachód. I to natychmiast! Bierz zbiorniki z wodą i idziemy.
— Tak jest. Jak tylko mnie pan zwolni.
— Dobrze. Zwalniam cię. Do roboty.
— Nie mogę. Musi mnie pan zwolnić podając aktualne hasło i odwołując je. Tylko wtedy będę mógł przerwać służbę wartownicza.
— Nie ma czasu na formalności — rzucił Halloron surowo. — Nowe hasło brzmi „bieługa”. Ruszaj się, Maks, poczułem lekki wstrząs.
— Ja nic nie czułem.
— A dlaczego miałbyś poczuć? — uciął Halloran. — Jesteś tylko robotem rewirowym a nie specjalnie wyszkolonym człowiekiem z wyostrzonym aparatem zmysłowym. Psiakrew, znów drży! Chyba tym razem poczułeś?
— Zdaje mi się, że tak.
— No, to ruszaj się!
— Nie mogę, panie Halloran! Jest fizyczną niemożliwością, żebym opuścił stanowisko bez formalnego rozkazu! Proszę mi wydać rozkaz!
— Nie denerwuj się tak — powiedział Halloran. — Po namyśle sądzę, że można zostawić obóz tu, gdzie jest.
— Ale trzęsienie ziemi…
— Przeprowadziłem nowe obliczenia. Mamy więcej czasu niż myślałem. Pójdę rozejrzeć się jeszcze raz.
Halloran wszedł za skałkę znikając z pola widzenia robota. Serce mu waliło, czuł jak gęsta krew z trudem przepycha się przez żyły. Zmusił się, żeby usiąść bardzo spokojnie w skrawku cienia.
Dzień ciągnął się bez końca. Bezkształtny biały kleks podwójnego słońca przesunął się o parę centymetrów w stronę horyzontu. RR-22-0134 trwał na straży.
Zerwał się wiatr, nasilił się i dmuchnął piaskiem w czujniki Maksa. Robot wędrował nieustannie wokół obozu. Wiatr ucichł i wśród głazów w odległości dwudziestu metrów pojawiła się jakaś postać. Halloran czy obcy? Maks nie wdawał się w przypuszczenia. Strzegł obozu.
Małe stworzenie podobne do kojota nadbiegło klucząc z pustyni i omal nie zderzyło się z Maksem. Z góry spadł na nie wielki ptak. Rozległ się cienki, przeraźliwy pisk i krew zbryzgała jeden z namiotów. Ptak uniósł się ciężko w powietrze, w szponach niósł coś, co się ruszało.
Maks nie zwracał na to uwagi. Obserwował człekokształtną istotę zmierzającą niepewnym krokiem w jego stronę.
Istota zatrzymała się.
— Dzień dobry, panie Halloran — odezwał się Maks. — Czuję się w obowiązku zauważyć, że wykazuje pan wyraźne oznaki odwodnienia. Może to prowadzić do udaru, utraty przytomności i śmierci, jeżeli natychmiast nie podejmie pan odpowiednich kroków.
— Zamknij się — powiedział Halloran ochryple przez wyschnięte gardło.
— Rozkaz, panie Halloran.
— I przestań nazywać mnie panem Halloranem.
— Dlaczego?
— Bo nie jestem żadnym Halloranem. Jestem nieziemcem.
— Naprawdę?
— Tak, naprawdę. Czy wątpisz w moje słowo?
— No, wie pan, takie niczym nie poparte twierdzenie…
— Zaraz ci dam dowód. Nie znam hasła. Czy to ci wystarczy?
Podczas gdy robot się wahał, Halloran mówił dalej.
— Posłuchaj, pan Halloran powiedział mi, że mam ci przypomnieć o twoich podstawowych definicjach, stanowiących kryteria twojego działania. Ziemianin to istota rozumna, która zna hasło, nieziemiec to istota rozumna, która nie zna hasła.
— Tak — przyznał robot niechętnie. Znajomość hasła jest dla mnie sprawdzianem. A jednak coś mi się tu nie podoba. Przypuśćmy, że mnie okłamujesz?
— Jeżeli kłamię, to znaczy, że jestem Ziemianinem, który wie, że nie ma niebezpieczeństwa. Ale ty wiesz, że nie kłamię, bo wiesz, że żaden Ziemianin nie kłamałby na temat hasła.
— Nie wiem, czy wolno mi przyjąć takie założenie.
— Musisz. Przecież żaden Ziemianin nie chciałby uchodzić za obcego, prawda?
— Oczywiście, że nie.
— I hasło jest jedynym pewnym sposobem na odróżnienie człowieka od nieziemca?
— Tak.
— Zatem rzecz jest udowodniona.
— Wciąż nie jestem pewien — powiedział Maks i Halloran zrozumiał, że robot niechętnie przyjmował informacje od nieziemca, nawet jeżeli nieziemiec chciał tylko udowodnić, że jest nieziemcem.
Czekał. Po chwili Maks powiedział:
— Dobrze. Zgadzam się, że jesteś nieziemcem. W związku z tym zabraniam ci wstępu do obozu.
— Wcale nie chcę, żebyś mnie wpuścił. Rzecz w tym, że jestem jeńcem Hallorana i sam wiesz, co to znaczy. — Robot zamrugał czujnikami.
— Nie wiem, co to znaczy.
— To znaczy — powiedział Halloran — że musisz w stosunku do mnie postępować zgodnie z rozkazami Hallorana. A rozkazy są takie, że mam być uwięziony na terenie obozu i nie wolno ci mnie wypuścić bez wyraźnego polecenia.
— Pan Halloran wie, że nie mogę cię wpuścić na teren obozu.
— Oczywiście! Ale Halloran każe ci uwięzić mnie w obozie, a to jest coś zupełnie innego.
— Naprawdę?